Dalej nie jadę

Marcin Wojtowicz (rocznik 1978) pracował w Muszyniance, Sparcie Warszawa i Wiśle Kraków oraz z reprezentacją Polski kadetek i juniorek. Z Developresem Rzeszów awansował do Orlen Ligi, co było jego największym trenerskim osiągnięciem. Fot. Paweł Bialic
Marcin Wojtowicz (rocznik 1978) pracował w Muszyniance, Sparcie Warszawa i Wiśle Kraków oraz z reprezentacją Polski kadetek i juniorek. Z Developresem Rzeszów awansował do Orlen Ligi, co było jego największym trenerskim osiągnięciem. Fot. Paweł Bialic

Rozmowa z trenerem Marcinem Wojtowiczem, który rozwiązał kontrakt z Developresem SkyRes.

Niespełna 2 lata – tyle trwała przygoda Marcina Wojtowicza z Developresem. Pod wodzą trenera urodzonego w Suchej Beskidzkiej ekipa z Rzeszowa wygrała w ekstraklasie 4 z 19 meczów.

– Ogłosił pan, że odchodzi z powodów osobistych. Powie pan coś więcej?
– Nie chciałbym szerzej komentować mojej decyzji. Zapewniam jednak, że jestem zdrowy (śmiech).

– Ponoć nie ze wszystkimi działaczami było panu po drodze?
– Mieliśmy chwile dobre i złe. Na szczęście tych pierwszych było więcej. Powiem tak: jak się wygrywa, to niektóre problemy rozwiązują się same albo są zamiatane pod dywan. Gdy pojawiają się porażki, jedna, druga, trzecia, to zaczyna się szukanie dziury w całym. Zawsze będę kibicował Developresowi, czuje się częścią tego klubu. Mam nadzieję, że zmiana trenera uwolni w tym zespole jakiś impuls i dziewczyny zaczną punktować. Bo sama gra jest niezła. Drużyna jest poukładana, zawodniczki wiedzą, co mają robić na boisku. Muszą tylko uwierzyć w siebie.

– Dlaczego o swojej rezygnacji poinformował pan zespół przed, a nie po meczu z KSZO?
– W piątek rano zaproponowałem działaczom rozwiązanie kontraktu, ale wieść – dziwnym trafem – rozeszła się lotem błyskawicy. Nie chciałem, żeby moi rodzice i dziewczyna dowiadywali się o tym z prasy, więc musiałem wszystkich uprzedzić. Również drużynę, choć wolałem to zrobić po meczu. Wielkiego pożegnania nie było. Powiedziałem dziewczynom, że jesteśmy na skrzyżowaniu i dalej z nimi nie pojadę. Wyściskałem się serdecznie z Adą Budzoń, z którą pracowałem przez trzy lata, a wszystkim dziewczynom życzyłem powodzenia.

– Mógł pan poczekać do końca sezonu.
– Raczej nie. Ale wie pan, zdaje sobie sprawę, iż strasznie uparty ze mnie facet. Mam trudny charakter, ciężko się ze mną żyje i może dlatego staram się zawsze pamiętać tylko dobre rzeczy. A w Rzeszowie zaliczyłem fenomenalny sezon w pierwszej lidze, zwieńczony historycznym awansem do elity. To jest coś!

– Słyszałem, że wyjeżdża pan na zagraniczny staż.
– Na razie jestem w drodze do Muszyny i mam nadzieję, że dojadę (śmiech). Śnieżyca jest taka, że mało co widać (rozmawialiśmy w niedzielę przed południem – red.). Staż? Chodzi raczej o normalną pracę, zbieranie doświadczeń. Ale to jeszcze nic pewnego. Najważniejsze, by wkrótce znów pracować w siatkówce, najlepiej w Orlen Lidze. Nie czuje się ani zmęczony, ani spełniony, bo niczego jeszcze nie osiągnąłem. Miałem być lekarzem, potem ekonomistą, pracowałem jako nauczyciel wychowania fizycznego w szkole, ale to jednak praca trenera siatkówki stała się moją prawdziwą pasją. I niechaj tak zostanie.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

One Response to "Dalej nie jadę"

Leave a Reply

Your email address will not be published.