
SuperWywiad z Piotrem Zychowiczem, publicystą historycznym.
– Żyliśmy z Ukraińcami. Mieszkaliśmy razem, bawiliśmy się. Gdy były problemy, to razem płakaliśmy. Oni przychodzili do nas na świętą, a my do nich. A potem rżnęli Polaków piłami, zdzierali z ludzi skóry, zabijali siekierami, nożami. Codziennie dowiadywaliśmy się o nowych morderstwach – wspomina Józefa Bryg, która cudem przeżyła masakrę w Palikrowach…
– Pamiętajmy, że to nie chodziło o wszystkich Ukraińców. To nie jest tak, że te stosunki dobrosąsiedzkie były wspaniałe i nagle dokładnie ci sami ludzie rzucali się z siekierami na Polaków. Część chłopów wołyńskich dała się wciągnąć UPA do mordowania Polaków, część została do tego zmuszona, ale mimo wszystko to nadal był niewielki procent mieszkających tam Ukraińców. Olbrzymia część była po prostu zastraszona i chciała przeżyć, bo za pomoc Polakom UPA karała śmiercią. Wreszcie mimo tych gróźb, byli i tacy Ukraińcy, którzy naszych rodaków ratowali. Te postawy były różne.
– Czy dało się przewidzieć, to co się wydarzy na Wołyniu?
– Oczywiście i to zrobiono. Dramat polega na tym, że według dokumentów Państwa Podziemnego mniej więcej od końca 1942 roku do Komendy Głównej Armii Krajowej napływała olbrzymia liczba raportów, w których konspiratorzy z Wołynia ostrzegali, że nad polską społecznością zbierają się czarne chmury. Brzmiały mniej więcej tak: „banderowcy się zbroją po zęby, tworzą oddziały leśne i w dziwnych okolicznościach „znikają“ nasi przywódcy: księża, urzędnicy, oficerowie rezerwy, działacze społeczni. Potem wyławiamy ich z rzek, znajdujemy zmasakrowane ciała. Boimy się, że oni zaczną nas tu mordować całymi wsiami.” Jeden z takich raportów przesłał podporucznik „Żagiew”, któremu udało się zinfiltrować tworzącą się Ukraińską Powstańczą Armią. Zacytował jednego z przywódców UPA: „Wiosną 43 r. przystępujemy do powstania przeciwko Niemcom, ale staniemy również przed problemem polskim. Nie jest to problem wojskowy, tylko mniejszościowy. Rozwiążemy go tak, jak Hitler rozwiązał problem z Żydami“. Kiedy zaczęły się pierwsze masakry, te raporty z ostrzeżeniami zamieniły się w błagalne prośby o ratunek, ale dowództwo AK w Warszawie nic nie zrobiło.
– Dlaczego nie reagowano?
– W tym najgorszym okresie, czyli wiosną i latem 43 roku, Polskie Państwo Podziemne zawiodło. Nie stworzyło oddziałów partyzanckich, które podjęłyby obronę ludności cywilnej przed UPA. Z trzech powodów. Po pierwsze, mówi się że oficerowie szykują się do raz rozegranych już wojen. Według dokumentów Polskiego Państwa Podziemnego nasi planiści wojskowi uznawali, że Wołyń zamieszkują kiepsko uświadomieni narodowo ruscy chłopkowie, którzy są łagodni i nastawieni propolsko. Zakładano, że jeżeli będą problemy z Ukraińcami, to we Lwowie. Oficerowie nasi szykowali się dokładnie do tego samego scenariusza co w roku 1918 r., gdy złamały się Austro-Węgry i trzeba było bić się z Ukraińcami o Lwów. Galicja Wschodnia to kolebka ukraińskiego nacjonalizmu, więc tam przewidywano problemy z tą grupą etniczną.
– To była naiwność?
– Kurczowe trzymanie się własnych iluzji. Zlekceważono przeciwnika, a to zawsze krok do klęski. Drugim powodem bierności była wiara w to, że konflikt uda się rozładować za pomocą negocjacji z banderowcami. A pamiętajmy, że mówimy o ukraińskim odpowiedniku narodowego socjalizmu! Ta wiara była na tyle zdumiewająca, że nawet kiedy płonęły pierwsze polskie wsie nadal liczono, że uda się osiągnąć kompromis z ludźmi, którzy żadnego kompromisu nie chcieli. W filmie „Wołyń“ Smarzowskiego jest scena, w której Rumel, miejscowy młody oficer w przededniu krwawej niedzieli, 10 lipca 43 roku jedzie na negocjacje z banderowcami – w geście dobrej woli, bez broni. Jak głosi jedna z wersji wydarzeń pokazana przez Smarzowskiego, banderowcy rozerwali go końmi żywcem. Taką cenę zapłacił za naiwność kierownictwa Podziemia. Banderowcy podeszli do tych rozmów dużo bardziej pragmatyczne. Rozmawiali i grali na czas. Jednocześnie szykowali się i zbroili do rozprawy z Polakami.
– Co było trzecim powodem, dla którego AK nic nie zrobiła?
– Niestety Państwo Podziemne na Wołyniu miało inne priorytety. Sensem istnienia Armii Krajowej było przygotowywanie przyszłego powstania przeciwniemieckiego, którego plan potem został zmieniony i zrealizowany w formie Akcji „Burza”. Wszystkie siły, broń, ludzi odkładano na ten decydujący moment, którym będzie wystąpienie przeciwko Niemcom.
– Ludność zaczęła ginąć setkami, a AK nadal milczała…
– Gdyby na Wołyniu doszło do krótkiej erupcji przemocy, trwającej 2,3,4 tygodnie, nigdy nie napisałbym książki „Wołyń zdradzony”. Wtedy słusznie można byłoby powiedzieć, że tego nikt nie mógł tego przewidzieć. Ale rzezie zaczęły się już w lutym 1943 roku. Wówczas banderowcy wymordowali pierwszą polską wieść Parośl. Tam ułożono Polaków na podłogach chałup, a następnie jednemu po drugim, w tym dzieciom, siekierami rozbijano głowy. 155 zamordowanych! W marcu była straszliwa pacyfikacja wsi Lipniki, w której między innymi mama Mirosława Hermaszewskiego dostała postrzał, a przyszły kosmonauta cudem ocalał leżąc w śniegu zawinięty w kurtkę taty. Był wtedy niemowlęciem. Tam było kilkaset ofiar. W kwietniu była Janowa Dolina. Kilkaset osób zostało zamordowanych przez banderowców, wielu żywcem spłonęło w budynkach podpalonych przez oprawców. To się nakręcało od lutego przez wiosnę, lato, aż w lipcu osiągnęło apogeum. Masakry trwały więc prawie pół roku nim doszło do słynnej „krwawej niedzieli” 11 lipca 1943 roku. Z dokumentacji, do której dotarłem, wiemy, że kierownictwo Podziemia było na bieżąco informowane o tym, co się dzieje. A mimo to nie było w stanie wystąpić przeciwko banderowcom, w obronie polskiej ludności cywilnej. To jest przerażające i straszne, bo działania podjęto piekielnie za późno. Rozkaz o stworzeniu oddziałów partyzanckich na Wołyniu miejscowy komendant AK pułkownik Kazimierz Bąbiński wydał… 20 lipca 43 roku. 9 dni po apogeum rzezi!
– Czy Armia Krajowa była wystarczająco dobrze przygotowana, żeby pomóc?
– Te oddziały powstały w przeciągu kilku tygodni i pod wodzą takich znakomitych oficerów jak Władysław Czermiński „Jastrząb“ czy Władysław Kochański „Bomba“ skutecznie walczyły z UPA. Był to słuszny rozkaz, tylko tragiczne spóźniony, bo kiedy polscy partyzanci wreszcie poszli w las, olbrzymia część ofiar ludobójstwa na Wołyniu zginęła nie doczekawszy się ratunku. Błąd polegał na tym, że kurczowo trzymano się koncepcji najpierw powstania przeciw-niemieckiego, potem Akcji „Burza”. Czekano z wejściem na koniec wojny, kiedy przyjdą bolszewicy. Nawet masowe zbrodnie na polskiej ludności nie były w stanie skłonić tych ludzi do zmiany koncepcji. Oni zachowali się kompletnie bez elastyczności i efektem tego było potworna tragedia i olbrzymi zawód tych biednych Wołyniaków, którzy spodziewali się, że w tej najczarniejszej godzinie ich historii Polskie Państwo Podziemne nie pozostawi ich samych sobie.
– Wiara w akcję „Burza”, której sens i efekt był co najmniej wątpliwy była ważniejsza niż życie zwykłych chłopów?
– Założenie Akcji Burza było takie – jasnym jest to, że Sowieci mają ochotę zabrać nam Wołyń i resztę naszych ziem wschodnich. Co można było więc zrobić? To co robili zawsze Polacy, gdy Moskale najeżdżali nasze wschodnie rubieże – strzelać do nich. Nazwałbym taką opcję opcją romantyczną, bo jasnym było to, że Armia Krajowa zostałaby przez Armię Czerwoną rozjechana jak walcem. Można było jednak, co wydaje mi się sensowne, przyjąć do wiadomości, że skoro Wołyń znajdzie się pod okupacją sowiecką, nie ma sensu już narażać żołnierzy i skupić się na obronie ludności cywilnej. Opcję tę nazwałbym realistyczną. Nie zrealizowano żadnej z nich. Zrealizowano opcję szaloną. Koncepcja akcji „Burza” sprowadzała się do tego, że oddziały AK ujawnią się wobec wkraczających bolszewików, zaproponują im pomoc w zdobywaniu Wołynia i razem z nimi wygonią Niemców. A Stalin tak się wzruszy tym, że Polacy mu pomagają, że zostawi im Wołyń i podaruje niepodległość. To była całkowita mrzonka. I ma pani rację. Wiara w to, że to się uda była silniejsza niż zdrowy rozsądek, który nakazywał, by rzucić te wszystkie niedorzeczne koncepcje i po prostu ratować rodaków przed banderowcami. Polskie kobiety i dzieci. Kazimierz Banach, który był Delegatem Rządu na Kraj na terenie Wołynia, napisał wstrząsający raport do Warszawy: „Zastanówcie się, po co będzie w Polsce Wołyń, jeżeli tu nie będzie już ani jednego Polaka?! Wy snujecie oderwane od rzeczywistości pomysły, szykujecie się do wielkich bojów z Niemcami, a nas tu po prostu wyrzynają. Niedługo nie będzie sensu w ogóle walczyć o Wołyń, bo tu nie będzie Polaków”. Celom nierealistycznym podporządkowano cele realistyczne. Pokonanie armii niemieckiej i doprowadzenie do kompromisu z Sowietami leżało poza możliwościami Armii Krajowej, ale pobicie banderowców na Wołyniu i obrona Polaków – nie mówię, że wszystkich, ale dużej części – jak najbardziej tak. Znowu odwołam się do filmu Smarzowskiego. Główna bohaterka, Zosia mówi do swojego chłopaka, który był zaprzysiężony w AK: „Co z was za podziemna armia, która chce walczyć z Niemcami, a nie potrafi obronić kobiet i dzieci przed watahami uzbrojonymi w cepy i siekiery?”. Przyszłe wydarzenia pokazały, że UPA nie była dla AK żadnym przeciwnikiem. Banderowcy byli dobrzy w mordowaniu kobiet i dzieci, ale kiedy napotykali na opór ze strony partyzantki, z reguły uciekali. Gdyby oddziały partyzanckie powstały w połowie 1943 roku – uratowałyby tysiące Polaków. Niestety, akcja AK była fatalnie spóźniona. 15 stycznia 1944 r. pułkownik Bąbiński wydał wreszcie rozkaz, o który tak błagali Wołyniacy, czyli rozkaz o totalnej mobilizacji struktur AK na terenie Wołynia. I stało się coś niebywałego. Na teren koncentracji stawiło się 6,5 tys. konspiratorów. Wydano im broń i oni utworzyli legendarną 27 Wołyńską Dywizją Piechoty.
– Ale nie dlatego, żeby pomóc mieszkańcom Wołynia…
– Niestety nie. 4 stycznia 1944 r. granicę Polski przekroczyła Armia Czerwona i AK automatycznie uruchomiła plan akcji „Burza”. To dowód na to, jakie były priorytety dowództwa. Dla ratowania Polaków najpierw nie było nikogo, a potem skromne siły skupione w kilku oddziałach partyzanckich stworzonych w późnym latem i jesienią 1943 r. A wszystkie swoje karty Armia Krajowa na Wołyniu rzuciła na stół dopiero wtedy, kiedy wrócili Sowieci. I stało się to, co musiało się stać. Bolszewicy nie życzyli sobie żadnej współpracy z AK i tych biednych, cudem uratowanych z ludobójstwa polskich chłopców najpierw wrzucili w kocioł kowelski przeciwko Niemcom. Tam Polacy zostali zmiażdżeni. Szlak bojowy 27. Wołyńskiej Dywizji to gehenna, droga krzyżowa. Nasi chłopcy byli uzbrojeni w pistolety, granaty, karabiny. To była broni, z którą mogliby skutecznie walczyć z UPA, ale w konfrontacji z dywizjami pancernymi Waffen-SS wspomaganymi przez samoloty, ciężką artylerię, czołgi, nie mieli szans. Zostali rozbici, a na sam koniec resztki dywizji zostały rozbrojone przez NKWD w Skrobowie 25 lipca 1944 r. W efekcie nie osiągnięto niczego. Nie uratowano Polaków, bo wszystko podporządkowano „Burzy”. A kiedy przyszło do „Burzy”, skończyła się totalnym fiaskiem i powiększyła jeszcze cierpienia Wołyniaków.
– To, co trudno przełknąć historykom, publicystom, ale i zwykłym Polakom to informacje, o tym, że Niemcy bardziej pomogli mieszkańcom Wołynia niż ich rodacy. Nie przecenia Pan ich roli?
– Taka była smutna rzeczywistość. Właśnie dlatego moja książka nie spodobała się propagandystom historycznym, którzy próbują całą historię – bardzo skomplikowaną, pełną niuansów, paradoksów sprowadzać do czarno-białego, czy raczej biało-czerwonego schematu. Oni piszą historię z perspektywy Warszawy. Natomiast sytuacja na Wołyniu była diametralnie inna. Kiedy Polacy nie otrzymali pomocy od Polskiego Państwa Podziemnego, brali ją od każdego, kto ją oferował. Były to lokalne władze niemieckie i sowiecka partyzantka. I nie można mieć o to do Wołyniaków pretensji, bo nie robili tego z miłości do Stalina czy Hitlera – oni walczyli o życie. Istniała pewna wspólnota interesów pomiędzy Polakami a Niemcami i Sowietami. W przypadku Niemców sprawa była oczywista. W momencie, w którym rozpoczęła się ukraińska rebelia, cała ukraińska policja pomocnicza uciekła do lasu. Ci, którzy do tej pory służyli Niemcom, stworzyli oddziały UPA. W efekcie wiosną 1943 r., Niemcy utracili kontrolę nad większością Wołynia. Zamknęli się w miastach, okopali wzdłuż głównej linii kolejowej i właściwie cały Wołyń został opanowany przez partyzantkę sowiecką i ukraińską. To z kolei oznaczało, że zerwały się dostawy kontyngentów żywnościowych. Jedyną grupą społeczną, do której mogli się zwrócić byli Polacy. W miejsce ukraińskiej policji stworzyli polską policję, tzw. „zielonych”. Utworzyła ona szereg punktów umocnionych w polskich miejscowościach i broniła Polaków przed banderowcami. Niemcom pozwało to odzyskać kontrolę nad prowincją. Niemcy wsparli również polską samoobronę poprzez dawanie im jej broni. Mieszkańcy legendarnego Przebraża nigdy, by się nie obronili przez UPA, gdyby nie strzelali z niemieckich karabinów. Inną formą pomocy było to, że zdecydowana większość Polaków, którzy przetrwali ludobójstwo na Wołyniu, przeżyli w miastach, bo tam były niemieckie garnizony. Pod ich skrzydłami ludzie mogli przeżyć, bo banderowcy bali się tam zapuszczać. Areną ludobójstwa na Wołyniu jest wieś. Niemcy oczywiście to wykorzystali i część napływającej ludności wywieźli na przykład na roboty do Niemiec, ale ci ludzie przeżyli.
– Pisze Pan, że Polacy zwracali się też po pomoc do… Sowietów.
– Mówimy tu o wschodniej części byłego województwa wołyńskiego, na terenach opanowanych przez sowiecką partyzantkę. Ponieważ ludność ukraińska sprzyjała UPA, to jedyne wsie, na których mogły oprzeć się formacje sowieckiej partyzantki, były to wsie polskie. W wielu miejscach zawarto więc lokalne pakty polsko-sowieckie. Polacy dostarczali bolszewikom jedzenie, ubrania, udzielali schronienia w mroźne noce, a ci w nagrodę bronili ich przed UPA. Już po wydaniu mojej książki wyszedł tom dokumentów z Wołynia, w którym są petycje polskich wiosek do dowódców sowieckiej partyzantki, w których znajdują się prośby o ratunek. Pomoc udzielana Polakom przez lokalne władze niemieckie i lokalnych dowódców partyzantki sowieckiej to po prostu fakt. Moi adwersarze oczekiwaliby, że w imię źle pojętej racji stanu czy propagandy historycznej będę je cenzurował, a ja nie mam zamiaru. Historii nie wolno zmieniać, aby dostosować ją do bieżących potrzeb. Ona jest tak ciekawa, bo jest niejednoznaczna, pełna światłocień, szarości. Paradoksów. Należy pisać prawdę. Nawet jeżeli jest trudna.
– Współcześni historycy mogą jeszcze pisać o prawdziwej, choć trudnej przeszłości Polski?
– To ich obowiązek. Wykluczenie mojej książki w konkursie Książka Historyczna Roku doprowadziło do kolosalnego skandalu, kompromitacji, a w końcu odwołania całego konkursu. Niestety, jest silna presja ze strony „brązowników historii” – uplasowanych w publicznych instytucjach – historię podawać w „upudrowanej wersji”. Wycofanie mojej książki z konkursu jest sygnałem dla wszystkich innych badaczy, publicystów, początkujących historyków, że jeśli chcą dostawać nagrody, mieć wsparcie państwa, powinni pisać książki konformistyczne. Zgodne z obowiązującą akurat linią „polityki historycznej”. Dziś rządzi PiS, więc młodzież, która chce dostawać nagrody musi pisać książki, w których będzie tuszować błędy Polskiego Państwa Podziemnego. Za 4 lata wybory wygra na przykład lewica i ta sama młodzież będzie musiała pisać wyłącznie o tym, jak to Polacy zarzynali Żydów. To niedopuszczalne. Mamy do czynienia z formą cenzury prewencyjnej, skandalicznej próby wywierania nacisku na autorów. Krajobraz po bitwie jest taki, że zniszczono wspaniałą nagrodę im. Oskara Haleckiego, upokorzono profesorów z jury, oszukano głosujących i nikt z nas do tej pory nie usłyszał słowa: „przepraszam”.
Rozmawiała Wioletta Kruk
***
Piotr Zychowicz był dziennikarzem „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” oraz z-cą redaktora „Uważam Rze Historia”. Obecnie jest redaktorem naczelnym miesięcznika „Historia Do Rzeczy”. Jest autorem głośnych książek, takich jak: „Pakt Ribbentrop–Beck”, „Obłęd ’44” „Pakt Piłsudski–Lenin. Czyli jak polscy antykomuniści próbowali porozumieć się z Trzecią Rzeszą, ” czy „Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych”. Najnowsza pozycja publicysty – „Wołyń zdradzony” opowiada o tym, jak w latach 1943–1945 na Wołyniu i w Galicji Wschodniej ukraińscy nacjonaliści wymordowali 100 tys. Polaków. Miała ona w tym roku największą szansę na wygraną w konkursie Książka Historyczna Roku. Została jednak z niego usunięta. Decyzja ta była szeroko komentowana i krytykowana. W końcu odwołano konkurs.



8 Responses to "Dlaczego AK nie ratowała Wołyniaków?"