Dla mnie Boże Narodzenie musi zaczynać się w przemyskiej katedrze

Fot. Archiwum

Z Przemysławem Babiarzem, znanym i lubianym dziennikarzem i prezenterem sportowym, rozmawia Monika Kamińska.

– W tym roku też przyjedzie Pan do Przemyśla?
– Oczywiście, że wybieram się do Przemyśla! Co prawda pozostawałem w izolacji z powodu pandemii, ale właśnie ją kończę i wracam do normalnego życia. A wyjazd na święta do mojego rodzinnego miasta, do rodziny, to właśnie ta normalność. Nie wyobrażam sobie inaczej. Poza Przemyślem mieszkam już ponad 30 lat i na palcach jednej ręki mogę policzyć te święta, zarówno Wielkiej Nocy, jak i Bożego Narodzenia, których tu nie spędziłem. Pamiętam, że nie było mnie na Wielkanoc, gdy na przełomie wieków pracowałem w telewizji „Wizja Sport” i wysłano mnie służbowo do Anglii, i raz w 2008 roku też podczas świąt wielkanocnych musiałem wyjechać na mistrzostwa Europy w pływaniu do Eindhoven [Holandia] już jako pracownik TVP. Boże Narodzenie w Przemyślu opuściłem jedno, ale spędziłem je z rodziną, tyle że poza rodzinnym miastem.
– Co takiego magicznego jest w świętach właśnie w Przemyślu?
– Dla mnie najważniejsza jest moja rodzina, ale oczywiście samo miasto dodaje świętom uroku, jest jak piękne naczynie, w którym wszystko nabiera dodatkowego blasku i smaku. Boże Narodzenie zawsze spędzamy rodzinnie, w gronie bliższych i dalszych krewnych. A od kiedy wyjechałem z Przemyśla święta są okazją do rodzinnych spotkań. Zatem zawsze cieszyłem się na spotkanie najpierw z obojgiem rodziców, a potem po śmierci mego taty w 1999 roku, już tylko z mamą, ale i siostrą, i jej rodziną, i innymi krewnymi. To taki powrót do korzeni i przez to te święta nabierają wyjątkowego charakteru. Bo są pełne wspomnień z dzieciństwa, młodości, rozmów o tych, którzy odeszli, ale nadal żyją w naszych sercach. Wszystkich wspominamy przy wigilijnym stole. Taki przyjazd o zmiana czasu i przestrzeni, powrót do przeszłości…
– Jak wyglądało Boże Narodzenie w czasach dzieciństwa?
– Pewnie skromniej niż w polskich domach teraz, ale bardzo ciepłe, choć wówczas zimy były naprawdę śnieżne i mroźne (uśmiech). Mieszkaliśmy z mamą, tatą, siostrą i babcią w pięcioro. Zawsze na wigilię przychodziła też druga babcia. Wieczerze wigilijne były u nas w domu proste, ale zawsze wspaniałe. Zarówno kiedyś, jak i dziś musi być barszcz z uszkami, najlepszymi na świecie, które robi moja mama, oraz pierogi. Jedne z kapustą, drugie coś w rodzaju ruskich, ale z minimalną ilością sera, większość farszu to ziemniaki. Potem oczywiście karp smażony panierowany. Zawsze jako dziecko pilnie uważałem, żeby pozbyć się ości. Teraz też uważam, ale już okularów do tego używam (śmiech). Zwykle na stole pojawiało się i pojawia coś słodkiego. Przez wiele lat w domu moich rodziców była to kutia, ale teraz już jakoś jej nie ma, zastąpiło ją ciasto. No i oczywiście musiał być kompot z suszonych owoców. To nasze tradycyjne menu wigilijne w zasadzie poza niewielkimi modyfikacjami, nie zmienia się od wielu lat. I dobrze, bo nigdzie nie ma tak wspaniałego barszczu ani pierogów. A w Wigilię, wiadomo, wszystko smakuje jeszcze lepiej, niż gdyby to samo jeść w innym dniu w roku, tym bardziej, że mam zasadę, iż w Wigilię zjadam tylko skromne śniadanie rano i do wieczerzy nic już nie jem.
– A jaki Pan dostał najpiękniejszy prezent pod choinkę?
– Oj, to muszę się naprawdę bardzo daleko cofnąć pamięcią (śmiech), bo jako dorosły niespecjalnie przywiązywałem i przywiązuję wagę do tego, jakie prezenty dostaję. Ale jako dziecko, wiadomo, czekałem na podarunki od Gwiazdki. Bo u nas w domu prezenty przynosiła Gwiazdka. Mikołaj to był 6 grudnia, a w Wigilię Gwiazdka. Choinka stała u nas w innym pokoju niż ten, w którym zasiadaliśmy do wieczerzy, więc rodzicom łatwej było dyskretnie położyć pod choinką podarunki dla mnie i siostry. Takim prezentem, który szczególnie utkwił mi w pamięci, były moje pierwsze narty. Byłem małym dzieciakiem, na pewno nie chodziłem jeszcze do szkoły. Narty były zatem dość krótkie (śmiech) i nie miały wiązań, tylko takie paski. W te paski wkładało się but, zapinało i tak się jeździło. Natychmiast chciałem, by mi je założono i „szusowałem” najpierw …po dywanach w pokojach. Mieszkaliśmy wtedy przy Słowackiego i opodal były górki takie niewielkie. Tam stawiałem moje pierwsze kroki na tych małych nartach. Najlepsza do tego była boczna uliczka Czachowskiego przed cmentarzem, dość stroma. Gdy tylko spadł śnieg, tam właśnie jeździliśmy na nartach i sankach.
– A kolędy? Lubi Pan je śpiewać i potrafi?
– Mamy to ogromne szczęście, że nasza rodzina jest bardzo muzykalna. Zarówno od strony taty, jak i mamy w zasadzie wszyscy na jakimś instrumencie umieli grać i śpiewać też. Mama grała na pianinie, tato na skrzypcach i gitarze. W domu rodziców w tym pokoju, gdzie stała choinka, było pianino i zarówno ja, jak i siostra też graliśmy na nim. Wspólne kolędowanie było dla nas bardzo ważne, nadal jest. Wspólne śpiewanie kolęd bardzo łączy i znów przenosi w inny czas, we wspomnienia. Uwielbiam to. Tak się złożyło, że i moja żona ładnie śpiewa i mąż mojej, siostry jest muzykalny i nasze dzieci, siostry i moje, także, więc tradycja śpiewania kolęd jest podtrzymywana.
– Podobno każdy ma swą ulubioną kolędę. A którą Pan lubi najbardziej?
– Gdybym miał przywołać teraz te dziecinne wspomnienia, to na pewno powiedziałbym „Wśród nocnej ciszy”, bo to dla mnie taka „królowa” polskich kolęd. Większość pasterek się tą kolędą rozpoczyna. Możemy śpiewać przy świątecznym stole dużo kolęd, albo mało kolęd, ale tej nie możemy nie zaśpiewać (uśmiech). Jednak lubię też wiele innych kolęd, na pewno „Nie było miejsca dla Ciebie”. Dość często śpiewaliśmy ją w domu, choć jest smutna. Jedną z moich ulubionych kolęd „wyniosłem” z kościoła oo. Franciszkanów w Przemyślu. Lubiłem tam chodzić, moi dziadkowie, a potem rodzice śpiewali tam w chórze. Za czasów mej młodości był tam organistą nieżyjący już śp. Ludwik Gajda. Był to wspaniały organista i to dzięki jego wykonaniu kolęda „Przystąpmy do szopy, uściskajmy stopy Jezusa narodzonego” stała się jedną z moich ulubionych. Grał to z takim „nerwem”, że nie sposób było nie śpiewać. W zasadzie wszystkie polskie kolędy są piękne i wszystkie warte tego, by je wspólnie zaśpiewać przy stole czy choince.
– Jest Pan wierzący i obecny niemal na każdej pasterce w przemyskiej archikatedrze …
– Tak, oczywiście. Poza nielicznymi wyjątkami, kiedy byłem chory, albo jakieś inne okoliczności nie pozwalały mi pójść na Pasterkę. Dla mnie Boże Narodzenie musi zaczynać się w przemyskiej katedrze. Także dlatego, że tam właśnie zostałem ochrzczony, tam przystąpiłem do I Komunii Świętej. A pasterka w katedrze jest zawsze szczególna. To zostało jeszcze z czasów PRL-u. Wtedy też w różnych kościołach były pasterki, ale w katedrze był przecież jeszcze śp. abp Tokarczuk. On zawsze wygłaszał homilię, która nawiązywała do współczesnych wydarzeń i zawsze były to ważne slowa. Tam po prostu trzeba było być! I mnie tak już zostało (uśmiech). Warto też wspomnieć, że pasterki z przemyskiej katedry były transmitowane wówczas, gdy abp Józef Michalik, metropolita przemyski, był przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski. Wtedy na pasterce w Przemyślu mogła być spora część Polaków (uśmiech).
– Powróćmy do tych czasów PRL-u i pamiętnego Bożego Narodzenia w 1981 roku. Święta w stanie wojennym…Dobrze je Pan pamięta?
– Miałem 18 lat, byłem w maturalnej klasie. Jak na ironię losu natura dała nam wtedy wspaniałą oprawę świąt, było mroźno i bardzo śnieżnie. Ale było smutno…To wspólne zasiadanie do wigilijnej wieczerzy znów nabrało jeszcze innego wymiaru. Im większe były represje z zewnątrz, ze strony ówczesnego państwa, tym ludzie bardziej się integrowali, bardziej po prostu byli razem. Przy wspólnym stole była wolność, taka wolność, która bierze się z wiary, że to Pan Bóg ją daje. Poczucie zagrożenia sprawiało, że dziękowaliśmy Bogu za to, że możemy razem przy tym stole siedzieć i modliliśmy się za tych, którym to nie było dane, czyli zatrzymanych i internowanych. Obowiązywała godzina milicyjna i pasterka była odprawiana wcześniej, o godz. 21 lub 22, nie pamiętam dokładnie.
– Teraz też mamy Boże Narodzenie w szczególnym czasie, w czasie pandemii…
– Tak, na pewno to dla nas trudny czas także z powodu poczucia zagrożenia wirusem, ale i dlatego, że niektórzy nie mogą spotkać się bliskimi. Wielu ludzi obawia się o swój dalszy los, los swej rodziny i przyjaciół. Musimy wierzyć, że uda nam się to przezwyciężyć i Pan Bóg pozwoli nam odzyskać spokój i wrócić do normalnego życia. Wszystkim Państwu chciałbym życzyć zdrowych, spokojnych i pełnych nadziei świąt w gronie bliskich.
– Dziękujemy i wzajemnie.

Leave a Reply

Your email address will not be published.