Diabelskie koło nienawiści

W 1998 roku na stadionie w Lyonie, podczas mistrzostw świata w piłce nożnej, odbył się niezwykły mecz: USA – Iran. Oba kraje od lat trwały w zimnowojennym uścisku, sytuacja była napięta jak cięciwa łuku Katarzyny Wiśniowskiej, pierwszej wielkiej mistrzyni z Rzeszowa. Przedsięwzięto ogromne środki ostrożności, obawiając się prowokacji, a nawet terrorystycznych zamachów. Tymczasem piłkarze okazali się mądrzejsi od zacietrzewionych polityków. Jeszcze przed rozpoczęciem spotkania obdarowali się upominkami, serdecznie się uściskali i stanęli do wspólnego zdjęcia. Iran wygrał 2-1, odnosząc pierwsze w historii zwycięstwo w mundialu, a na ulice Teheranu wylęgły tłumy. Tańczono, otwierano szampana, kobiety zrzuciły burki i poczuły się wreszcie jak obywatelki pierwszej kategorii. Duchowy przywódca Ali Chamenei ogłosił co prawda triumfalne zwycięstwo nad wielkim szatanem, ale wynik zszedł na dalszy plan. – W 90 minut zrobiliśmy więcej dla pokoju, niż politycy przez 20 lat – powiedział jeden z amerykańskich piłkarzy. Półtora roku później, już na terenie USA, doszło do kolejnego, tym razem towarzyskiego, spotkania obu reprezentacji. Sportowcy znów zawstydzili ludzi trzymających pod bronią miliony żołnierzy.

Kilka lat wcześniej w RPA rozpoczął się demontaż apartheidu. Pomógł sukces narodowej drużyny rugby, która sensacyjnie sięgnęła po Puchar Świata. W epickim finale w Johannesburgu Springboks (Antylopy) pokonały Nową Zelandię dowodzoną przez legendarnego Jonaha Lomu. Przywódca czarnej społeczności, Nelson Mandela znalazł sprzymierzeńca w osobie Francoisa Pienaara, kapitana afrykańskiej reprezentacji o białym kolorze skóry. Niezwykłą historię opowiadającą o przemianach w RPA i przyjaźni charyzmatycznych liderów pokazał Clint Eastwood w znakomitym filmie “Invictus – Niepokonany”. W sporcie, inaczej, niż w polityce, łatwiej o szacunek do przeciwnika, bezinteresowną pomoc i zakopanie wojennego topora.

Na sporcie znam się lepiej, niż na polityce, ale żyję wystarczająco długo, żeby wyzbyć się złudzeń o katharsis polskiego społeczeństwa po bestialskim mordzie na Pawle Adamowiczu, prezydencie Gdańska. Od niedzielnego wieczora oglądam telewizję, z uwagą obserwuję to, co się dzieje w mediach społecznościowych – na Facebooku i Twitterze. I jestem coraz bardziej przerażony. Zapewne dlatego, że mam znajomych po obu stronach politycznego sporu. Diabelskie koło bólu, żalu, wzajemnych oskarżeń zaczyna się kręcić z coraz większą mocą. Wybrałem się na rzeszowski Rynek, w przejmującej ciszy zaprotestowałem przeciwko przemocy i oddałem hołd prezydentowi Gdańska. Nie byłem sam, a jednak nie umiem się wyzbyć uporczywej myśli, że już to przerabiałem. Towarzyszy mi poczucie deja vu, bo przecież po śmierci papieża Jana Pawła II albo po katastrofie samolotu w Smoleńsku naród też się jednoczył, padał na kolana w gorącej modlitwie i wybaczał sobie krzywdy. A nade wszystko obiecywał poprawę…Być może należy się zgodzić z pisarzem Szczepanem Twardochem, który twierdzi, iż Polska (mentalnie) jest krajem na peryferiach cywilizacji europejskiej. A już na pewno większa część społeczeństwa jest podatna na wylewającą się niczym Ganges w porze monsunowej propagandę. Gdy do głosu dochodzą emocje, trudno uwierzyć choćby w mrówczą pracę rosyjskich trolli (służb specjalnych) rozsadzających nasz kraj od środka za pomocą treści masowo produkowanych na Facebooku i wielu innych miejscach w sieci. Lecz skoro takie rzeczy wydarzyły się w USA, nie ma powodu, by upierać się, iż Polska jest wyjątkiem.

Zazdroszczę tym, którzy wierzą, że z gdańskiej tragedii wyciągniemy lekcję. Że Polska będzie tolerancyjna, otwarta i uśmiechnięta. Chciałbym się mylić, lecz intuicja podpowiada mi eskalację konfliktu na niespotykaną dotąd skalę. A gdy zamroczeni nienawiścią rodacy ruszą na siebie, nie zostanie kamień na kamieniu.

Tomasz Szeliga, redaktor naczelny Super Nowości

9 Responses to "Diabelskie koło nienawiści"

Leave a Reply

Your email address will not be published.