
PIŁKA NOŻNA. Obrońca Udinese Calcio, Paweł Bochniewicz, o urokach życia we Włoszech i treningach u boku gwiazd.
Paweł Bochniewicz był w piątek gościem resoviackiej Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Najpierw przeprowadził krótki trening z zawodnikami rocznika 1999, a następnie wziął udział w klubowej wigilii. Wychowanek Wisłoki znalazł również czas, by spotkać się z zawodnikami Dziecięcej Akademii Piłkarskiej w rodzinnej Dębicy. 18-letni Bochniewicz przeszedł latem z Regginy do Udinese Calcio. Środkowy obrońca został kapitanem drużyny młodzieżowej „Zebr”, regularnie występuje też w reprezentacji Polski U-19. Wciąż czeka na debiut w Serie A.
– Miło wrócić do domu?
– Oj tak! Miło oderwać się od treningów, kolegów z drużyny, z którymi codziennie spędzam po kilka godzin. W domu odpocznę i naładuję baterie. We Włoszech jestem od prawie 3 lat, lubię ten kraj, czuję się tam jak u siebie. Ale wciąż tęsknię za bliskimi.
– Pofolguje pan sobie przy świątecznym stole?
– Wykluczone. Mogę przytyć zaledwie o kilogram, w przeciwnym razie zapłacę karę. Każdy z nas jadąc do domu otrzymał z klubu plan treningowy. Mam tylko dwa dni wolnego, potem muszę zasuwać. Nie ma zmiłuj.
– „Jeśli jest ciężko, to znaczy, że idziemy w dobrą stronę” – głosi hasło na pańskim koncie na Twitterze. To pana życiowe motto?
– Tak. Wierzę w to, że ciężką pracą można zajść naprawdę daleko. Mam świadomość, że sam talent nie wystarczy. Wielu rokujących zawodników przepadło, straciło swoją życiową szansę. Ja jestem na początku drogi. To na razie przygoda z piłką. Karierę zacznę, gdy zadebiutuje w Serie A.
– Talent z pewnością odziedziczył pan po tacie…
– Lewa noga, wzrost, czytanie gry – to na pewno mam po tacie. W ogóle pochodzę z usportowionej rodziny. Mama i siostra grały w siatkówkę.
– Porozmawiajmy o Italii. Co się tam panu najbardziej podoba? Czego panu brakuje, gdy wraca do Polski?
– Włoskiego luzu. Tam ludzie są bardziej pozytywnie nastawieni do życia. Pasuje mi taki styl, bo sam należę do osób, które wolą brać wszystko na uśmiech aniżeli przejmować się. A tak na marginesie, Włosi zazdroszczą Polakom jedynie kobiet (śmiech).
– We włoskiej kuchni też się pan rozsmakował?
– Bardzo mi odpowiada, dla sportowca jest wręcz wymarzona. W Polsce jadałem makaron, ale to nie to samo. Włosi przygotowują go na sto sposobów. Albo śniadania. U nas zaczynałem dzień od kanapek, parówek albo jajecznicy. W Italii pierwszy posiłek to mały rogalik i jeszcze mniejsza kawa. Przed pierwszym treningiem dokładam do tego zestawu banana. Zapewniam, że da się tak funkcjonować (śmiech).
– Mówi się, że Udine to najmniej włoskie z włoskich miast.
– To na pewno inny świat niż Reggio di Calabria, gdzie wcześniej mieszkałem. Włosi mawiają, że na południe od Rzymu jest już Afryka. Udine leży przy granicy z Austrią, ludzie są tam nieco bardziej uporządkowani. Wyższy jest też poziom życia. Widać, że Udine to jedno z bogatszych miast, że jego mieszkańcom niczego nie brakuje.
– A panu brakuje ciepłego morza, palm i gajów cytrusowych?
– Bardzo! Uwielbiam gdy świeci słońce. Niestety, na północy Italii nie wyjdę w grudniu w krótkich spodenkach na plażę.
– Kalabria kojarzy się również z Ndranghetą…
– Obowiązuje mnie omerta (śmiech). Wszyscy mówią mafia, mafia, ale ja tam nikogo podejrzanego nie spotkałem.
– W Udine zetknął się pan z językiem friulskim?
– Tak, to kolejna ciekawostka. Gdy ktoś do mnie mówi w tym języku, prawie w ogóle go nie rozumiem. Różni się od włoskiego, którego bardzo szybko się nauczyłem. Warto wiedzieć, że w szatni Udinese obowiązuje portugalski. W drużynie jest chyba z dziesięciu Brazylijczyków.
– Z kim pan trzyma w tej wieży Babel?
– Przyjaźnię się z Jakubem Jankto, reprezentantem Czech do lat 19. Wcześniej świetnie dogadywałem się z Piotrkiem Zielińskim, ale poszedł na wypożyczenie do Empoli. Dziwne, że się nie przebił. Pod względem umiejętności technicznych przewyższał wielu pomocników Udinese, także tych ze znanymi nazwiskami.
– W Udinese jest paru znanych piłkarzy i jedna gwiazda, legenda klubu Antonio Di Natale. Zadziera nosa?
– Absolutnie nie! To bardzo sympatyczny, wesoły facet. Owszem, zdarza się, że wybuchnie, lecz wynika to tylko i wyłącznie z jego podejścia do tematu. Antonio jest szalenie ambitny, to profesjonalista w każdym calu. W 400 meczach Serie A strzelił 200 goli. Ktoś taki ma prawo stawiać kolegów z drużyny do pionu. Dla młodych jest jednak pomocny, a obserwowanie go podczas treningów to wielka przyjemność. Di Natale to geniusz. Dostrzega rzeczy, których inni nie widzą. Z piłką wyczynia cuda. Nieważne, lewa czy prawa noga. Wszystko wchodzi.
– Wspominał pan, że Di Natale jeździ ferrari ze specjalnej kolekcji. Jakie auta można jeszcze spotkać na klubowym parkingu Udinese?
– Kolumbijczyk Luis Muriel pomyka maserati. Ja mam do dyspozycji klubowego smarta. Jest niewielki, ale nie narzekam.
– Został pan kupiony latem z Regginy za 1 mln euro, ale na razie gra wyłącznie w Primaverze. Jest pan rozczarowany czy wprost przeciwnie?
– Wiadomo, że każdy chce grać w Serie A. Na swoją szansę trzeba jednak poczekać. Ja jestem cierpliwy i pracowity. W pierwszej drużynie Udinese mam ośmiu konkurentów, na treningach jest nas czterdziestu kilku. Rywalizacja jest ogromna. Trener Andrea Stramaccioni znany jest z tego, że chętnie wprowadza do zespołu młodzież, więc jestem dobrej myśli. A na razie koncentruje się na grze w Primaverze. Jestem kapitanem drużyny, wystąpiłem we wszystkich meczach. Nie mam prawa narzekać.
– Primavera to taka polska Młoda Liga tylko dużo lepiej zorganizowana?
– Rywalizacja toczy się w trzech grupach. Przywilej posiadania drużyny w Primaverze mają wyłącznie kluby Serie A i Serie B. Włosi przykładają do tych rozgrywek dużą wagę. Zdają sobie sprawę, że zawodnicy z Primavery to bezpośrednie zaplecze ekstraklasy. Dlatego są w stanie zapłacić za 18-letniego środkowego obrońcę milion euro. W moim zespole występuje np. pomocnik Nabil Jaadi, który grał w Lidze Mistrzów w barwach Anderlechtu Bruksela, a w sztabie szkoleniowym znajduje się czterech trenerów. Do tego lekarz i fizykoterapeuci. Każde zajęcia są monitorowane, ci ludzie liczą nawet liczbę kroków, jakie zrobiłem. Tak wygląda Primavera w Udinese.
– „Zebry” nigdy nie były mistrzami Włoch, ale przez klub przewinęło się mnóstwo gwiazd, żeby wymienić choćby Dino Zoffa, Zico, Olivera Bierhoffa, Roberto Nestora Sensiniego czy Alexisa Sancheza.
– Udinese to organizacyjny top. Wyżej plasuje się jedynie Juventus Turyn, może AC Milan. Klub należy do biznesmena Giampaolo Pozzo, który jest również właścicielem angielskiego Watford i hiszpańskiej Granady. Udinese buduje teraz nowy stadion, posiada potężną telewizję klubową. Czy udzielałem tam wywiadu? Tak. Czy Włosi pytali o Polskę? O Polskę nie, prędzej o naszych piłkarzy – Roberta Lewandowskiego i Kamila Glika, który ma tam bardzo mocną pozycję. Zresztą już zdążyli napisać: „Bochniewicz, drugi Glik”. W Udine bardzo dobrze wspominają Marka Koźmińskiego. Gdy kibice dowiedzieli się, z jakiego kraju pochodzę, od razu szeroko się uśmiechali: Polska, Koźmiński! – wykrzykiwali.
– Cwaniaki, płaczki, symulanci – takie łatki przypinamy włoskim piłkarzom. Słusznie?
– Trochę na wyrost, choć coś w tym jest. Gdy podczas treningu facet nie przewróci się w polu karnym, mimo że był lekko pociągany za koszulkę, dostaje burę od trenera. Powinien paść na ziemię i zarobić karnego dla drużyny. To ta mentalność.
– Sami Włosi lamentują nad upadkiem swojej ligi. Ale tak źle chyba jednak nie jest. Powiedział pan, że z polskich drużyn szanse na utrzymanie się w Serie A miałyby tylko Legia i Lech.
– To już nie te czasy, gdy w Serie A grały największe gwiazdy jak Marco van Basten, Andrij Szewczenko czy Kaka. Lecz z Juventusem, Romą i Napoli w Europie wciąż się trzeba liczyć. Wszyscy piłkarze w Italii są świetnie wyszkoleni technicznie. Zbyt często jednak drużyny wychodzą na boisko tylko po to, by nie przegrać. Stąd tak wiele nudnych spotkań kończonych remisami.
– Jak wygląda pana zwyczajny dzień we Włoszech?
– Wstaję o 9. Po lekkim śniadaniu, na 9.45 jadę do klubu, na trening indywidualny. Potem albo wracam do siebie albo zostaję w klubie, gdzie każdy z nas ma swój własny pokój. Ucinam sobie drzemkę, a jak nie jestem zmęczony, gram z chłopakami w bilard albo w ping-ponga. O 14.30 muszę być w szatni, przygotowuję się do drugiego treningu. Kończę go po 18 i wtedy mam czas wolny. Z reguły po takim dniu już na nic nie mam siły, ale jeśli już gdzieś wychodzę, to do kina. Kilka razy wyskoczyłem też do pobliskiej Wenecji. Uwielbiam to miasto.
Rozmawiał Tomasz Szeliga


