
Artemem. – Dziękuję Bogu, że moje dziecko żyje, a Polakom za wsparcie i życzliwość – mówi naszej reporterce. Fot. Mariusz Piotr Sidor
Przerażeni ludzie w panice opuszczają Ukrainę, szukając w Polsce schronienia przed wojną. Inni Ukraińcy, tak samo przerażeni, wracają do ojczyzny zaniepokojeni o losy swoich rodzin. Mieliśmy okazję być blisko nich. Widok tych ludzi, którzy nierzadko w małych walizeczkach wzięli to, co najpotrzebniejsze
i uciekali, chwyta za serce i gardło.
Czwartkowe przedpołudnie, przejście graniczne z Ukrainą w Medyce. Terminal odpraw pieszych opuszczają kolejne osoby wchodzące z Ukrainy do Polski. Są młodzi i starsi, rodziny z dziećmi. Wśród nich młoda kobieta, Anna ze Lwowa. Na twarzy widać przerażenie, ale i determinację. Trzyma za rączkę swojego niespełna 3-letniego synka, Artema. Wszystko co ma przy sobie, to torebkę, maleńką walizkę i plecaczek synka. Zgadza się na rozmowę z nami. – Nie wiem nawet, co ja z sobą zabrałam – mówi jakby zawstydzona. – Jestem szczęśliwa, że moje dziecko żyje. O to się modliłam – wyznaje. – Dziękuję Polsce i Polakom, że mogę tu być – dodaje ze łzami w oczach.
Wyły syreny, bankomaty przestały działać.
Jeszcze wczoraj uspokajali
Anna we Lwowie mieszka opodal fabryki produkującej czołgi. – W naszej telewizji jeszcze wczoraj wieczorem uspokajali, że wszystko jest pod kontrolą, że Rosjanie wysyłają tylko drony na Ukrainę. Mój mąż, który pracuje w Polsce, w Warszawie, też mnie uspokajał, że Putin nie posunie się do otwartej wojny. Położyłam synka spać około godziny 19. Sama też dość szybko usnęłam – relacjonuje. – Rano obudził mnie telefon od rodziny. Mam w Umańsku, to miasto w centralnej Ukrainie, rodziców, rodzeństwo i babcię. Mówili, że miasto jest ostrzeliwane! Główny atak idzie na obiekty strategiczne, takie jak tamtejszy skład broni. Byłam przerażona, ale postanowiłam, że uspokoję się i dam synowi jeść. Gotowałam mu właśnie kaszkę, gdy we Lwowie zaczęły wyć syreny. Już się nie wahałam. Złapałam co miałam pod ręką, ubrałam syna i wyszłam na ulicę, by jak najszybciej dostać się na przejście graniczne, a potem do Polski – wspomina Anna.
To, co opowiada dalej kobieta, może zmrozić serce. – We Lwowie była panika, pełno samochodów, niełatwo było złapać taksówkę. Nie działały bankomaty, były przerwy w dostawie Internetu. Uprosiłam taksówkarza, żeby mnie zawiózł do Szeginie. Zgodził się chyba ze względu na to, że byłam z małym dzieckiem. Podczas podróży kilka razy dzwoniła doń żona. Prosiła, żeby szybko wracał, bo muszą wszyscy uciekać. Ja, pragnęłam tylko, żeby w razie czego mój synek, jedyne, wyczekane nasze dziecko, przeżył. Modliłam się o to w myślach. Na granicy napięcie nie spadło. Było tłoczno, ale zarówno nasze służby, jak i polskie odprawiały podróżnych bardzo szybko i sprawnie. Ulgę jednak poczułam dopiero po polskiej stronie – przyznaje kobieta.
Ukrainka zabiera się z nami do Przemyśla, tu kupuje bilety na pociąg dla syna i siebie do Warszawy. Dopiero wtedy może spokojnie usiąść w barze opodal przemyskiego dworca, coś zjeść i nakarmić synka. – Nawet nie czułam głodu – wyznaje. – Tyle było we mnie emocji – wyjaśnia. Anna dzwoni do męża, który czeka na nią i małego Artema w Warszawie. Mężczyzna jest szczęśliwy, że jego bliskim udało się bezpiecznie wyjechać ze Lwowa. – My będziemy bezpieczni w Polsce, ale drżę o moich bliskich, mieszkających w Umańsku i innych miastach Ukrainy. Mama nie ma paszportu, a urzędy u nas mogą zaraz przestać działać. Jak oni się wydostaną? Czy zdołają przeżyć? – na te pytania teraz Annie nie jest w stanie odpowiedzieć nikt. Podobnie jak te, które zadaje cichutko patrząc gdzieś w przestrzeń: – Czy ja kiedyś jeszcze wrócę do domu? Czy będzie mój dom? Co będzie z Ukrainą? Na razie Anna z Artemem odjeżdżają bezpiecznie do Warszawy…
Chcą wracać do ojczyzny
Tymczasem na przemyskim dworcu kolejowym na pociąg jadący do Kijowa przez Lwów czeka grupa ludzi. Oni chcą wracać do ojczyzny, mimo że trwa tam wojna. – Tam zostały nasze rodziny, dzieci – wyjaśniają. – Przyjechałam do Polski do pracy w Jarosławiu w niedzielę, całe 4 dni byłam, a teraz muszę wracać do Lwowa, bo moje dzieci tam zostały- tłumaczy. Mężczyzna w sile wieku nie kryje, że wraca, by bronić ojczyzny. – Byłem w wojsku, teraz jestem już rezerwistą, ale jak trzeba będzie – chwycę za broń. Musimy Moskala pogonić – mówi twardo. Inny z oczekujących na pociąg do Kijowa Ukrainiec też nie kryje swej irytacji. – To chory człowiek – mówi o prezydencie Rosji Władimirze Putinie.
– Ja mam prawie 73 lata, urodziłem się w sowieckim obozie na głębokiej Syberii nad rzeką Ob – wyjaśnia.
– Kiedy nas z matką wreszcie wypuścili, był 1956 rok! 11 lat po wojnie jeszcze tam tkwiliśmy. Tak robili Rosjanie i teraz znów chcą panować nad naszą częścią świata. A może i nad całym. Ja się obawiam, że nie odpuszczą. Dlaczego więc wracam? Bo to mój obowiązek – podkreśla mężczyzna.
Tak naprawdę dramat Ukraińców dopiero się zaczyna. Trudno przewidzieć, co stanie się dalej. Nasi sąsiedzi potrzebują teraz naszego wsparcia, naszej pomocy. Nie bądźmy na to obojętni!
Monika Kamińska



26 Responses to "Dramat Ukraińców dopiero się zaczyna"