
RZESZÓW. Prokuratorskie śledztwo ws. tajemniczych wydarzeń sprzed kilku miesięcy wciąż trwa.
Choć od tajemniczego zaginięcia 25-letniego Mateusza Sz., studenta Politechniki Rzeszowskiej, i odnalezienia jego ciała dryfującego w Wisłoku w Rzeszowie, minęło już kilka miesięcy, sprawa nadal nie jest zakończona. Czy fakt, że pomimo upływu tak długiego czasu, wciąż jest kontynuowana, oznacza, że sprawa jego śmierci nie jest tak oczywista, jak wydawało się na początku? Co wydarzyło się, zanim mężczyzna wpadł do Wisłoka? Czy ktoś mógł doprowadzić do jego śmierci? – W zanadrzu mamy rożne czynności. Sytuacja różnie może się rozwinąć na skutek wniosków opinii, które wkrótce otrzymamy – mówią tajemniczo śledczy.
– Śledztwo zostało wszczęte pod kątem bezprawnego pozbawienia wolności. Zakładaliśmy wówczas, że zaginiony mężczyzna wciąż żyje, że ktoś go może więzić. Gdy odnalezione zostały jego zwłoki, kwalifikacja wstępna została zmieniona i aktualnie śledztwo prowadzone jest pod kątem spowodowania przez osoby trzecie skutku śmiertelnego – mówi prok. Piotr Pawlik, zastępca Prokuratora Rejonowego dla miasta Rzeszów. – Śledztwo wciąż trwa i aktualnie czekamy na opinie toksykologiczne.
Więcej szczegółów dotyczących śledztwa prokuratura nie chce ujawniać. – W zanadrzu mamy rożne czynności – mówi tajemniczo prokurator Pawlik. – Sytuacja różnie może się rozwinąć na skutek wniosków opinii, które otrzymamy. Na razie czekamy na wyniki ekspertyz specjalistycznych, a dalsze decyzje co do śledztwa będą podejmowane w stosownym czasie.
Tajemnicze zaginięcie
Mateusz Sz. zaginął w przedostatni weekend listopada 2016 r., dokładnie z soboty na niedzielę (19 na 20). Po zakończonych zajęciach 25-latek umówił się ze znajomymi z uczelni na „domówkę”. Wyszedł z imprezy wraz z dwoma kolegami, wsiedli do taksówki i zamierzali wracać już do domów. Mateusz jednak zmienił plany, stwierdził, że chce jeszcze pójść na Rynek do Czarnego Kota, bo z kimś się tam umówił. Po drodze razem z jednym z kolegów wstąpili jeszcze do jednego lokalu, gdzie bawił się ich znajomy. Ostatecznie do Czarnego Kota Mateusz poszedł sam. Po około półgodzinie, czyli o godz. 1.40, wyszedł z lokalu i kamery monitoringu nagrały go idącego chwiejnym krokiem najpierw przez Rynek, potem w kierunku kładki prowadzącej do ulicy Podwisłocze, przy której mieszka jego dziewczyna. Ostatni raz kamery zarejestrowały go przed godz. 3 w rejonie ulicy Czackiego. Tam ślad po Mateuszu się urwał. Natychmiast po zgłoszeniu jego zaginięcia rozpoczęła się największa w ostatnich latach na Podkarpaciu akcja poszukiwawcza. Mateusza szukali policjanci, strażacy z sonarem, którzy sprawdzili Wisłok i jego brzegi oraz rodzina i przyjaciele. Do poszukiwań włączyli się również wynajęci przez rodzinę prywatni detektywi. Wszystko to na próżno. Przełom w poszukiwaniach nastąpił 13 stycznia br., kiedy to przechodząca przez most Zamkowy kobieta zauważyła w Wisłoku zwłoki. Śledczy znaleźli przy nich dokumenty 25-latka, a następnego dnia ciało rozpoznała rodzina.
I wydawałoby się, że właściwie w tym momencie śledztwo powinno było się zakończyć. Powinno, ale nie zakończyło. Wciąż bez odpowiedzi pozostają pytania: co wydarzyło się tamtej nocy? Dlaczego Mateusz wpadł do Wisłoka, a może ktoś mu w tym pomógł? Wciąż w tej tajemniczej sprawie za wiele jest pytań. Być może trwające wciąż śledztwo przyniesie w końcu na nie odpowiedzi.
Katarzyna Szczyrek



9 Responses to "Czy ktoś przyczynił się do śmierci studenta Politechniki Rzeszowskiej?"