Dlaczego rząd „mrozi” branżę muzyczną

Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Możemy już wyjść gdzieś poza market spożywczy i drogerię. Możemy iść i zasiąść w ogródku kawiarni czy pubu, a nawet
do restauracji możemy sobie iść. Cieszą się kinomani i miłośnicy teatru, bo do kina i teatru też można iść. Ba, nawet na kabaret iść można i do cyrku też. Kibice z radością wrócili na trubuny stadionów. Ale miłośnicy muzyki powodów do radości nie mają: tę branżę rząd nadal „mrozi” i nie pozwala na koncerty, nawet na wolnym powietrzu.

Nam może być z tego powodu zwyczajnie smutno i odczuwać brak. Ale dla muzyków i ludzi pracujących w branży muzycznej to być albo nie być! Dlatego muzycy protestują przeciwko temu wykluczającemu ich działaniu rządu.
Nikt z rządzących nie kwapi się aby podać choć jeden racjonany powód, dla którego koronawirus miałby nam zagrażać na koncercie bardziej niż w teatrze, kinie czy na meczu. Nie kwapi się, bo zwyczajnie taki powód nie istnieje. Przekonują nas co do tego choćby żywa legenda polskiej sceny muzycznej, Zbigniew Hołdys czy pochodzący z Rzeszowa wokalista Arek Kłusowski. – Nie robimy tego, na czym normalnie w tej branży się zarabia, czyli nie gramy koncertów. A nie chodzi tylko o nas samych, czyli artystów – nie kryje swej irytacji sytuacją, jaka dotyka jego branżę, Arek Kłusowski. – Koncerty to także praca i płaca ludzi, których nie widać na scenie, ale bez których nie byłoby występu. Chodzi o dźwiękowców, operatorów światła, całą techniczną obsługę. Oni są bez pracy! Ogromne dotacje, które okazały się koniec końców aferą, dostały tylko firmy, a przecież największy odsetek artystów to freelancerzy, którzy pracują na umowach- zleceniach lub umowach o dzieło, nie mają swoich działalności gospodarczych i nie „zmieścili się” w tarczach antykryzysowych. Rząd, nie tylko zresztą w tym temacie, zwyczajnie mydli oczy społeczeństwu, twierdząc, jak to rzekomo wielce naszej branży pomaga. W tej chwili wszystko tak naprawdę zależy od …kaprysu rządzących, którzy albo pozwolą nam pracować, albo nie. To taki „prztyczek w nos” dla nas za to, że mamy odwagę komentować to, co nam się nie podoba. W najbliższą sobotę gram koncert online w rzeszowskiej „Estradzie”. Bardzo się cieszę z tego, ale to nie to samo, co koncert na żywo, który jest zupełnie innego rodzaju przeżyciem tak dla artysty, jak i dla fanów – podsumowuje wokalista. – Rządzący zdają się tego nie rozumieć. Trudno mi to skomentować…
Bo ileż można tkwić w marazmie politycznym i pandemicznym?!

Specjalnie dla Super Nowości o swoich przemyśleniach na temat trwającego w branży lockdown-u opowiada Zbigniew Hołdys.

– „Wszyscy mogą, a muzycy nie mogą”… Mowa rzecz jasna o tym, że rząd nie pozwala na organizowanie koncertów ani tych na wolnym powietrzu, ani tych „na siedząco”. To bezmyślność czy świadoma opresja wobec muzyków, a może zemsta?
– Z tą zemstą to byłbym ostrożny, aczkolwiek pojawiają się w środowisku takie głosy. Zrobię teraz coś, co robię chyba po raz pierwszy w życiu, spróbuję wziąć ten rzad w obronę. Na chwilę! Otóż podczas koncertów rockowych zwykle jest wiele emocji. Ludzie są blisko siebie, tańczą, „pogują”, śpiewają sobie wzajemnie w twarz. Jeśli przyjąć, że taka bliskość dużej liczby ludzi jest zagrożeniem epidemicznym w obecnym czasie, to tu rozumiałbym ten rząd. Tyle, że rządzący zabronili wszelkich koncertów. Także tych w filharmonii, gdzie jak w kinie czy teatrze można zachować dystans. Nie można zatem logicznie wytłumaczyć sytuacją pandemii tego, że muzycy są nadal wykluczeni z możliwości koncertowania.

– Co zatem przyświecało rządowi w utrzymywaniu obostrzeń w tej branży?
– Mam podejrzenie, a znam tych ludzi, że oni obawiają się manifestacji na tych koncertach. Nagle ze sceny może paść antyrządowe hasło, które podchwycą tłumy i naród zacznie się jednoczyć. A wypowiedzi artystów są coraz śmielsze, co mnie bardzo cieszy, bo ileż można tkwić po cichu w upodleniu, w marazmie politycznym i pandemicznym. Więc to, że Piasek otworzył usta i zabrał głos także w kwestiach politycznych, to że Krzysiek Zalewski się wypowiedział, to budujące i pokazujące, że artyści mają dość! Nawet Piotrek Cugowski, który wcześniej pozostawał neutralny i nie był krytykiem tej władzy, raczej może i nawet lekko sympatyzował z nią, nagle powiedział, że jeśli to się nie skończy, to trzeba będzie wyjść na ulice. Te głosy buntu i sprzeciwu pojawiają się coraz częściej i są coraz bardziej intensywne, i zaczyna to być stężone jak 99-proc. płyn do picia albo dezynfekcji, a to znaczy, że władza musi to brać pod uwagę. Pamiętam taką sytuację z czasu stanu wojennego, kiedy także zabroniono koncertów rockowych. Ludzie się burzyli, a my wiedzieliśmy z przecieków, że „na górze” są dyskusje na ten temat. Dominowała postawa „zakazać tej hołocie grać te „Mniej niż zero”, czy „Chcemy być sobą” i tyle. Jeden z dziennikarzy uczestniczący w tych rozmowach, partyjny ale kochający muzykę, powiedział wtedy tak: „Czy lepiej pozwolić im tę muzykę grać na koncertach, czy lepiej żeby fani wyszli na ulicę i zaczęli rzucać kamieniami?”. I odpuścili. Podaję to jako przykład, bo w końcu na te koncerty pozwolono i muzyka została uratowana. Mówię o tym dlatego, że politycy biorą takie rzeczy pod uwagę. I doskonale wiedzą, że na takich koncertach coś się dzieje, że nie jest to beztroska rozrywka w stylu disco polo. Rządzący o tym wiedzą, więc niewykluczone, że dalsze „mrożenie” naszej branży to pokłosie przezorności, albo po prostu strachu przed takimi sytuacjami.

– A jaka jest w tej chwili sytuacja materialna muzyków?
– Ta sytuacja jest wręcz dramatyczna. Ogromna liczba muzyków żyje praktycznie od koncertu do koncertu, nie mając stałego zatrudnienia. Duża część muzyków prowadzi swą działalność w oparciu o umowy o dzieło, co sprawia, że nie są kwalifikowani do żadnej branży. Lekarz pracuje w konkretnym szpitalu, nauczyciel w konkretnej szkole, dziennikarz w konkretnej redakcji, górnik w konkretnej kopalni. Wszyscy ci ludzie są na etatach, z automatu podlegają pewnej ochronie, choćby związków zawodowych, które w kryzysowej sytuacji wywalczą dla nich parę groszy. W Polsce nie ma takiej ochrony dla artystów. Nie ma ich związku zawodowego, który mógłby wystąpić do rządu z żądaniem, by wypłacić im jakieś „postojowe”. Takie pojęcie dla muzyków nie istnieje. A „postojowe” to muzyk może mieć, jak mu kariera nie idzie. Wtedy on nie pracuje, bo go nikt nie chce i nic z tym zrobić nie może, nawet zapomogi nie dostanie. Tymczasem w tej chwili muzycy zostali skazani na totalne bezrobocie i to w chwili bardzo trudnej, gdy rewolucja technologiczna im nie sprzyja, koncerty idą gorzej. I kiedy teraz próbują się dorwać do jakiejś skarbonki i zarobić parę groszy na życie choćby, też im tego nie wolno. Nikt im nie daje rekompensaty, nie wypłaca subwencji. Kasę dostają organizatorzy koncerzów, czyli administracja, ale muzycy nie! No więc co? Zagłodzić ich? To jest hańbiące. Wyniszczające. Młodzi twórcy próbują coś robić przez Internet, ale to nie jest ten rodzaj bitwy, o jaką w sztuce chodzi. Bo jeśli tak, to róbmy w ogóle teatry w Internecie, malarstwo oglądajmy w Internecie. Po co chodzić na koncerty czy do galerii, jeśli wszystko można mieć z Internetu. Sztuka się broni w konfrontacji na żywo z człowiekiem. Człowiek przychodzi, doznaje olśnienia, w uszy dostaje dźwiękiem, widzi, słyszy. Tego mu nie wolno w tej chwili.

– A jak artyści znoszą taki marazm?
– Ogólnie, bardzo kiepsko. Części nie chce się tworzyć, pytają: po co? No bo skoro nie wiadomo, co będzie dalej, skoro nie istnieją koncerty, to nagrywać płytę? Po co? Czy ktoś to kupi? To są takie dylematy. Branża została zarżnięta, jak zwierzę do podania na stół.

– Jak to się skończy, Pańskim zdaniem? Rząd się jednak ugnie i pozwoli na koncerty?
– No, będzie musiał. Gdy ogłoszą, że można do restauracji wchodzić, rządzący będą rozważać też „odmrożenie” innych wydarzeń, także koncertów. Będą musieli to zrobić, bo wiedzą, że protest ze strony muzyków i fanów jest coraz silniejszy. Jak silny – przekonają się w wyborach. Trzeba pamiętać, że jeśli oni boją się artystów i stosują wobec nich działania opresyjne, to ci artyści będą coraz bardziej agresywni i niechętni tej władzy, a wtedy i fani, których liczba idzie w miliony, będą także niechętni tej władzy. Więc jeśli chcą zadzierać z tą częścią społeczeństwa, która wydawała się im łatwa do ujarzmienia, to za to w końcu zapłacą. Niech trzymają imadło skręcone nawet 5 lat, tym mocniej się przekonają, co się stanie…

– Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Monika Kamińska

3 Responses to "Dlaczego rząd „mrozi” branżę muzyczną"

Leave a Reply

Your email address will not be published.