
Czy śmierci 8-letniej Niny z Polańczyka, która w marcu ubiegłego roku zmarła na oddziale ratunkowym leskiego szpitala, można było uniknąć sprawdza Prokuratura Rejonowa w Lesku. Śledczy czekają na opinię biegłych, którzy ocenią, czy zachowanie lekarza rodzinnego z przychodni, który bez zbadania i zdiagnozowania dziewczynki wypisał dla niej receptę, mogło przyczynić się do śmierci dziecka.
Tragedia wydarzyła się w marcu ubiegłego roku. Jeszcze kilka dni przed śmiercią Nina czuła się świetnie, bawiła się na urodzinach u koleżanki, nic nie zapowiadało zbliżających się wydarzeń.
– Bawiła się z moją córką. Chodziły do jednej klasy. Nasze rodziny mieszkają blok w blok, zresztą to mała miejscowość, tutaj wszyscy się znają, spotykają. Nie zauważyłem nic, co mogłoby wskazywać na to, że Nina źle się czuje, wszystko było w porządku. Wprawdzie była nieco ospała, ale dziewczynka miała nadwagę, więc była mniej aktywna niż jej rówieśnicy – mówi nam przyjaciel rodziny.
W niedzielę Nina poczuła się gorzej. Wymiotowała, miała gorączkę i biegunkę. Rodzina podejrzewała grypę żołądkową. W poniedziałek dziewczynka nie poszła do szkoły. Została w domu, a jej mama zgłosiła się do przychodni w Polańczyku. Poinformowała lekarza rodzinnego, że Nina wymiotuje i poprosiła go o wypisanie recepty na lek na chorobę lokomocyjną, który ma właściwości przeciwwymiotne. – Przepisałem matce receptę, o którą prosiła i w zasadzie na tym wizyta się skończyła – relacjonował chwilę po tragicznych wydarzeniach Miłosz Dydkowski, lekarz, u którego leczyła się cała rodzina dziewczynki.
W poniedziałek Nina czuła się coraz gorzej. Jej stan z godziny na godzinę się pogarszał. Około 4 rano było już tak źle, że matka zdecydowała się wezwać karetkę. – Dziewczynka trafiła do nas w skrajnie złym stanie, nasi lekarze zrobili wszystko, aby ją uratować – relacjonował Krzysztof Kapałka, specjalista chorób wewnętrznych, zastępca dyrektora leskiego szpitala do spraw lecznictwa.
Przez ponad godzinę lekarze walczyli o życie dziewczynki. Niestety, bezskutecznie. Nina zmarła około szóstej rano. W szpitalu na obserwacji została jej mama i 12-letnia siostra, które po kilku dniach opuściły lecznicę.
Zabiła ją sepsa
Lekarze ze względu na gwałtowny przebieg choroby od początku podejrzewali sepsę. Jedną z hipotez było też wirusowe zapalenie opon mózgowych. Sekcja zwłok została przeprowadzona kilka dni po śmierci dziecka w prosektorium sanockiego szpitala. Na jej podstawie Adam Siembab, patomorfolog, dyrektor sanockiego szpitala, stwierdził, że przyczyną śmierci dziecka była infekcja bakteryjna.

– Sepsa charakteryzuje się gwałtownym przebiegiem. Organizm dziewczynki był osłabiony, infekcja rozwinęła się więc bardzo szybko. Gdy dziecko trafiło na oddział ratunkowy, było już właściwie bez szans na ratunek – powiedział Adam Siembab.
Wyniki badań jednocześnie wykluczyły groźne przypadki sepsy czy wirusowe zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych oraz wirus H1N1 wywołujący świńską grypę, o którym się mówiło.
Sprawę zbadają biegli
Kilka dni po śmierci 8-latki leska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie niedopełnienia obowiązków przez lekarza rodzinnego z poradni w Polańczyku, u którego dzień przed śmiercią pojawiła się matka dziecka.
– Musimy sprawdzić, czy zachowanie lekarza, który dzień przed tragedią miał kontakt z matką dziewczynki, było właściwe z punktu medycznego, czy nie dopuścił się niedopełnienia obowiązków lub narażenia na utratę zdrowia lub życia dziecka – mówi nam Maria Chrzanowska, prokurator rejonowy w Lesku.
Jednocześnie prokurator zapewnia, że nie ma zastrzeżeń do działania lekarzy z leskiego szpitala. – Nie mamy żadnego podejrzenia popełnienia przestępstwa. Dziewczynka została przyjęta do szpitala już w bardzo ciężkim stanie, lekarze udzielili jej niezbędnej, natychmiastowej pomocy. Na razie nie mamy żadnych podstaw, aby domniemywać, że szpital w Lesku zaniedbał obowiązki – wyjaśnia prokurator Maria Chrzanowska.
– W zachowaniu krewnych również nie dopatrzyłam się nieprawidłowości. Od lekarza, który przeprowadził sekcję, wiemy, że dziewczynka zmarła na sepsę, a ta choroba ma bardzo gwałtowny przebieg, szczególnie u dzieci, matka mogła więc nie wiedzieć, że życie jej dziecka jest w zagrożeniu, bo jest to trudne do wychwycenia – mówi Maria Chrzanowska.
W sprawie zostali powołani biegli ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach, którzy mają sprawdzić, czy zachowanie lekarza rodzinnego mogło przyczynić się do śmierci Niny. Jeśli wykażą taki związek, lekarka może usłyszeć zarzuty narażenia na utratę zdrowia lub życia, za co grozi od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności. Na podstawie zeznań i dokumentacji medycznej biegli ocenią, czy lekarka nie dopuściła się niedopełnienia obowiązków lub narażenia na utratę zdrowia lub życia dziecka.
Na wydanie opinii mają czas do kwietnia. Do tego czasu śledztwo zostało zawieszone.
Czy tej śmierci można było uniknąć?
Rodzina i krewni byli zszokowani nagłą śmiercią dziewczynki. Długo nie mogli pogodzić się z tym, co się stało. – Nie chcemy nikogo oskarżać. Chcemy wiedzieć, dlaczego Nina umarła. Czy można było zrobić coś, aby tej śmierci można było zapobiec. Ninie życia nic nie wróci, ale może uda się zrobić coś, aby uniknąć w przyszłości takich tragedii – mówią.
Dziewczynka spoczęła na miejscowym cmentarzu, w grobie obok ojca. W ostatniej drodze towarzyszyła jej najbliższa rodzina, krewni oraz przyjaciele i mieszkańcy Polańczyka.


