
Kilkanaście bryczek z głośnym turkotem wyruszyło z Dębowa do Przeworska. To orszak Stanisławy Uberman. Panna młoda w białej sukni ustrojonej mirtem oraz „kościołowych” żółtych bucikach wraz z wybrankiem oraz zaproszonymi gośćmi,
podążała do ślubu. Był 2 czerwca 1953 r. Ponad 20 lat później, 3 sierpnia 1975 r. Halina Rusinek u boku przyszłego męża, także jechała do Przeworska, tyle że z Żurawiczek, wartburgiem i mając na sobie… niebieską kreację. Obie pary młode czekało w domu huczne wesele. Takie, o którym w obecnych czasach można tylko pomarzyć!
Przed laty czas od „chodzenia na żyniaczkę”, poprzez ślub i wesele, po obowiązkowe „poprawiny” przebiegał według precyzyjnych scenariuszy. Jak to było w Przeworsku i okolicach pamiętają Stanisława Kordas z Dębowa oraz Halina i Jan Pieniążkowie z Żurawiczek… Mimo że daty ich ślubów dzieliło ponad 20 lat, wiele zwyczajów było podobnych.
„W maju ślub, rychły grób”
– Mój przyszły mąż – Stanisław, który pochodził z Gaci był kolegą mojego brata. Zapoznaliśmy się na zabawie wiejskiej. Dużo tańczyliśmy, odprowadził mnie też do domu – wspomina 90-letnia dziś mieszkanka Dębowa. Później były kolejne spotkania i tak zakochali się w sobie.
Halina i Jan pochodzili z sąsiednich wiosek: ona z Żurawiczek, on z Maćkówki. Doskonale pamiętają częste spotkania w remizie, gdzie młodzież schodziła się na oglądanie telewizji, albo randki na drodze. – Nieraz stało się i tuptało z zimna na mrozie – śmieje się Jan Pieniążek. – Nie można było, tak jak dziś, odwiedzać panny w domu. Ja chyba dopiero po dwóch latach mogłem przestąpić jego próg.
Bardzo ważna była rola i wola rodziców, którzy musieli zgodzić się „oddać” córkę, a nie zawsze kandydat przypadał do gustu. Wie coś o tym Stanisława Kordas, która oprócz Stasia, z którym się spotykała, miała i innego zalotnika z Sieteszy. – Kiedyś, w moje imieniny przyszli pod dom muzykanci. Przyszedł i on – z wódeczką. Poszedł do mamy i taty prosić o moją rękę. Ja go nie chciałam, więc zamknęłam się przed nim w domu – opowiada. – Ale rodzice chcieli go koniecznie. Pamiętam, jak następnego dnia rzepę obierałam i mama mówili do mnie: „I co, będzie to wesele? Będą zaręczyny?”. Ja jej na to: „Mamo, nie będzie. Nie chcę go. Mam już chłopaka”. Mama zdenerwowała się, powiedziała, że ożenię się ze Stasiem jak jej trawa urośnie na ręce. Potem mnie zamknęli i nie puścili nigdzie za karę.
Z czasem przekonali się do wybranka córki. Zgodnie z panującym zwyczajem przyszedł więc poprosić rodziców o jej rękę. – Po kościelnych zapowiedziach była gościna, na której zapoznali się ojcowie z ojcami – wspomina pani Stanisława.
Państwo Pieniążkowie także pamiętają swe zaręczyny. – Janek przyszedł z mamą i tatą do mojej mamy, bo tato już nie żył. Wyraziła zgodę – opowiada pani Halina. – Później jego mama zaprosiła moją do siebie i tam uzgadniano całą organizację wesela.
Przed ślubem młodzi musieli odbyć nauki przedmałżeńskie i osobiście zaprosić gości. – Wtedy zazwyczaj wszyscy potwierdzali swoją obecność, bo zaproszenie na ślub było traktowane jak zaszczyt – podkreśla pani Halina.
Stanisława Kordas (wtedy Uberman) pamięta, że spraszała gości wraz z drużką. – Jeździłyśmy bryczkami, pukałyśmy do drzwi. Do każdego trzeba było wstąpić na chwilę – wspomina.
Zaproszeni w większości nie odmawiali. – Wesele było powodem wzruszeń, okazją do żartów, czasem poczucia wspólnoty. Dostarczało też wrażeń estetycznych – zachwycające stroje ślubne, dekoracje koni i wozów, zdobne pieczywo, tj. korowaje, a później torty, piękne melodie i słowa pieśni – wyjaśnia Katarzyna Ignas, etnograf Muzeum w Przeworsku i autorka publikacji „Tradycyjne wesele regionu przeworskiego”. – Goście weselni czuli się potrzebni, ważna była ich obecność na każdym etapie uroczystości, więc angażowali się w nie z wielką ochotą i radością. Nikt nikogo do niczego nie zmuszał, ani do tańca, ani do jedzenia…
Zarówno w latach 50., jak i 70. przestrzegano zasady, by ślub odbywał się w miesiącach, które mają „r” w nazwie. – Wierzono, że dziecko mogłoby wtedy nie wypowiadać tej litery – mówi pan Jan. Szczególnie wystrzegano się maja. Funkcjonowało nawet przysłowie: „W maju ślub, rychły grób”.
Mirt chronił od złego
Przygotowania do wesela odbywały się w domu panny młodej i zaczynały ok. tygodnia wcześniej. Upływały wśród śpiewów, czasem przy kieliszku, bo osoby funkcyjne jak starościna lub druhna „musiały postawić”. Goście – w tym sąsiedzi znosili sery, jajka, mleko czy inne produkty oraz przychodzili pomagać. Prym wiodła kuchenna.
Zabijano świnie, których mięso miało trafić na weselne stoły.
Wódkę ze spirytusu majono w domu. Pani Stanisława wspomina, że za jej czasów wykorzystywano butelki zamykane charakterystycznym korkiem, jak w lemoniadzie.
Mieszkanka Żurawiczek, która wychodziła za mąż w latch 70. nie miała wieczoru panieńskiego. 20 lat wcześniej takowe się odbywały. – Nazywały się „dobranocką” – wspomina mieszkanka Dębowa. – Dwa albo trzy dni przed ślubem, przyjeżdżało trzech muzyków. Najpierw grali pod domem, a później prosiliśmy ich do domu, gdzie gościłyśmy się z kilkoma koleżankami. Mój przyszły mąż też miał u siebie taki wieczór z kolegami.
Pani Halina pamięta, że podobnie jak dziś, pan młody nie mógł zobaczyć przed ślubem sukni wybranki. Stanisława Kordas nie pamięta takiego przesądu. Dzięki zachowanej fotografii czas nie zatarł wspomnień, jak prezentowała się tego wyjątkowego dnia. – Miałam długą, białą suknię zapinaną pod szyją. Uszyła ją z żorżety kuzynka narzeczonego – opowiada. – Buty nie były jednak białe, a żółtawe. Chodziłam w nich do kościoła. Nie mogłam kupić nowych, bo bieda wtedy była. Za to dostałam od rękownicy śliczny bukiet z pięknymi wstążkami.
Na fotografii widać, że zarówno welon, jak i suknię zdobią listki mirtu. Kiedyś była to ważna roślina, często hodowana w doniczkach. – W kulturze ludowej uważano mirt za znak niewinności, czystości. Udekorować swój strój ślubny mogła jedynie panna młoda, która zachowała czystość przedmałżeńską. Poza tym, jak każda roślina zimozielona, zachowująca długo kolor i świeżość, postrzegano ją jako zabezpieczającą przed złymi mocami. Wiadomo, iż państwo młodzi w trakcie weselnego obrzędu przejścia z jednego stanu w drugi, tj. ze stanu wolnego w stan małżeński, trwali w zawieszeniu, podczas którego, jak wierzono, narażeni byli na działanie złych mocy. Mirt był rośliną, która chroniła ich przed złem – wyjaśnia Katarzyna Ignas. – Drużki weselne wiły z niego wianek dla młodej, używano go też do bukiecików ślubnych dla osób funkcyjnych na weselu.
A jak swoją kreację wspomina pani Halina? – W moich czasach można było zakładać kolorowe sukienki. Ja miałam niebieską w białe, haftowane kwiatki. Także mężczyźni mogli przebierać w kolorach i wystąpić np. w bordowym stroju. Mój narzeczony, żeby do mnie pasować, wybrał niebieski. Szkoda, że zdjęcia były wtedy czarno-białe, więc dziś już tego nie widać.
Jak to możliwe, że dopuszczano inne niż białe kreacje? Okazuje się, że moda w regionie przeworskim dynamiczne ewoluowała na przestrzeni lat. – Do ślubu szło się w stroju, czyli ubraniu odświętnym, specjalnie uszytym, dobranym. Panny, córki zamożnych kmieci zakładały do ślubu gorset. W XIX w. był to gorset z błyszczącego wzorzystego adamaszku w kolorze malinowym, zdobiony złocistą aplikacją, a do tego cenny metalowy pas, tzw. obręcz. W okresie międzywojennym bardzo modne stały się gorsety ślubne uszyte z białego materiału – atłasu, satyny, wełenki, obszywane w gęste wzory kwiatowe – koralikami, jedwabnymi nićmi oraz srebrzystymi i złocistymi cekinami – tłumaczy Katarzyna Ignas. – Panna młoda ubierała zawsze strój o jasnej barwie czy o jasnym odcieniu barwy. Dlatego mogła to być suknia jasnobłękitna. Moda ślubna zmieniała się. Np. do gorsetów noszono spódnice sięgające za kolano, do tego wkładano ciemne buty; starym tradycyjnym nakryciem głowy panny młodej był gruby wysoki wieniec, tzw. chochoł. Welony jako przykład wpływu mody miejskiej czy dworskiej, na wsi pojawiły się w latach 30. XX w.
Z lalką na masce
Tradycją, która w wielu domach przetrwała do dziś jest błogosławieństwo rodziców przed wyjazdem do kościoła. Kiedyś poprzedzała ją grana przez orkiestrę melodia „Pod Twą obronę”. Muzycy byli zresztą ważną częścią ślubnych zwyczajów. Jeszcze przed wyjazdem z domu grali u pana młodego, a później u jego wybranki. Witali schodzących się gości marszem weselnym, za który otrzymywali „do kieszeni” datki. – Na naszym weselu tyle zebrali za te marsze, że odmówili później wynagrodzenia – śmieje się pan Jan.
Młodych wspierały osoby funkcyjne, czyli starostowie, oraz drużbowie i drużki. Te ostatnie wpinały np. gościom w ubranie weselne bukieciki, a starościna przygotowywała tort nazywany niegdyś korowajem.
A czym podróżowano do ślubu? – Do lat 80. XX w. powszechne było zapoznawanie się młodych w obrębie jednej wsi, gminy czy parafii. Stąd często do kościoła na ślub chodzono w pieszym orszaku, z orkiestrą na przedzie. Wielu gospodarzy posiadało konie i pojazdy typu bryczka resorka; wielu furmaniło, tj. oferowało swoje usługi, powożąc do ślubu. W luksusowym zaprzęgu, odpowiednio opłaconym, który wiózł młodych czy starostów, znajdowała się para koni o maści siwej – wyjaśnia etnograf. – Z czasem migracja ze wsi do miast, generalnie większa mobilność ludzi, sprawiły że zapoznawali się młodzi mieszkający w odległych miejscowościach. Ponadto zaczęły pojawiać się samochody, np. syrenki, warszawy, fiaty 125p, które angażowano jako transport weselny. Często zdobiono je umieszczoną z przodu na karoserii – lalką ubraną w strój ślubny. Oprócz funkcji estetycznej, pełniła ona, może nieuświadamianą, rolę magiczną. Kojarząca się z dzieckiem, miała pobudzić i wpłynąć na płodność panny młodej.
Pani Stanisława jechała do przeworskiej fary przystrojoną na tę okazję bryczką, którą przyjechał po nią pan młody. Jak wspomina, pogoda była wspaniała… Halina i Jan wynajęli zaś na tę okazję czarnego wartburga. – To był piękny starszy model, z bagażnikiem wypuszczonym z tyłu – wspomina pan Pieniążek. – Kto z gości nie miał samochodu ten wypożyczał, żeby dojechać te 4 km do przeworskiego klasztoru.
Po drodze zatrzymywano ślubny orszak ślabantami (bramami), czyli wystawiano na środku drogi jakąś przeszkodę np. krzesło z bukietem kwiatów. Celem było uzyskanie okupu – w postaci ciastek czy wódki weselnej, którą dawał starosta. Wbrew pozorom nie był to dla nikogo uciążliwy zwyczaj. – Dawniej gdyby ktoś nie zrobił ślabantu, to para młodych mogła się obrazić. To była oznaka ich popularności, szacunku, jaki mają – tłumaczy pan Jan. – Pamiętam, że jak jechałem do młodej, to mimo że mieszkaliśmy bardzo blisko siebie, zatrzymywano nas w ten sposób aż 15 razy! W drodze do kościoła czekały kolejne. To stolik stawiano, to łańcuch rozciągano przez drogę. Ludzie się przebierali np. za cyganów i wróżyli nam z ręki przyszłość.
Stanisława Kordas też pamięta ślabanty. Były one jednak nieco skromniejsze np. przewiązywano przez drogę sznurek. Starosta dawał wódkę, a starościna rzucała przyglądającym się orszakowi dzieciom cukierki i szyszki. – To były plecione jak warkocz, pieczone niewielkie bułeczki. Pakowano je woreczki – wyjaśnia dębowianka. Za czasów ślubu państwa Pieniążków, częstowano tylko cukierkami.
Podeptać męża
Przed laty podczas ślubu zwracano uwagę na kościelne świece. Gdy nie paliły się równo, mogły zwiastować choroby i nieszczęścia. Zabawnym zwyczajem była rywalizacja młodych o to, kto zdobędzie dominację w związku. Panna – jeśli pierwsza podeptała stopę lub spodnie młodego, pan młody – gdy zdążył wcześniej przydeptać suknię. Do pięknych tradycji należy też modlitwa (po mszy św.) młodej mężatki przed figurą – najczęściej Matki Boskiej, której zostawiała ślubny bukiet.
Zarówno pani Stanisława, jak i państwo Pieniążkowie pamiętają, że po mszy św. goście składali im życzenia. Następnie młodzi udawali się do zakładu fotograficznego, by zatrzymać w kadrze wyjątkowe chwile.
A później czekała już tylko zabawa weselna!
Jak się na niej bawiono – przeczytają Państwo w 2.
części artykułu, już w poniedziałkowym wydaniu
„Super Nowości”.
Aneta Jamroży



4 Responses to "Dawnych wesel czar…"