Czy my Polacy mamy kompleks Europy? Co by nie przyszło z Zachodu, przyjmujemy bezmyślnie z otwartymi rękoma, przekonani, że inaczej skończymy na unijnych peryferiach. Taki jest właśnie główny argument obecnej władzy za jak najszybszym wejściem Polski do strefy euro. Nie rachunek zysków i strat, lecz gra na kompleksie niższości, a zamiast rzeczowej dyskusji, patetyczne, wzniosłe słowa o bezpieczeństwie, centrum Europy i że trzeba być „przy stole”. Tymczasem sytuacja wygląda tak jak w reklamie cukierków – nie jesteśmy na liście gości, tylko w menu…
Bo decyzja o szybkim przystąpieniu do pogrążonej w chaosie finansowym strefy euro odbiłaby się nam czkawką jeszcze przed wejściem do niej. Najpierw przez 2 lata kurs złotówki byłby usztywniony w stosunku do euro, co odebrałoby nam korzyści z własnej waluty. A ta w ostatnich latach było jedną z najbardziej stabilnych na świecie i przyczyniła się do zmniejszenia skali recesji w polskiej gospodarce. Po co więc pozbywać się tej możliwości właśnie teraz, w dobie kryzysu?
Tuż po przyjęciu euro najprawdopodobniej wzrosłyby ceny w sklepach (więcej o tym na str. 3). Tak było chociażby na Słowacji, mimo prowadzonej przez tamtejszy rząd kontroli cen i dokładnie określonego kursu wymiany korony na euro. Zresztą po kilkunastu latach na wspólną walutę narzekają niemal wszystkie kraje. Bo chociaż pomysł był dobry, to wykonanie na tyle nieudolne, że dzisiaj dokłada się miliardy euro do Grecji, Włoch czy Hiszpanii. Polska w ramach solidarności biednego z bogatym dorzuciła 6 mld euro, czyli de facto dopłaciliśmy do strefy euro, zanim jeszcze zdążyliśmy do niej wejść!
Summa summarum – bilans przyjęcia wspólnej waluty w najbliższych kilku latach byłby dla nas niekorzystny. Zmusić nikt nas do tego nie może, więc lepiej roztropnie poczekać do czasu, aż korzyści z euro będą pewne.
Arkadiusz Rogowski



3 Responses to "Do strefy euro spieszmy się powoli"