
Na 320 telefonów do pogotowia zrealizowano 69 wyjazdów, w tym do pacjenta, któremu znudziło się czekanie w kolejce do lekarza rodzinnego.
– O, dzwoni nasz stały wielbiciel, potrafi nękać nas i inne służby ratownicze nawet 50 razy dziennie. Nie możemy jednak zablokować jego telefonu, bo być może kiedyś naprawdę będzie potrzebował naszej pomocy. Już dwa razy ratowaliśmy mu życie – mówi z uśmiechem Łukasz Hudzik, ratownik medyczny i dyspozytor Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Rzeszowie, kiedy razem z nim i dwiema innymi dyspozytorkami pełnimy dyżur, czekając w piątek na zgłoszenia pod numer 999 lub 112 „na ratunek”.
Dyspozytor mówi, że ich praca na pozór wygląda spokojnie. – Po sygnale od potrzebującego pomocy nie zjeżdżamy jak koledzy ze straży pożarnej „na rurach”. Nie ma jednak dnia, aby nie było dramatycznej akcji reanimacji prowadzonej przez telefon, która zakończona pomyślnie daje satysfakcję i zadowolenie. Niestety, nie zawsze kończy się dobrze. Pozostaje wtedy niedosyt, niepokój czy zachowaliśmy wszystkie procedury, czy akcja została przeprowadzona tak jak powinna, słowem, czy zrobiliśmy wszystko co mogliśmy zrobić, bo my jesteśmy po to, by ratować życie – mówi Hudzik.
– Pamiętam przypadek, gdy zadzwoniła kobieta z przerażeniem w głosie: „co mam robić, moje kilkutygodniowe dziecko nie oddycha”. Wezwanie zelektryzowało nas, ale musieliśmy zachować spokój, przede wszystkim po to, by ustalić, skąd kobieta dzwoni. Karetka została natychmiast zadysponowana, a my, utrzymując kontakt z dzwoniącą na bieżąco prowadziliśmy reanimację, instruowaliśmy kobietę, jak krok po kroku pomóc dziecku. Niestety, załodze, która po kilku minutach dotarła pod wskazany adres, nie udało się przywrócić czynności życiowych maleństwa. Później dowiedzieliśmy się, że matka, zanim wezwała karetkę, zadzwoniła do męża. On co prawda nie pracował daleko, dotarł do domu szybko, ale przez to straciliśmy cenne kilkanaście minut, które dla dziecka okazały się zabójcze – mówi Dorota Zielińska, dyspozytor medyczny Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Rzeszowie.
Dyspozytorzy więc uczulają: jeżeli istnieje zagrożenie życia nie ma potrzeby dzwonienia „po rodzinie”. Dla życia liczy się każda minuta. – Dziewczyna ranna w wypadku pod Dębicą zamiast zadzwonić na 999 zadzwoniła do babci. Być może, a raczej na pewno, inna kolejność szukania pomocy uratowałaby jej życie – dodaje dyspozytorka.
Po karetkę dzwonią za to ci, którzy jej nie potrzebują
Ze statystyk wynika, że zdarzenia nagłe: wypadki komunikacyjne, nagłe stany zagrożenia życia i zdrowia, to jedynie 23 proc. telefonów z wezwaniem na pomoc. Nagłe zachorowania: ból w klatce piersiowej, ból brzucha, urazy, itp. to kolejne 15 proc. 10 proc wszystkich telefonów kwalifikuje się do przekazania pacjenta do lekarza rodzinnego, bo objawy w żaden sposób nie zagrażają życiu, a pomoc może być udzielona przez lekarza rodzinnego np. funkcjonującego w nocnej świątecznej pomocy medycznej. Zaś aż 22 proc. to telefony głuche, żartownisie lub osoby nudzące się, chcące „porozmawiać” – niektórzy wielbiciele potrafią zadzwonić nawet kilkadziesiąt razy dziennie, mówiąc o rwaniu w nodze na zmianę pogody lub o kłótni politycznej obejrzanej w telewizji. – Na każdy głuchy telefon staramy się oddzwonić, w miarę możliwości zlokalizować go – mówi ratownik, ale to niestety zajmuje czas i być może blokuje dostęp osobie naprawdę potrzebującej pomocy.

Koloryzują objawy, żeby karetka na pewno przyjechała
Innym problemem dyspozytorów jest nierzetelna informacja przekazywana przez dzwoniących na numer 999. – Ktoś dramatycznie mówi o masywnym krwotoku z pękniętego żylaka, a po przyjeździe zespołu okazuje się, że żylak owszem krwawi, ale więcej krwi jest z zacięcia przy goleniu albo sugeruje możliwość urazu kręgosłupa, licząc na szybką diagnozę na szpitalnym oddziale ratunkowym. Oprócz pracy na dyspozytorni jeżdżę także na wyjazdy, więc wiem, jak to wygląda z jednej i drugiej strony. Dlatego apelujemy o rzetelne zgłaszanie zdarzeń, nie koloryzujmy, bo może się zdarzyć, że karetki rozdysponujemy do niegroźnych zdarzeń, a zabraknie jej dla naprawdę potrzebującego. Może to być nasza matka, mąż, czy siostra – apeluje dyspozytor. – W czasie gdy zadzwonił ten mężczyzna, któremu znudziło się czekanie w kolejce do lekarza rodzinnego (miał skoki ciśnienia) do dyspozycji mieliśmy już tylko jedną karetkę.
Nie daje się zapomnieć śmierci dziecka
Co jest najtrudniejsze w pracy ratownika? – Każdy ma inną wrażliwość. My ratując życie staramy się do tego podchodzić chłodno. Ale emocje, adrenalina są zawsze. Czego się nie zapomina? Rozkawałkowanych zwłok po wypadku i śmierci dziecka. To do nas zawsze powraca – mówi Łukasz Hudzik. – Pamiętam nasz wyjazd do wypadku z udziałem kobiety w zaawansowanej ciąży. Wypadek był straszny, duża szybkość, nie udało się uratować ani matki w dziewiątym miesiącu ciąży, ani dziecka. Koszmar. Gdy wracaliśmy, w karetce była cisza jak zasiał. Każdy po swojemu odreagowywał. Bił się z myślami czy można było ich uratować, czy zrobiliśmy naprawdę wszystko?
W ich zawodzie obecny jest nie tylko stres, ale i wysiłek fizyczny. Oprócz dźwigania kilkudziesięciu kilogramów wyposażenia muszą się zmierzyć z różnym gabarytem pacjentów i wąską klatką (często dodatkowo zagraconą) czy windą. – Kiedyś pacjenta z zatrzymaniem krążenia i wagą ponad 160 kg musieliśmy przywiązać do deski pasami i spionizowanego zwieźć windą. Po jej ruszeniu deska się odchyliła od pionu i… już zacząłem zastanawiać się który „zejdzie pierwszy” ja czy on, ale na szczęście w tym wypadku wszystko skończyło się dobrze – śmieje się ratownik.
Zintegrowana Dyspozytornia Medyczna w Rzeszowie jest jedną z najlepiej zinformatyzowaną w Polsce. Obsługuje cztery powiaty (rzeszowski, leżajski, niżański, łańcucki) i miasto Rzeszów, czyli około 565 tys. mieszkańców (liczba ta nie uwzględnia osób dojeżdżających do pracy i studentów). W systemie zmianowym, 12-godzinny dyżur pełni w niej trzech dyspozytorów medycznych (osób z dużym doświadczeniem medycznym i topograficznym), którzy zarządzają 17 karetkami systemu Państwowego Ratownictwa Medycznego. Jest to 7 karetek „S” w obsadzie lekarz, ratownik medyczny, kierowca – ratownik medyczny i 10 karetek „P” – w obsadzie ratownik medyczny, kierowca – ratownik medyczny. Karetki są rozlokowane na całym terenie zgodnie z rozporządzeniem wojewody podkarpackiego, co umożliwia szybsze dotarcie do osób potrzebujących pomocy medycznej.
Muszą być spokojni i dociekliwi
Zgłoszenie dyspozytora medycznego brzmi niezmiennie: RATOWNICTWO MEDYCZNE, DYSPOZYTOR 25, SŁUCHAM. Proszę podać adres zdarzenia (MIEJSCOWOŚĆ, ULICA, GMINA, I CHARAKTERYSTYCZNE PUNKTY (w celu sprawniejszego dotarcia na miejsce zdarzenia). Dlaczego tak dokładnie?
– Proszę zobaczyć: wpisuję Nowa Wieś i wyskakuje mi kilkanaście miejscowości, 4 w powiecie mieleckim, 3 w dębickim, dwie w kolbuszowskim i trzy w rzeszowskim, gdzie więc wysłać karetkę? – pyta Łukasz Hudzik. – Jak mamy dokładny adres, na mapie pokazują się dokładne współrzędne, możemy nie tylko nakierować swoją karetkę, ale w razie potrzeby podać dokładne dane Lotniczemu Pogotowiu Ratunkowemu, które może dotrzeć na miejsce zdarzenia z niemal metrową dokładnością.
Szybkość dotarcia w przypadku ratowania życia to priorytet, dlatego dyspozytorzy proszą, by zgłaszający się nie rozłączali się natychmiast po nawiązaniu kontaktu, wtedy na bieżąco mogą naprowadzić karetkę. – Czasu mamy niewiele, w zależności od przyjętego kodu pilności zespół ma na wyjazd dwie (kod K-2), albo jedną minutę (kod K-1), a im wcześniej potem zajedzie na miejsce, tym lepiej dla chorego – mówi dyspozytor.
Kolejne pytania to te o objawy, stan przytomności chorego, liczbę poszkodowanych. Następnie dyspozytor udziela informacji, co należy zrobić przed przyjazdem zespołu ratownictwa medycznego w celu poprawy podstawowych funkcji życiowych poszkodowanego.
Warto jednak pamiętać, że dyspozytor medyczny to nie infolinia, nie podaje numerów telefonów do aptek, szpitali, nie przełącza rozmów do szpitali i lekarzy rodzinnych, bo nie wolno mu blokować numeru alarmowanego.
Dyspozytor medyczny nie pyta o numer telefonu, bo automatycznie jest wyświetlany i pobierany przy otwarciu karty wyjazdowej w systemie informatycznym. Nowoczesne wyposażenie dyspozytorni pozwala nam mieć podgląd na każdy zespół. Gdzie w danej chwili jest, z jaką prędkością się porusza, ile ma benzyny, czy jedzie na sygnale czy bez – mówi dyspozytor.
Anna Moraniec



9 Responses to "Dla życia liczy się każda minuta"