
PIŁKA NOŻNA. II LIGA. Rozmowa z Damianem Łanuchą, pomocnikiem Stali Stalowa Wola.
Po zwycięstwie nad Legionovią, Stal Stalowa Wola awansowała w tabeli na czwarte miejsce i do lidera traci zaledwie punkt. Do końca sezonu zostały dwie kolejki, o I lidze śni aż siedem drużyn.
– Na początek zagadka: pazerny na piłkę, ciągle pod grą – o kim mówił trener Jaromir Wieprzęć?
– Zdaje się, że o mnie. Coś w tym jest, gdy nie mam piłki przy nodze, zaczynam się denerwować (śmiech).
– Tak głodny gry zawodnik musiał przeżywać katusze, oglądając kolegów z wysokości trybun.
– Byłem kontuzjowany i fatalnie się czułem, nie mogąc pomóc chłopakom. To była katorga.
– Na szczęście wrócił pan w najważniejszym momencie. Pomógł pan wygrać derby ze Stalą Mielec oraz mecz z Legionovią. Przed wami kluczowe dwa spotkania z Okocimskim Brzesko i Błękitnymi Stargard Szczeciński. Czuje pan dreszczyk emocji?
– Raczej podekscytowanie, że możemy dokonać czegoś wielkiego. Bo awans byłby ogromną niespodzianką. Przypomnę, iż przed sezonem nikt w nas nie wierzył. Ostatnie mecze były o życie, ale teraz odpowiedzialność jest jeszcze większa. Musimy wygrać w Brzesku, żeby nie zaprzepaścić szansy. Jeszcze nigdy nie awansowałem, marzę więc o tym, żeby za dwa tygodnie otworzyć szampana.
– Okocimski jest nisko w tabeli, ale finiszuje nie gorzej od was. Paradoksalnie to dobra wiadomość – „Piwosze” praktycznie już się utrzymali, więc mogą się okazać łatwiejszym orzechem do zgryzienia.
– Czy ja wiem? Z tymi, co nie mają noża na gardle, gra się dużo trudniej. Tak było z Legionovią, która złapała luz i świetnie panowała nad piłką. Gdy można coś robić bez obawy o konsekwencje, wychodzi niemal wszystko.
– Jakie ma pan wspomnienia z wizyty w Brzesku?
– Grałem tam raz, jako zawodnik Resovii, i wolałbym o tym zapomnieć. Też walczyliśmy o awans, lecz po 20 minutach nadzieje prysły. Zrobiło się 3-0 dla gospodarzy i było po zabawie. Nie wyobrażam sobie, żeby w niedzielę scenariusz się powtórzył.
– Jest pan gotów na bezpardonową walkę przez 90 minut?
– Trzeci tydzień trenuję z pełnym obciążeniem, bez taryfy ulgowej, czuję się dobrze, ale nie jestem przekonany, czy wytrzymam 90 minut.
– W tym sezonie jeszcze nie strzelił pan gola, a wszyscy wiedzą, że uderzyć pan potrafi. Czas najwyższy się przełamać!
– Skuteczność to moja bolączka. Zbieram niezłe recenzje, ale tej bramki bardzo brakuje. Od środkowego pomocnika oczekuje się goli i pasowałoby coś wreszcie strzelić. Po cichu liczę, że trafię w Brzesku, a potem u siebie z Błękitnymi. Byłoby wspaniale.
– Spodziewał się pan, że finisz ligi może tak wyglądać? Na dwie kolejki przed końcem aż 7 drużyn zachowuje realne szanse na awans.
– To niespotykane. Zakładałem, że dwa zespoły odskoczą, tymczasem wszyscy na potęgę gubią punkty. Liga jest bardzo wyrównana, a i poziom – po połączeniu grup – poszedł w górę. Nokauty po 5-0 prawie się nie zdarzają, Nadwiślan czy Górnik są tak samo groźne, jak ekipy z czołówki. Zresztą, lepiej się gra z drużynami z czuba, niż z tymi, które desperacko bronią się przed spadkiem.
– Kibice i dziennikarze zacierają ręce, bo rozgrywki są atrakcyjne, a jak jest z piłkarzami? Presja potrafi spętać nogi…
– Dlatego w szatni głównie żartujemy. Nie potrzebujemy pompować balonu, wystarczy nam emocji, jakich doświadczamy podczas meczu.
– Pomyślałem, że to byłby absurd, gdybyście nie awansowali mając w składzie zawodnika, który dobił do prawie 30 bramek.
– Łukasz Sekulski przyszedł do Stali z Wisły Płock, gdzie miał kiepski okres. Tam nie strzelał, u nas odpalił – w futbolu nigdy nie wiesz, co się wydarzy. „Sekul” jest szalenie skuteczny i regularny, ale drugi napastnik Tomek Płonka to równie wartościowy gracz. Nie mam wątpliwości, że obaj poradziliby sobie w wyższej lidze.
– Stal ma szansę wypłynąć na szersze wody, ale nie brakuje ludzi, którzy pukają się w głowę, słysząc o waszych aspiracjach. Krytycy podkreślają, że jesteście nieprzygotowani na I ligę. Mówią o byle jakim zapleczu, nędznym boisku, tylko w połowie wyremontowanym stadionie, braku miejsc do treningów.
– Coś w tym jest… Infrastruktura na kolana nie rzuca, bywało, że musieliśmy ćwiczyć w lesie. Czołowa drużyna II ligi! Jednak my, zawodnicy, robimy swoje na boisku, sprawami organizacyjnymi niech się zajmują działacze. Po awansie w Stalowej Woli coś powinno drgnąć, słychać o budowie boiska ze sztuczną trawą – tego się trzymajmy.
– Przygodę z futbolem zaczął pan w Igloopolu. Boli pana, że piłka nożna w Dębicy sięgnęła dna?
– Bardzo to przykre. Dębiczanie grają w Mielcu, Stalowej Woli, Rzeszowie, z takiej paczki udałoby się sklecić przyzwoitą drużynę. Tylko, że to teoria. W praktyce wygląda to tak, iż brakuje kasy, a bez pieniędzy niczego zbudować się nie da.
– Nie wszyscy wiedzą, że jako młody chłopak próbował pan sił w Legii. Stolicy pan jednak nie podbił. Dlaczego?
– Popełniłem błąd. Wydawało mi się, że jak pójdę do Legii, to świat stanie przede mną otworem. Że zostanę piłkarzem pełną gębą. W Legii nie wyszedłem poza Młodą Ekstraklasę, a potem trafiłem do Resovii i boleśnie zderzyłem się z piłką w seniorskim wydaniu. Zamiast ruszać do Warszawy, powinienem trafić do któregoś z klubów drugiej albo trzeciej ligi.
– Ktoś z tamtej młodej Legii zrobił karierę?
– Michał Żyro, Jakub Kosecki, Dominik Furman, Daniel Łukasik. Czasem oglądam telewizję i się dziwię, jak życie się układa. Akurat wtedy w Legii niczego specjalnego ci zawodnicy nie pokazywali.
Rozmawiał Tomasz Szeliga



One Response to "Czasem musieliśmy ćwiczyć w lesie"