
70 lat temu doszło do potyczki żołnierzy podziemia antykomunistycznego z wojskami NKWD. Na skutki nie trzeba było długo czekać…
W marcu 1945 r. wtargnęli na Dynowskie Przedmieście. Bez powodu ostrzeliwali mijane domy. Ludzie uciekali w popłochu przekonani, że miasto zaatakowali ukraińscy nacjonaliści. Do obrony przystąpili żołnierze podziemia antykomunistycznego i wyparli siły agresorów z miasteczka. Zwycięstwa jednak nie świętowali. Akcja zakończyła się pacyfikacją Dynowa przez Sowietów.
Wszystko zaczęło się od donosu. – Mieszkańcy wsi Łubno [położonej na zachód od Dynowa], w znacznej części zamieszkałej przez Ukraińców znanych z postaw nacjonalistycznych, donieśli wojskowym władzom sowieckim, że ich wieś została napadnięta przez polskie podziemie oraz Milicję Obywatelską, których oskarżano o wymordowanie 80 Ukraińców – tłumaczy genezę potyczki Artur Brożyniak, historyk z rzeszowskiego IPN.
Później UB ustalił, że zabito 18 osób, a nie 80. Prawdopodobnie były to likwidacje osób działających na szkodę narodu polskiego. Nie udało się udowodnić, że w wykonaniu tych wyroków brała udział milicja z Dynowa. Sowieci utworzyli grupę operacyjno-bojową rekrutującą się z żołnierzy 59. „specdywizji” wojsk wewnętrznych NKWD. Dowodził nią major Leontiew, którego imienia nie znamy, a liczyła ona 80 – 200 żołnierzy. Z Sanoka wyruszyli przez Nozdrzec, gdzie rozbroili posterunek milicji, zaaresztowali milicjantów i zabrali ich ze sobą do Łubna. Tutaj część „enkawudzistów” prowadziła przesłuchania, a druga część dotarła na skraj Przedmieścia Dynowskiego.
Nie strylaj, my was oswobodili
Tomasz Gołąb, milicjant i zakonspirowany żołnierz AK, tak zapamiętał marcowe wydarzenia: – „Z Sanoka 15 III 1945 r. wyjechał na furmankach duży oddział NKWD ubrany mundury sowieckie, polskie i ubrania cywilne (…). Członkowie patrolu bez żadnego powodu ostrzeliwali mijane domy, celowo wzniecając popłoch. Ludzie uciekali, pewni, iż jest to napad Ukraińców. Zaalarmowany strzałami i paniką, zebrałem swoich żołnierzy ze szkoły podoficerskiej i wyruszyłem na spotkanie napastników.”
Milicjanci z Dynowa zawiadomili o napadzie i wezwali na odsiecz tzw. ludowe Wojsko Polskie z Rzeszowa i Sanoka. Gońcy zaalarmowali sąsiednie placówki AK i Zgrupowanie „Warta”, Okręgu Lwowskiego AK. Z oddziałów „Warty” najbliżej Dynowa stacjonowała w Dylągowej kompania „D 22” dowodzona przez por. Józefa Bissa „Wacława”. Biss zebrał Oddział „D 22” i miejscowy pluton AK, ruszył na pomoc walczącym mieszkańcom Dynowa. Grupa dowodzona przez „Wacława” zajęła pozycje na południe od miasteczka. Żołnierze kompani „D 22” i Plutonu Dylągowa odparli atak innej grupy NKWD, która próbowała od południa zająć Dynów.

Zarówno por. Biss, jak i Tomasz Gołąb, byli przekonani, że na Dynów napadła Ukraińska Powstańcza Armia. – Walki trwały od rana do późnego popołudnia. „(…) Wreszcie na linii obrony Przedmieście – Łubno podniosła się na kiju czapka i usłyszeć można było wołania <<nie strylaj, nie strylaj, my was oswobodili>>. Teraz dopiero zorientowałem się, że cała ta walka odbyła się z Rosjanami, a nie z grupą UPA” – wspomina Tomasz Gołąb. Wtedy Polacy wycofali się i wpuścili Rosjan do Dynowa.
Jaki był bilans walk?
Ze strony dynowskiego AK i milicji obyło się bez strat. Z grupy porucznika Bissa podaje się 10 zabitych i 10 rannych, ale tych liczb nie udało się historykom zweryfikować. – Znamy nazwisko tylko jednego poległego, Stanisława Pustelnika, żołnierza AK z Plutonu Dylągowa – tłumaczy Artur Brożyniak z IPN.
Polacy w obawie przed represjami tłumaczyli się Sowietom: – „W dniu 13 III 1945 r. większa grupa ludzi w mundurach sowieckich i cywilnych zjawiła się w okolicy Dynowa w szyku bojowym. Sposób posuwania się ich oraz możliwość napadów banderowskich spowodowały, że posterunki MO w Nozdrzcu i Dynowie, jak też i ludność cywilna, była przekonana, że mają do czynienia z przemyślanym i na szeroką skalę zakrojonym napadem. Tym należy tłumaczyć zdecydowanie stanowisko posterunków MO wobec posuwających się w szyku bojowym patroli, jak również tym, iż przyjazd jakichkolwiek oddziałów Armii Czerwonej nie był początkowo awizowany” – bronił strony polskiej por. Franciszek Wilk, p.o. kierownika PUBP w Brzozowie. – „Dopiero po stawieniu oporu przez milicję (…) zostałem powiadomiony przez sanocką Wojenną Komendę o wyruszeniu oddziału Czerwonej Armii na teren powiatu brzozowskiego. Po otrzymaniu wiadomości wydałem rozkazy wszystkim posterunkom MO, aby w razie potrzeby udzieliły pomocy grupie operacyjnej [oddziałom sowieckim]”.
Jak widać z powyższych relacji, nie do końca pewna jest data potyczki. Niektóre źródła podają bowiem 15 marca, a inne 13 lub nawet 17 marca. Pewny jest natomiast dzień rozpoczęcia represji. Podniesienie ręki, nawet niechcący, na sowieckich oswobodzicieli nie mogło ujść Polakom na sucho. 18 marca 1945 r. w Dynowie i okolicznych wioskach ruszyły na masową skalę aresztowania i przesłuchania. Miejscowi nazwali tę sowiecką operację „czarną niedzielą”. Nieprzypadkowo. Sowieci zatrzymali bowiem 320 – 500 osób, wśród nich było wielu niezwiązanych z akcją. Ok. 200 osób zostało zwolnionych, a 282 osoby zabrano na dalsze przesłuchania do aresztu w Sanoku. Z tego kilkadziesiąt osób wywieziono do Związku Sowieckiego.
– Obrona Dynowa na kilka godzin opóźniła zajęcie miasteczka przez NKWD. Dało to czas żołnierzom AK i części ludności cywilnej na opuszczenie terenu i uniknięcie represji. Wszystko wskazuje na to, że w marcu 1945 r. w Dynowie zadziałał przypadek i faktycznie doszło do pomyłki, a nie zaplanowanej akcji zbrojnej ze strony polskiego podziemia przeciwko NKWD. Tu źródła są wyjątkowo zgodne. Potwierdził to również jeden z uczestników potyczki, Bronisław Gąsecki, dowódca drużyny w plutonie AK Dynów-Przedmieście, do którego udało mi się dotrzeć kilkanaście lat temu – wyjaśnia historyk IPN. – Podczas działań wojennych walczący mają utrudnioną możliwość identyfikacji przeciwnika. Wiadomo mniej więcej, gdzie stacjonują poszczególne strony i skąd może nadejść nieprzyjaciel. W historii wojen nieraz dochodziło do pomyłek. UPA często wykorzystywała podstępy, by zdezorientować polskich obrońców przebierała się za wojsko polskie, albo sowieckie.
Czujność obrońców Dynowa była jak najbardziej celowa i potrzebna. Potwierdziły to późniejsze fakty. – 16 listopada 1946 r. UPA faktycznie zaatakowała Dynów. Jeden z jej członków przedstawił się jako „kapitan Młot z polskiego podziemia” i próbował skłonić posterunek samoobrony do poddania się. W tym czasie jego kompani podeszli od tyłu i jednego z Polaków zastrzelili, a drugiego ranili. Następnie ciało rannego zmasakrowali uderzeniami bagnetów i kolb – opowiada Artur Brożyniak. – Zabrali towary z miejscowej spółdzielni, prywatne mienie mieszkańców oraz leki z apteki, o łącznej wartości 3 383 500 zł, według szacunków polskiej strony. Broniły się pojedyncze punkty w mieście w tym poczta. Z czasem zaskoczenie obrońców minęło i opór przybierał na sile. Trzonem samoobrony Dynowa byli dawni żołnierze AK. W końcu ukraińscy nacjonaliści, a był to cały przemyski kureń, czyli odpowiednik naszego batalionu, w sumie ok. 600 ludzi, wycofali się za San. To była ostatnia wielka akcja zaczepna ze strony banderowców na tym terenie.
***
W tekście wykorzystano: „Urząd Bezpieczeństwa w Brzozowie 1944 – 1956” Piotra Chmielowca oraz „Konspiracja akowska i poakowska w powiecie brzozowskim (1939 – 1949)” Pawła Fornala.
Beata Sander



One Response to "Dynów pamięta o czarnej niedzieli"