Domy trzęsły się w posadach, łuna biła

Budzyń to przygraniczna wieś, w linii prostej od zaatakowanego przez Rosjan poligonu w Jaworowie jest stąd około 20 kilometrów. Fot. Monika Kamińska

– Obudził nas potworny huk. Szyby drżały, drzwi chybotały się we framugach. Byliśmy zdezorientowani i przerażeni. Myśleliśmy, że Rosjanie atakują Polskę – tak mieszkańcy przygranicznego Budzynia (gm. Radymno) wspominają rosyjski atak na poligon w Jaworowie w Ukrainie, który miał miejsce kilka dni temu. Wieś leży niemal na granicy z naszymi sąsiadami. Do Jaworowa w linii prostej jest stąd nieco ponad 20 kilometrów.

Na co dzień to spokojna cicha wioska. Ludzie tu dobrzy, gościnni, weseli. Dom Nadii i Jana Kulikowskich jest bliżej końca wsi, bliżej Ukrainy. – Już się trochę uspokoiłam, jakoś okrzepłam – mówi Nadia, Ukrainka, która 18 lat temu wyszła za Polaka Jana i zamieszkała w tej urokliwej miejscowości. – Ale wtedy, w nocy z niedzieli na poniedziałek (z 13 na 14 marca przyp. autora), byłam przerażona – przyznaje kobieta.
Jak podkreśla, to wszystko było takie realne, namacalne. – Dom się niemal trząsł, szyby dzwoniły w oknach, a drzwi chybotały się we framugach. Parzyliśmy na ukraińską stronę. Wiedzieliśmy, że to Jaworów. Taka straszna łuna stamtąd biła – opowiada. – Potwornie się bałam, cała się trzęsłam.
Jan, mąż Nadii, to spokojny człowiek, ale nawet teraz, po kilku dniach od tamtych wydarzeń widać po nim, że jeszcze nie opadły u niego związane z tym emocje. – Obudził mnie huk. Taki, nie jak burza, a znacznie gorszy
– wspomina teraz. – Pomyślałem: „Jezus Maria, co się dzieje?!”. Człowiek ledwie ze snu zerwany, nie orientowałem się skąd to, ale zaraz oprzytomniałem. Znam poligon w Jaworowie, byłem tam w latach 90. zeszłego wieku. Domyśliłem się, że Rosjanie go bombardują.
Jak zdradza, wystrzały było słychać bardzo dobrze. – Dom się dosłownie trząsł – dodaje.
Gospodarz prowadzi nas do garażu, gdzie przy suficie widać wyraźnie pęknięcia. – Przedtem tego nie było – zapewnia. – Nie wiem, czy te wybuchy nie naruszyły stropu – martwi się rolnik z Budzynia. – To naprawdę silne było – jakby trzęsienie ziemi!

Mają u siebie uchodźców

Nadia i Jan bali się nie tylko o siebie i swoich troje dzieci. – Jest u nas moja młodsza siostra, która przyjechała ze Lwowa. Jeszcze jedna jest w Polsce, a dwie na Ukrainie – wyjaśnia kobieta. – Poza tym gościmy u siebie jeszcze rodziny z Ukrainy w tym domu i w drugim, też naszym
– w Korczowej.
Wstrząśnięta, opowiada, że gdy bomby zaczęły lecieć na Jaworów, nie wiedziała co robić.
– Zostać tu czy uciekać? Co z dziećmi i uchodźcami? Co z naszymi zwierzętami gospodarskimi? Tyle myśli miałam – relacjonuje. Widać, że Nadia nadal to wszystko bardzo przeżywa.
– W pierwszej chwili chciałam uciekać – przyznaje. – Podano informację, że tylko część skierowanych na Jaworów rakiet trafiła, a reszta została zneutralizowana – wspomina. – A co byłoby, gdyby wszystkie tam spadły? Czy nasz dom dziś jeszcze stałby, gdzie stoi? – pyta.
Strach strachem, a żyć trzeba. W domu Kulikowskich drzwi się nie zamykają. Co i rusz zachodzi ktoś z sąsiadów, kręcą się przygarnięci przez nich wojenni uchodźcy. Dzieciaki bawią się ze szczeniakami na podwórku, biegają za Janem do obory. Tam nie lada atrakcja: 6 maleńkich prosiaków, które przyszły na świat zaledwie dobę temu. – Dla tych dzieci z miasta to naprawdę jest atrakcja – uśmiechają się Nadia i Jan.
– Wkrótce wyjeżdżają z rodzicami do Kanady. Czekają na wizy. Ale wielu Ukraińców nie chce wyjeżdżać tak daleko. Liczą, że ten koszmar szybko się skończy i wrócą do domów – dodaje Jan. – Oby tak było, bo żal tych ludzi i żal Ukrainy.

Koniec wsi, koniec Polski

– Daleko stąd do granicy? – pytamy. – Ot do końca drogi, a jak się skończy to łąką paręset metrów i już Ukraina – tłumaczy Jan Kulikowski.
Na końcu wsi, a zarazem końcu Polski stoi dom państwa Sadowskich. Gospodyni o imieniu Beata tak wspomina rosyjski atak na Jaworów: – Położyłam się normalnie spać, dzieci też. Mąż poszedł tuż obok do swoich rodziców, bo są już starsi – opowiada. – Nad ranem obudził mnie jakby łomot do drzwi. Nie wiedziałam co się dzieje. Czy ktoś się chce włamać, czy mąż chce wejść i nie może. Drzwi dosłownie „chodziły” wydając trzaski. Wkrótce zdałam sobie sprawę, że coś dzieje się na zewnątrz. Wybiegłam przed dom i już wiedziałam – wzdycha.
Czy się bała? – Chyba każdy się bał. Ale starałam się uspokoić, żeby nie straszyć dzieci – dodaje. Opuszczamy dom Sadowskich i idziemy w stronę granicy. Pod laskiem krzyż, a kilkaset metrów dalej widać już słupki graniczne, a za nimi Ukrainę, gdzie toczy się wojna. I choć dziś nie ma żadnych wystrzałów, nie widać łuny spadających rakiet, to jednak czujemy na plecach dreszcz…

Ludzie robią swoje, pomagają

Dziś Budzyń to znów spokojna wieś. Ludzie robią swoje, a poza tym jak mogą pomagają uchodźcom z Ukrainy. – Chcemy, żeby czuli się u nas dobrze, bezpiecznie. Ale po tym ataku na Jaworów, chyba nikt się tu już tak nie czuje – przyznają ze smutkiem Nadia i Jan Kulikowscy. – Wszyscy gdzieś w tyłach głów mamy świadomość, że te rakiety mogły przecież spaść te 20 kilometrów dalej na zachód, na nasze domy, na nas…
– No, ale załamywać się też nie można, to nic nie da – wtrąca Jan. – Kiedy człowiek ma robotę, to nie myśli tak o strachu, czy problemach. A u nas roboty nie brak w obejściu i w domu, a i pomóc trzeba tam w Młynach.
W pobliskich Młynach, na terenie kompleksu Dolina Korczowa znajduje się ogromny punkt recepcyjny. Tu trafiają uchodźcy, którzy przekraczają granicę przez przejście graniczne Krakowiec – Korczowa. Jest ich mnóstwo i nierzadko potrzebują wszystkiego. Najbardziej jednak spokoju i nadziei, że wojna szybko się skończy.
– My też mamy taką nadzieję – mówią Nadia i Jan. – Ja mojego Lwowa nie widziałam od czasów pandemii – wzdycha kobieta. – Ale wierzę, że pojedziemy tam niedługo, w czasie pokoju i wszystko się ułoży. I wierzę, że żadne rakiety nie będą budziły w nocy ani nas, ani naszych dzieci, ani naszych gości, ani nikogo…

Monika Kamińska

7 Responses to "Domy trzęsły się w posadach, łuna biła"

Leave a Reply

Your email address will not be published.