
PIŁKA NOŻNA. Rozmowa z Bogdanem Zającem, II trenerem reprezentacji Polski pochodzącym z Jarosławia.
Bogdan Zając i jego szef, selekcjoner Adam Nawałka, niechętnie udzielają wywiadów. – Lepiej robić, niż szczekać – tłumaczy filozofię, jaką obrali piłkarz 100-lecia JKS-u Jarosław. Z Super Nowościami Zając zgodził się jednak porozmawiać.
– Jest poniedziałek, 23.30. O tak późnej porze jeszcze nie przeprowadzałem wywiadu…
– Cóż, przede mną jeszcze trochę pracy. Wcześniej byłem nieuchwytny, mieliśmy spotkanie sztabu szkoleniowego w Krakowie.
– O pana pracowitości krążą legendy. Nawet w okresie świąt nie odpocznie pan od piłki?
– Nasi zawodnicy grają w święta w różnych ligach, trzeba ich obserwować. Poza tym jak ktoś chce, to zawsze znajdzie sobie coś do roboty. Przy wigilijnym stole temat futbolu z pewnością będzie obecny. Za nami w końcu intensywny i urodzajny rok.
– Niejedna żona straciłaby cierpliwość.
– Moja żona nie ma wyjścia. Ma w domu trzech piłkarzy (śmiech).
– Lubi pan święta?
– Każdy, kto był wychowany w rodzinnej atmosferze, lubi ten czas. Wracamy do korzeni. Wigilia u jednych rodziców w Jarosławiu, potem u drugich w Chotyńcu. Razem z żoną pochodzimy z wielodzietnych rodzin, od dziecka wiemy, co znaczy spotkanie w gronie najbliższych. Cieszy nas, że tradycja jest kultywowana, że nasze dzieci chcą się spotykać z dziadkami.
– Deszcz zamiast śniegu, szał zakupów, nachalne reklamy ze świętym Mikołajem – nie ma pan wrażenia, że kiedyś było biedniej, ale jednak bardziej urokliwie?
– Za naszych czasów jak pojawiła się szynka i pomarańcze, wiadomo było, że idą święta. Teraz wszystkiego jest pod dostatkiem. Ale nie ma się co obrażać na rzeczywistość i wartościować obu tych epok.
– Pasterka to u pana punkt obowiązkowy?
– Synowie pójdą, ale nie wiem, czy dadzą radę tatę wyciągnąć…he, he.
– Będzie tradycyjna gierka ze starymi znajomymi?
– Chłopaki przychodzą ze swoimi synami i łupiemy w jednej z jarosławskich hal. Ale nie gramy w piłkę, tylko w siatkonogę. Emocje jeszcze większe, zapewniam!
– Tęskni pan choć trochę za Podkarpaciem, czy stał się pan już człowiekiem aglomeracji: Kraków, Warszawa, Śląsk.
– Rzadko bywam w rodzinnych stronach, ale jak już jestem, to doceniam ciszę i spokój. Choć i tutaj tempo życia jest coraz większe. Kraków, Warszawa to inny świat… Wydaje się, że doba jest za krótka!
– Polski futbol ma za sobą szalenie udany rok. Jakie wydarzenie jest dla pana najważniejsze?
– Nie da się ukryć, że zwycięstwo nad mistrzami świata Niemcami ma swoją wagę. Najistotniejsze jednak, że udało się nam na nowo zainteresować Polaków piłką nożną, przyciągnąć ich na stadiony i przed telewizory, zdobyć zaufanie. Występy reprezentacji dały rodakom wiele radości i to jest największy skarb. Dziś Polacy z niecierpliwością czekają na kolejny mecz kadry.
– „Panuje przekonanie, że Niemcy są poza zasięgiem, ale ja cieszę się, że z nimi zagramy. Wojnę wygraliśmy, choć ponoć nie mieliśmy szans, to dlaczego nie mielibyśmy ich pokonać na boisku?” – gdy mówił mi pan to 10 miesięcy temu, tylko się uśmiechnąłem pod nosem. Ale to pan miał rację!
– Spokojnie podchodzimy do tego, co się wydarzyło. Przed nami mnóstwo pracy, więc trzeba mieć w sobie odpowiednio dużo pokory. Na razie stawiamy fundament, budowla będzie gotowa dopiero, gdy zdobędziemy przepustki do francuskich finałów mistrzostw Europy.
– Pierwsze zwycięstwo nad Niemcami przeszło do historii, ale to jednak nie było najlepsze spotkanie kadry. Mieliśmy furę szczęścia.
– Nie zgadzam się! Moim zdaniem rozegraliśmy kapitalne zawody. Zawodnicy wypruli się na murawie, a w szatni byli wyczerpani. Cieszyli się jednak, że dali tyle radości Polakom, aż łezka się zakręciła. Na szczęście trzeba ciężko zapracować. To że Niemcy stworzą sobie okazje, było pewne. W końcu to najlepsza drużyna świata.
– Jesteśmy liderem grupy, ale za nami dopiero pierwsza połowa meczu. Wciąż to powtarzacie z trenerem Nawałką. Może nie warto się aż tak asekurować?
– Mamy 3 punkty przewagi nad konkurencją, nie mam złudzeń, że walka o awans będzie trwać do samego końca. Zatem spokojnie, twardo stąpamy po ziemi.
– Mógłby się pan podpisać pod stwierdzeniem, że dziś w kadrze jeden za drugim poszedłby w ogień?
– Pod niczym się nie będę podpisywał. Lecz jedno jest pewne: mamy dobry zespół, gdzie dobry oznacza grupę ludzi, którzy wiedzą, czego chcą i nie zadowalają się tym, co było.
– Przeczytałem wywiad z Krzysztofem Mączyńskim o jego grze w Chinach i od razu mi się pan przypomniał. Wspomina pan jeszcze tamte niezwykłe czasy?
– Spędziłem w Chinach półtora roku i uważam ten okres za bardzo udany. Poznawanie tak odmiennej kultury było czymś wspaniałym. Z Krzyśkiem utrzymujemy stały kontakt, po każdym spotkaniu mamy materiał z jego występu, obaj jesteśmy zgodni co do tego, że chińska piłka, podobnie jak gospodarka, cały czas idą do przodu.
– Co by pan chciał znaleźć pod choinką?
– Ze dwie wywrotki zdrowia. Wystarczyłoby dla całej rodzinki, a tę drugą dałbym kadrowiczom. Jak będzie zdrówko, to na resztę zapracujemy!
Rozmawiał Tomasz Szeliga


