
Rozmowa z JERZYM DUDKIEM, byłym znakomitym bramkarzem, triumfatorem Ligi Mistrzów.
Jerzy Dudek jest jednym z ambasadorów Klubów Sportowych Orange. W czwartek w Tyczynie prowadził zajęcia z młodzieżą z 12 klubów, które rywalizowały w pięciu dyscyplinach.
– Mógłby pan teraz grać w golfa w Dubaju, tymczasem spędza pan czas w niewielkiej podkarpackiej miejscowości…
– Nie musiałbym lecieć aż do Dubaju. Mógłbym zagrać pod Krakowem albo nawet w Rzeszowie. Słyszałem, że macie tutaj niezłe dziewięciodołkowe pole, a Podkarpacki Klub Golfowy prężnie się rozwija. Jestem jednym z ambasadorów Klubów Sportowych Orange, bo przynosi mi to ogromną radość i satysfakcję. Ta młodzież dodaje mi energii! To przyjemność, a nie przykry obowiązek.
– Jednym słowem: chce się panu.
– Jak najbardziej. Serce rośnie, gdy widzisz zaangażowanie tych młodych ludzi. Poza tym, pamiętajmy, że jako doświadczeni sportowcy (w Tyczynie oprócz Dudka byli jeszcze Milena Radecka i Marcin Urbaś – red.) mamy misję przekazywania swojej wiedzy młodszym pokoleniom.
– Dzieli się pan wiedzą, ale też pieniędzmi. Część dochodu ze sprzedaży nowej książki o panu, trafi do Stowarzyszenia Siemacha, z którym wspólnie utworzyliście Akademię Sportu Progres Kraków. Juniorzy tego klubu rywalizują w CLJ z Resovią i Stalą Mielec i bardzo dobrze sobie radzą.
– Powiedziałbym nawet, że wyśmienicie. Powołanie do życia szkółki piłkarskiej to oczywiście część misji, o której wspomniałem, ale również spełnienie własnych marzeń. Żeby człowiek się rozwijał, musi stawiać sobie kolejne cele do zrealizowania. W Progresie trenuje blisko pół tysiąca dzieciaków, najstarsi z nich walczą jak równy z równym, a czasem przewyższają swoich rówieśników z Legii, Wisły czy Górnika Zabrze. I choć w tym projekcie wynik sportowy nie jest najważniejszy, to jednak mamy wielką satysfakcję. Bez wątpienia ta szkółka to jedna z moich lepszych decyzji życiowych.
– Mieszkał pan długo za granicą. Jak polskie dzieci wypadają na tle holenderskich, angielskich czy hiszpańskich?
– Są tak samo utalentowane, może nawet bardziej. Problemem jest ich aktywizacja, dlatego tak pożądane są projekty takie jak KS Orange. Zaczynaliśmy dwa lata temu od 20 klubów, dziś jest ich 100 w całej Polsce. Tutaj, na Podkarpaciu, dzieciaki są szalenie uśmiechnięte, to co robią sprawia im autentyczną frajdę. Nie wyobrażam sobie, że miałbym być wirtualnym doradcą, kimś, kto udostępniłby jedynie swoją „główkę” na stronie internetowej programu Orange.
– Zostawmy rekreację i porozmawiajmy o wyczynowym sporcie. „Dla Legii każdy strzelony gol w fazie grupowej Ligi Mistrzów będzie sukcesem” – napisał pan w „Przeglądzie Sportowym”, a ja pomyślałem, że jednak pan przesadził. Po koszmarnej dla mistrza Polski inauguracji przyznaję panu rację.
– Z pozycji kibica wszystko wygląda dość prosto. Tymczasem już nakładanie presji na zespół, który w Lidze Mistrzów nie powinien się znaleźć, może być zgubne. Kibic myśli: nie strzelić bramki? Przecież to wstyd! Ale w środę przekonaliśmy się, jak kolosalna różnica dzieli mistrza Polski od wicemistrza Niemiec. Nasza ekstraklasa jest pięknie opakowana, lecz piłkarzom wciąż brakuje jakości. Obawiam się, że zdobycie gola przez Legię w arcytrudnej grupie należy traktować w kategoriach marzeń.
– Mimo wszystko był pan zaskoczony przebiegiem meczu z Borussią Dortmund?
– Strasznie! Nie chcę nikomu ubliżać, ale gra w obronie przypominała mi wyczyny defensorów z lat 90., gdy mecze były ustawione. Obrońcy we własnym polu karnym nie kryli zawodników. Stali i patrzyli, jak rywal wyskakuje do główki i pakuje piłkę do siatki. Jeden z trenerów mówił kiedyś, że własną teściową mógłby nauczyć gry w obronie, bo prawdziwą sztuką jest gra w ofensywie. Przykro było oglądać tak bezradnych legionistów.
– Strach pomyśleć, co zrobią z nimi pana koledzy z Madrytu.
– Każdy mecz jest inny, różne są też okoliczności. Może się zdarzyć, że Real wystawi drugi skład. Najistotniejsze, żeby się do takiego spotkania przygotować mentalnie. Żeby nie szukać alibi dla porażki, a tak to wyglądało w starciu z Borussią. Poważny piłkarz nie może unikać odpowiedzialności za wynik. Zaangażowanie na całego to jego obowiązek!
– Rozumiem, że piłkarze Borussii mają większe umiejętności techniczne i doświadczenie, ale dlaczego legioniści przegrywali każdy pojedynek szybkościowy?
– Pan ma ten sam dyktafon, co dziennikarz BBC. Dlaczego nie jest pan w Londynie tylko rozmawia pan ze mną w podkarpackim mieście? Borussia ma dużo większe możliwości finansowe. Do tego klubu trafiają wyselekcjonowani zawodnicy, najlepsi z najlepszych. Choć musimy też powiedzieć o błędach osób zarządzających Legią. Przed najważniejszą dla klubu próbą dokonuje się w szatni rewolucja kadrowa. Ściąga się nowego trenera i kilku piłkarzy, którzy nie mają czasu na adaptację. To dla mnie niepojęta polityka. Ale może zakończymy czymś optymistycznym?
– Bardzo proszę…
– Cztery lata temu przyjechałem na mecz Legii. Zobaczyłem piękny stadion, przeszklone pomieszczenia i pomyślałem: w 1996 roku w Holandii doświadczyłem tego samego. Nie jest źle, do nadrobienia mamy zaledwie szesnaście lat (śmiech).
Rozmawiał Tomasz Szeliga


