
Czy półroczne niemowlę musiało zginąć, by jego 2,5-letnia siostrzyczka mogła wyzwolić się z rąk oprawcy? Dlaczego nikt nie zareagował w porę, nie przerwał koszmaru dzieci? Te pytania od tygodnia zadaje sobie cała Polska.
Po tragicznych wydarzeniach z ostatniego weekendu uwaga wszystkich rzeszowskich służb: tych zajmujących się przeciwdziałaniem przemocy, policji, prokuratury i sądu skierowana jest na jedną rodzinę… Rodzinę, w której od 1,5 roku rozgrywał się dramat maleńkich dzieci. Rodziny, nad którą właśnie te instytucje…. miały sprawować pieczę.
Nie ma chyba nikogo, kim nie wstrząsnęłoby zabójstwo 6-miesięcznego Maksia. Elektryzujące są też ustalenia prokuratury: podejrzany o morderstwo niemowlęcia 40-letni Grzegorz B., znajomy rodziców dziecka, od 1,5 roku miał znęcać się i dręczyć jego 2,5-letnią siostrzyczkę. Horror bezbronnych maleńkich dzieci miał rozgrywać się pod parasolem ochronnym służb odpowiedzialnych za to, by do takich dziecięcych koszmarów właśnie nie dochodziło… Jak to możliwe, skoro przesłanki o tym, że w tej rodzinie może dziać się dzieciom krzywda pojawiły się już wcześniej. Na długo, zanim doszło do tragedii.
Połamane nóżki
Rok temu 1,5-roczna wówczas Lenka trafiła do Szpitala Wojewódzkiego nr 2 w Rzeszowie ze złamanymi podudziami obu nóżek. Rodzice twierdzili wówczas, że spadła z huśtawki. – Od początku takie wyjaśnienia rodziców wydawały mi się dziwne – mówi lekarz z oddziału, na który trafiła dziewczynka. – Mechanizm urazu był zbyt dziwny na takie tłumaczenie. Tego typu złamania nie mogły powstać w wyniku upadku z huśtawki, tylko w wyniku uderzenia. Rozmawiałem o tym z rodzicami, ale oni bardzo się wówczas zapierali. Sprawa została zgłoszona na policji. Nie chcieliśmy wypuścić dziecka z oddziału, dopóki nie będzie kontaktu z psychologiem i decyzji odpowiednich służb w tej sprawie. Ostatecznie polecono nam dziecko wydać rodzicom – dodaje.
Jak dowiadujemy się w szpitalu, w karcie malutkiej Lenki pojawiły się już wówczas wpisy o tym, że dziecko ma objawy dziecka maltretowanego. To były pierwsze wpisy pediatry, który widział i zajmował się dziewczynką na izbie przyjęć…
Niebieska karta i zawiadomienie na policji
Rodzina Maksia i Lenki od lutego br była objęta procedurą tzw. niebieskiej karty. – Dostaliśmy od pielęgniarki środowiskowej sygnał, że matka dzieci ma trudności w wypełnianiu funkcji i roli rodzica i jest nieporadna w prowadzeniu gospodarstwa domowego – mówi Irena Marszałek, wicedyrektor Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Rzeszowie. – Przyjęliśmy to zgłoszenie i z tego tytułu pojawiliśmy się w tym domu. Kiedy rozeznawaliśmy sytuację w tej rodzinie nabyliśmy podejrzenia o stosowaniu przemocy i z tego tytułu na nasz wniosek została wszczęta procedura niebieskiej karty.
Pracownicy MOPS wystosowali pismo do sądu rodzinnego w Rzeszowie o wydanie zarządzeń opiekuńczych względem dzieci.
– W efekcie sąd przyznał rodzinie kuratora sądowego, a my w lutym w związku z procedurą niebieskiej karty skierowaliśmy zawiadomienie do Komendy Miejskiej Policji w Rzeszowie o możliwości popełnienia przestępstwa przez rodzica. Dotyczyło fizycznego lub psychicznego znęcania się nad rodziną – mówi nasza rozmówczyni.
Jak dowiedzieliśmy się, chodziło o ojca dzieci.
Postępowanie w tej sprawie zostało wszczęte 1 kwietnia pod nadzorem Prokuratury Rejonowej dla miasta Rzeszów. Pod koniec czerwca zostało umorzone z powodu braku dowodów.
Czy osoby które opiekowały się wówczas rodziną nie dostrzegły, że dziecko jest maltretowane? Grzegorz B. wyjawił w prokuraturze, że znęcał się nad Lenką od dłuższego czasu. – dopytujemy. – Bywaliśmy w tej rodzinie na wizytacjach o różnych porach. Ponieważ wynajmowali małe mieszkanie niejednokrotnie matka przebierała dzieci w naszej obecności, a my tym sposobem mieliśmy możliwość ich obejrzenia. Nigdy na ciele dzieci nie było śladu siniaka, zakrwawienia czy pobicia – przyznaje Irena Marszałek. – Ale jako że nie jesteśmy specjalistami w dziedzinie medycyny nawiązaliśmy kontakt z lekarzem pediatrą, który nie stwierdził jakoby dzieci były maltretowane lub była stosowana wobec nich przemoc. Dzieci były regularnie szczepione, a co za tym idzie oglądane przez lekarza. Lena w kwietniu przeszła konsultację ortopedyczną, dziecko było badane przez lekarza specjalistę. Również nie pojawiły się od niego żadne niepokojące sygnały. My na ciele dziecka nie widzieliśmy żadnych śladów, ale jak podaje podejrzany znęcał się nad Lenką tak, żeby nie zostawiać śladów, żeby nie wiedzieli o tym jej rodzice. My laicy gołym okiem tego nie widzieliśmy, ale wynika z tego, że lekarze tez tego nie widzieli, bo dziecko w tym czasie było przecież badane.
Sąsiedzi nic nie wiedzieli…
Jak dowiadujemy się w MOPS-ie sygnałów o tym że Lence i Maksiowi może dziać się krzywda nie zgłaszali również sąsiedzi rodziny. „Sąsiedzi bardzo skromnie wypowiadali się o tej rodzinie, gdy robiliśmy rozeznanie na miejscu – słyszymy. Jak to możliwe, że nikt nie słyszał płaczu maltretowanego dziecka? Nikt nie zareagował? Postanowiliśmy przekonać się o tym sami. Jedziemy na osiedle Projektant, na ulicę Krajobrazową, gdzie rozgrywał się dramat. – Słyszała pani o tej tragedii – zaczepiamy spacerującą kobietę z dzieckiem. – Słyszałam, coś potwornego. To ponoć w tamtym bloku (wskazuje ręką miejsce), ale kto to, nie mam pojęcia. W tym bloku większość mieszkań jest wynajmowanych.
Idziemy do pierwszej klatki, dzwonimy pod przypadkowy numer. – Nie chce nic mówić, ja nic nie wiem, proszę odejść – słyszymy w domofonie, gdy tylko pytamy o sprawę. Sytuacja powtarza się kilkukrotnie. I wciąż ta sama odpowiedz: „Ja nic nie wiem, nic nie słyszałem/słyszałam”. Po kolejnej próbie słyszymy od jednego z mieszkańców bloku – mogę pani potwierdzić, że to chyba tu bo widziałem nasz blok w telewizji. Ale kto to? Nie mam pojęcia.
– Rodzina B. to są ludzie spoza Rzeszowa którzy mieszkali tu w różnych miejscach. Z jednego wynajmowanego mieszkania przenosili do drugiego. To nie jest rodzina, która po prostu zasiadła na jednym z rzeszowskim osiedli – komentuje Irena Marszałek.
Zabójstwo
W ubiegły piątek po południu „pod okiem” służb przeciwdziałania przemocy w rodzinie i sąsiadów domu Maksia i Lenki rozegrał się dramat. Matka Maksia wezwała do niego karetkę pogotowia, bo zauważyła, że nie daje oznak życia. Przybyli na miejsce ratownicy podjęli reanimację, która była kontynuowana w szpitalu. Udało się przywrócić czynności życiowe, jednak stan dziecka lekarze określali jako krytyczny. Jak się okazało chłopczyk posiadał liczne urazy w tym głowy. Policję o tym, że do szpitala trafiło dziecko z obrażeniami wskazującymi na pobicie zawiadomił szpital. W czasie policyjnych czynności przy matce była Lenka u której funkcjonariusze również zauważyli obrażenia m.in. ślady przypalenia papierosami i liczne zasinienia. Na miejsce została wezwana karetka pogotowia. Lekarz potwierdził spostrzeżenia policjantów i mimo, że obrażenia dziewczynki nie zagrażały jej życiu, zdecydowało o zabraniu dziecka do szpitala. Rodzice dzieci zostali zatrzymani do wyjaśnienia. W sobotę ze szpitala nadeszła tragiczna wiadomość: pomimo starań lekarzy niemowlęcia nie udało się uratować. Maksiu zmarł około godz. 15.30 Jak dowiedzieliśmy się wówczas nieoficjalnie, miał czaszkę pękniętą w dwóch miejscach i krwiaka mózgu, który mógł powstać w wyniku silnego uderzenia głową lub w głowę dziecka oraz złamane żebra. Na jego ciele widniały również zabliźnione ślady po wcześniej doznanych obrażeniach.
Początkowo główną podejrzaną o zamordowanie dziecka była matka – 23-letnia Karina B., jednak w niedzielę wieczorem nastąpił nieoczekiwany zwrot w sprawie. Kobieta została oczyszczona z podejrzeń i wypuszczona do domu, a zarzut zabójstwa niemowlęcia usłyszał przyjaciel rodziny – 40-letni Grzegorz B., były pracodawca ojca Maksia, właściciel dużego zakładu stolarskiego. Mężczyzna wyjawił śledczym, że od około 1,5 roku znęcał się nad Lenką i robił to w taki sposób, żeby nie wiedzieli o tym rodzice dziewczynki. – Wykorzystywał każdy moment, kiedy zostawał z nią sam na sam. – relacjonuje prok. Łukasz Harpula, szef Prokuratury Rejonowej w Rzeszowie – Dokuczał jej, przyduszał, szarpał. To, że dziecko się go boi dawało mu satysfakcję i sprawiało przyjemność.
Z relacji Grzegorza B. wiadomo co dokładnie zaszło tamtego dnia. Grzegorz B. zjawił się w domu rodziców dzieci. Wiedział, że matka ma iść do sklepu, ale żeby nie było jej w domu jak najdłużej, a żeby on w tym czasie mógł znęcać się nad Lenką, poprosił ją o przysługę – opowiada prokuratur. – Powiedział kobiecie, że na stację benzynową kurier ma mu przywieść przesyłkę i poprosił ją żeby tam poszła i ją dla niego odebrała. 23-latka wyszła, a on w tym czasie zaczął znęcać się nad 2,5 roczną dziewczynką. W między czasie rozpłakał się Maksymilian. Mężczyzna twierdzi że wyjął chłopca z łóżeczka i w tym momencie zadzwoniła matka dziecka. Był zdenerwowany. Obierając telefon miał upuścić chłopca, który rzekomo spadł na podłogę na głowę. Potem, jak opowiadał, próbował reanimować go i w czasie tej reanimacji twierdzi że potrząsał dzieckiem. Być może wtedy znowu uderzało ono głową o podłogę. Następnie odłożył chłopca do łóżeczka i poczekał na powrót jego matki.
Grzegorz B. nie powiedział jej o tym, co zaszło, pospiesznie pożegnał się z kobietą i wyszedł…
– Wstępne wyniki sekcji zwłok dziecka potwierdzają słuszność zarzutu zabójstwa i wykluczają nieszczęśliwy przypadek – potwierdza prok. Harpula.
Prócz niego mężczyzna ma jeszcze drugi zarzut – znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad dziewczynką. Najbliższe 3 miesiące Grzegorz B. spędzi w areszcie tymczasowym. Choć w prokuraturze i podczas wizji lokalnej 40-latek ze szczegółami opisał przebieg dramatycznych wydarzeń, przed sądem nie przyznał się ostatecznie do winy i odmówił składania wyjaśnień.
Co teraz?
– Wszechstronnie badamy tą sprawę. Analizujemy dokumentację związaną z procedurą niebieskiej karty, opieką kuratorską którą byłą objęta rodzina, sprawami związanymi ze znęcaniem. Policja prowadzi wewnętrzne postępowanie wyjaśniające mające na celu ustalenie czy nie doszło do jakichś zaniedbań ze strony funkcjonariuszy policji w tym dzielnicowych którzy obejmowali opieką tą rodzinę i podejmowali czynności stosunku do niej – mówi prok. Ewa Romankiewicz, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie.
Wyjaśniane są również okoliczności wskazywane przez matkę Maksia i Lenki, która twierdzi, że nie wiedziała o znęcaniu się nad jej dziećmi i „bezgranicznie wierzyła Grzegorzowi B.” Jak opowiadał prok. Harpula, kobieta podczas przesłuchania przekonywała, że jeżeli były takie przypadki kiedy zauważyła że dziewczynka ma jakieś obrażenia wierzyła w tłumaczenia „nieszczęśliwymi wypadkami i zbiegami okoliczności” np. tym że dziecko potknęło się i zrobiło sobie krzywdę. Ślady po przypalaniu papierosów, które jak ujawnił prokurator dziewczynka miała na ciele, również miały powstać przypadkowo…
– Czekamy na ostateczną opinię biegłego po sekcji zwłok chłopca, która pozwoli na odpowiedz na pytanie co było bezpośrednią przyczyną jego śmierci i jakie były jej okoliczności: w jaki sposób zadane zostały obrażenia – dodaje prok. Romankiewicz. – Z dużą tezą prawdopodobieństwa podejrzany zostanie skierowany na jednorazowe badanie psychiatryczne.
Prokuratura zajmie się również na powrót sprawą złamanych nóżek Lenki. – Postępowanie w tej sprawie zostało umorzone z uwagi na brak dowodów, że obrażenia te mogła spowodować osoba trzecia – mówi prokurator. – Kwestia ta zostanie przez nas raz jeszcze szczegółowo przeanalizowana. Postępowanie to zostanie włączone do aktualnie prowadzonego celem weryfikacji, czy nie był to jeden z przestępczych zachowań Grzegorza B. w stosunku do dziewczynki – zapowiada.
***
Od czwartku malutka Lenka przebywa w zawodowej rodzinie zastępczej która pełni funkcję pogotowia rodzinnego. Zgodnie z decyzją sądu pozostanie w niej na czas trwania postępowania, które aktualnie toczy się w rzeszowskim sądzie o wydanie zarządzeń opiekuńczych.
Katarzyna Szczyrek



8 Responses to "Dlaczego nikt nie przerwał koszmaru Maksia i Lenki?!"