
Dziennikarskie śledztwo
i 
Martyna Sokołowska – supernowosci24.pl
Dawid Serafin – onet.pl
– Zapytałam go kiedyś, jak ty możesz żyć, mając na sumieniu zabicie dwóch osób. Odpowiedział: mylisz się, nie dwóch, a trzech, bo trzeciego zakopałem – mówi Ewa P. Pierwszy zginął Edward Krajnik, ciało Krzysztofa Pyki wyłowiono z Jeziora Solińskiego. Zwłok Marka Pomykały nie odnaleziono. Prawda o ich losie do dziś pozostaje tajemnicą. Bieszczadzka zmowa milczenia trwa od lat, ale w ostatnim czasie zaczęła pękać.
Powiedział, że wypłynął łódką na jezioro i pijanego wrzucił do wody. Na początku nie wierzyłam w jego słowa, ale wielokrotnie wracał do tej historii. Mówił: „Co miałem zrobić. Mieliśmy córkę, ja poszedłbym do więzienia, a ty zostałabyś bez pieniędzy, nie dałabyś rady”. Nie chodziło o nas, tylko o niego. Robił wszystko, aby uniknąć odpowiedzialności, za to, co zrobił – wspomina Ewa P., żona Tadeusza P. emerytowanego zastępcy komendanta milicji w Lesku.
1.
Od ponad roku na łamach Super Nowości opisujemy historię bieszczadzkiej zmowy milczenia. Po latach świadkowie tych wydarzeń postanowili podzielić się informacjami, wierząc, że uda się odkryć prawdę o tym, co w połowie lat 80. wydarzyło się w Bieszczadach.
Pierwszy 37 lat temu w Łączkach zginął Edward Krajnik. Samochód zjechał na przeciwległy pas ruchu i uderzył w mężczyznę stojącego na poboczu. Za kierownicą siedział Tadeusz P., ówczesny zastępca komendanta milicji w Lesku, a pasażerem był Lucjan P. zastępca komendanta rejonowego urzędu spraw wewnętrznych. Obaj, według relacji świadków, byli pijani. Tuż po zdarzeniu doszło do fałszowania zeznań świadków, a według oficjalnej wersji za kierownicą siedział ojciec Tadeusza P., który został przywieziony na miejsce wypadku.
Po latach, w 2015 r., Prokuratura Okręgowa w Rzeszowie ustaliła, że to były milicjant był sprawcą wypadku. Śledczy uznali jednak, że sprawa się przedawniła, a mundurowy uniknął kary.
Ciało milicjanta Krzysztofa Pyki wyłowiono z Jeziora Solińskiego 3 lutego 1986 r. Młody funkcjonariusz był podwładnym Tadeusza P. Widział wypadek w Łączkach i jak wynika z relacji świadków, do których dotarliśmy, był zastraszany, bo nie chciał podpisać fałszywych zeznań, korzystnych dla sprawcy wypadku. Mężczyzna został pochowany na cmentarzu w Częstochowie, a jego ojciec na klepsydrach napisał: „Zamordowany przez kolegów w Bieszczadach”.
W kwietniu 1997 r. zaginął sanocki dziennikarz Marek Pomykała. Na kilkanaście tygodni przed zniknięciem jechał samochodem razem ze swoim przyjacielem przez Łączki. W pewnej chwili dziennikarz opowiedział, że wiele lat temu w tym miejscu „jakaś gruba ryba, miała spowodować wypadek po alkoholu. Sprawa jednak została zatuszowana”.
Samochód dziennikarza znaleziono na zaporze w Solinie na początku maja 1997 r. Po Pomykale nie było śladu.
2.
Z Ewą P. rozmawiamy kilkukrotnie w ciągu ostatnich tygodni. To była żona Tadeusza P. Para poznała się w Szczytnie, a później wyjechała w Bieszczady. Obecnie kobieta mieszka w jednym z miast na południu kraju. – Mój były mąż to człowiek bezwzględny, mściwy i niebezpieczny. W domu trzymał broń, którą mi groził, próbował mnie otruć. Kiedyś złamał mi rękę. Kiedy powiedziałam mu, że zgłoszę to na policję, odgrażał się, że znajdzie świadków, którzy potwierdzą jego wersję i zeznają, że spadłam z taboretu. Jest nieobliczalny. Mimo że już nie jesteśmy razem, do dzisiaj się go boję. Nie wychodzę w nocy z domu, zamykam się na klucz w pokoju. Miał motyw, aby zabić Pykę i Pomykałę. Bardzo możliwe, że to zrobił – opowiada.
Kobieta pamięta Krzysztofa Pykę. – To były czasy, kiedy milicjanci spotykali się także po pracy, towarzysko. Czasami towarzyszyłam podczas takich spotkań mężowi i tak poznałam Krzyśka. Utrzymywaliśmy relacje na stopie koleżeńskiej. Był serdeczny, miły i towarzyski. Miał żonę, którą też poznałam i dwie małe córeczki. Sprawiał wrażenie dobrego, uczciwego człowieka – wspomina.
Pani Ewa pamięta wypadek w Łączkach. Razem z mężem pomieszkiwali wówczas u milicjanta Józefa B. Franciszek P., ojciec Tadeusza, przyjechał do nich w odwiedziny, bo na co dzień mieszkał na Śląsku.
– Zajmowaliśmy pokój na piętrze. W naszym mieszkaniu była wówczas lakierowana boazeria, ze względu na małe dziecko przenieśliśmy się do znajomego. Czekałam na męża, bo miał przywieźć wanienkę dla naszej kilkumiesięcznej córki. Długo nie wracał. Okazało się, że w Łączkach doszło do śmiertelnego wypadku. Mąż przyjechał z kimś do domu maluchem, zabrał teścia i pojechali na miejsce wypadku. Wrócili po jakimś czasie, ale niewiele mówili o tym, co się wydarzyło na miejscu – relacjonuje Ewa P.
Trzy tygodnie po tym wypadku – w nocy z 12 na 13 grudnia 1985 roku Krzysztof Pyka zaginął w tajemniczych okolicznościach. Jego ciało wyłowiono z Jeziora Solińskiego na początku lutego 1986 r. – Akurat o tym mąż mało mówił, był zajęty wypadkiem. Bardzo bał się, że na jaw wyjdą prawdziwe okoliczności i to, że to on prowadził wówczas samochód – wspomina kobieta.
Śledztwo w sprawie śmierci młodego milicjanta szybko zostało umorzone. Przez tego samego prokuratora, który kilka miesięcy wcześniej zajmował się sprawą wypadku w Łączkach.
Trzy lata po odnalezieniu ciała Pyki, Tadeusz P. miał opowiedzieć swojej byłej żonie, że zamordował młodego milicjanta. Miał z nim wypłynąć łódką na środek jeziora i tam pijanego wyrzucić go do wody.
3.
W 2016 r. minęło 30 lat od śmierci Krzysztofa Pyki. Do wydawnictwa Ruthenus w Krośnie przyszedł e-mail od Tadeusza P. Dotarliśmy do treści wiadomości: „Składam propozycję współtworzenia książki będącej moimi autentycznymi wspomnieniami o czynach przestępczych, jakich się dopuściłem, pracując w resorcie MSW. Jestem emerytowanym oficerem policji. Pracowałem w Bieszczadach. Historia tych spraw jest do dnia dzisiejszego żywa i bulwersująca w tym regionie. Nastąpiło przedawnienie, więc może ujrzeć światło dzienne” – napisał Tadeusz P. (pisownia oryginalna – przyp. red.). „Właśnie z uwagi na przedawnienie w dniu dzisiejszym bez obaw o pociągnięcie do odpowiedzialności można opowiedzieć i zrzucić z siebie jarzmo tych czynów i 30 lat jarzma życia w oczekiwaniu na karę lub przedawnienie. Mogę bez obaw podać nazwiska wszystkich osób związanych i żyjących do dnia dzisiejszego” – dodał.
„Dwóch bezpośrednich świadków tego zdarzenia – milicjant oraz osoby stojące kilka metrów od wypadku zginęły. Z uwagi na przedawnienie w tym roku tych spraw można opowiedzieć, co z tymi osobami co się stało. Jednego milicjanta znaleziono w zalewie solińskim” – napisał.

4.
Przedstawiciele wydawnictwa nie podjęli rozmów o książce. List trafił do Henryka Nicponia. To dziennikarz, autor kilku książek poświęconych Bieszczadom. Mężczyzna zdecydował się pomóc Tadeuszowi P. w napisaniu książki. Według relacji pisarza, podczas jednego ze wspólnych wyjazdów w Bieszczady P. pokazał mu miejsce, w którym miał spowodować śmiertelny wypadek, wrzucić do wody milicjanta Pykę i jeszcze jednego świadka wypadku, o którym P. napisał w mailu do wydawnictwa.
Z Nicponiem rozmawiamy kilkukrotnie. Mężczyzna opowiedział historię zdjęcia, które wykonał Tadeuszowi P. podczas jednego z ich wspólnych spotkań w Bieszczadach. Według słów pisarza na fotografii widać stojącego na pomoście P. z bukietem kwiatów. Tadeusz P. jak twierdzi pisarz, miał w tym miejscu wrzucić Pykę do wody. Miejsce wykonania fotografii znajduje się niedaleko domu wczasowego Jawor. To właśnie w jego pobliżu znaleziono siatkę z zakupami, którą w dniu zaginięcia miał przy sobie Krzysztof Pyka.
Tadeusz P. pokazał Nicponiowi także miejsce wypadku w Łączkach i opowiedział mu historię śmierci „drugiego świadka” o którym wspomniał w wiadomości wysłanej do wydawnictwa.
Mężczyzna, jak wynika z opowieści Nicponia, miał mieć pseudonim Góral. Informację o nim znaleźliśmy w Instytucie Pamięci Narodowej w Rzeszowie w teczce o kryptonimie Zajazd. W środku są dokumenty zebrane przez Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Krośnie w 1986 r. To meldunki milicjantów, pisma wysłane do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, urzędowe notatki, nazwiska osób, które były na miejscu zdarzenia w Łączkach.
„Góral” to Czesław S., znajomy potrąconego śmiertelnie Edwarda Krajnika. Mężczyźni w wieczór wypadku razem opuścili zajazd „Pod Gruszą”. Był z nimi jeszcze Andrzej G. Obaj mężczyźni widzieli moment śmierci ich kolegi, a Czesław S. zaraz po zdarzeniu opowiedział wszystko siostrze Edwarda Krajnika. Z wypowiedzi Andrzeja G., które znajdują się w aktach IPN, wynika, że dzień po wypadku Czesław S. miał zostać aresztowany za rzekomą kradzież dokumentów mężowi bufetowej z zajazdu „Pod Gruszą” i trafić do zakładu karnego. Tutaj ślad po mężczyźnie się urywa.
Tymczasem z opowieści Nicponia wynika, że S. miał zostać zamordowany przeze Tadeusza P. Były milicjant miał wypłynąć z będącym pod wpływem alkoholu „Góralem” na Jezioro Solińskie i tam pozbyć się mężczyzny. Tę historię pisarzowi miał opowiedzieć P.

5.
Na rozmowę zdecydował się także Wojciech Konopelski, który pracował razem z Krzysztofem Pyką. Mężczyźni mieszkali w jednym bloku w Polańczyku i z czasem się zaprzyjaźnili, a ich rodziny dobrze się znały. – Krzysiek był przyzwoitym, towarzyskim i lubianym człowiekiem – wspomina.
W milicji Wojciech Konopelski pracował jako sternik, brał udział w akcjach poszukiwawczych na Jeziorze Solińskim. To on wyciągał z wody ludzkie zwłoki. – Kiedyś ze znajomym policzyliśmy i wyszedł nam z tego cały autobus ciał – podkreśla.
Kiedy Pyka zaginął, nasz rozmówca brał udział w akcji poszukiwawczej. – Obchodziliśmy okoliczne lasy, szukaliśmy w przydrożnych rowach, a nawet przepustach, bo braliśmy pod uwagę, że Krzyśka mógł potrącić samochód i ktoś chciał ukryć ciało, ale nigdzie go nie było – wspomina.
Początkiem lutego 1986 r. przypadkowy mężczyzna zauważył dryfujące niedaleko brzegu zwłoki mężczyzny. – Pojechaliśmy na miejsce, po chwili dojechał też lekarz i samochód do transportu zwłok – wspomina Konopelski, który musiał wyciągnąć ciało kolegi z wody.
– Ubrałem wodery, wypiłem setkę wódki, aby się rozgrzać i wszedłem do wody. Pierwsza rzecz, jaka zwróciła moją uwagę to sposób, w jaki ciało wypłynęło, klatką piersiową do góry, co mogło oznaczać, że nie utonął, tylko został wrzucony do wody martwy. Zresztą, nie tylko ten szczegół wzbudził moje wątpliwości. Krzysiek jedną rękę miał włożoną do kieszeni kożucha, kiedy odkryłem mu z twarzy szalik, na czole zauważyłem sporej wielkości dziurę, na kilka centymetrów. Wyglądało to tak, jakby ktoś celowo uderzył go w głowę, aby go ogłuszyć. To wszystko było bardzo dziwne, Krzysiek bał się wody, co więc robił pijany w nocy nad jeziorem – zastanawia się.
Konopelski wspomina też okres przed zaginięciem Pyki. – Widać było, że coś go trapi. Wspominał o wypadku w Łączkach, wyglądało to tak, jakby sposób, w jaki ta sprawa została rozwiązana, nie dawał mu spokoju, ale nie chciał o tym mówić – wspomina. – Pewnego dnia przyszedł do nas, położył na stole swój medal i oddał go żonie, mówiąc: zostawiam go w dobrych rękach – dodaje.
– Dlaczego to zrobił – pytamy.
– Nie wiem, wówczas się nad tym nie zastanawialiśmy. Gdyby człowiek wiedział, jaki finał będzie miała ta historia, byłby bardziej czujny i zwracał uwagę na szczegóły – odpowiada.
Konopelscy oddali medal Marcie, córce Krzysztofa.
6.
Były milicjant Wiesław M., był ostatnią osobą, która widziała Pykę żywego. Tamtego dnia mężczyzna pełnił służbę w Polańczyku. Wszedł do kotłowni domu wczasowego Jawor, gdzie Pyka razem z innym milicjantem pili alkohol. Stwierdził, że odprowadzi Pykę do domu. Zbigniew L., który był sąsiadem Krzysztofa, powiedział, że zaraz wrócą razem do domu. Wiesław M. wyszedł z kotłowni, po czym wrócił. Kolejny raz opuścił pomieszczenie już w towarzystwie Pyki.
Wersja Wiesława M. powtarzana w ostatnich latach jest następująca. Pił alkohol razem z innymi w kotłowni. Był pijany i nic z tamtego wieczoru nie pamięta. Twierdzi, że poddał się hipnozie, ale ta nic nie dała.
Wersja Wiesława M. po zaginięciu opowiedziana przez kilka osób. Mężczyzna odprowadził Krzysztofa Pykę pod blok i tam się z nim rozstał. Potem poszedł w kierunku domu wczasowego Jawor.
Pod koniec grudnia 2021 r. udało nam się dotrzeć do Adama (imię zmienione), to były milicjant. – Tuż po zaginięciu Pyki M. dopytywał się mnie, dlaczego Jezioro Solińskie nie zamarza. Byłem zaskoczony tym pytaniem. Zaczęliśmy też rozmawiać o zaginięciu Krzyśka. Wyrwało mu się, że tamtego wieczoru „musiał się go nadźwigać”. Po tych słowach urwał rozmowę – mówi nasza rozmówca. I dodaje, że słyszał wiele plotek, ale o nich nie chce mówić. – Opowiadam o tym, czego sam doświadczyłem. Tylko fakty – zaznacza. Jego zdaniem śmierć Krzysztofa Pyki nie była przypadkowa. – Obawiałem się także o swoje życie. Nosiłem przy sobie odbezpieczoną broń.
– Czy Pyka i M. byli dobrymi znajomymi? – pytamy Konopelskiego.
– Raczej nie, nie było między nimi głębszej zażyłości. Chodziły słuchy, że może być zamieszany w zaginięcie Krzyśka, ale jaka jest prawda, tego nie wiem, bo mnie tego wieczoru z nimi w kotłowni nie było. Faktem jest natomiast, że Wiesiek po zaginięciu Krzyśka zachowywał się inaczej, praktycznie z nikim o tej sprawie nie rozmawiał. Utrzymywał, że ze względu na stan upojenia, nie pamięta, co się stało – opowiada.
I dodaje, że jego zdaniem śmierć Krzyśka nie była ani samobójstwem, ani nieszczęśliwym wypadkiem.
Z Wiesławem M. próbujemy porozmawiać kilkukrotnie. – Już tyle lat minęło, a co miałem do powiedzenia, powiedziałem – ucina.
7.
Pod koniec kwietnia 1997 r. w Sanoku zniknął dziennikarz Marek Pomykała, który interesował się sprawą. W wieczór zaginięcia Marek wykonał kilka połączeń telefonicznych. Wiemy o tym dzięki bilingom, które zdobył Kazimierz Pomykała, ojciec mężczyzny.
O 21.16 ktoś zadzwonił do domu Pomykały z lokalu Beerland. Po tym połączeniu o 21.53 dziennikarz zadzwonił do dyżurnego komendy policji. Rozmowa trwała 71 sekund. Czego dotyczyła, nie wiadomo. O 21.59 dodzwonił się do Małgorzaty Ł. To siostra Jerzego Martynka, byłego zastępcy komendanta policji w Krośnie. Rozmawiał z nią 115 sekund. Najprawdopodobniej szukał kontaktu do policjanta, bo zaraz po skończonej rozmowie zadzwonił do wicekomendanta. Połączenie trwało 59 sekund. O 22.05 Marek wykonał telefon do Mieczysława Totonia, ówczesnego komendanta wojewódzkiego policji w Krośnie. Połączenie trwało 222 sekundy.
O 22.18 Marek odebrał telefon. Ktoś dzwonił do niego z baru Bustar. Połączenie trwało 112 sekund. Kolejny telefon z baru ktoś wykonał o 22.33. Trwało 33 sekundy. Było to ostatnie połączenie tamtego wieczoru. Jakiś czas po nim Marek wyszedł z mieszkania.
O czym młody Pomykała rozmawiał z policjantami? Nie wiadomo. Zarówno komendant, jak i jego zastępca zeznali, że nie pamiętają.
8.
Bar Beerland istnieje do dzisiaj. Mieści się w centrum Sanoka, kilkaset metrów od bloku, w którym mieszkał sanocki dziennikarz. Prowadzą go ci sami właściciele, którzy kierowali barem w 1997 r., kiedy Pomykała zaginął.
– Dobrze znaliśmy Marka, często u nas bywał – mówi nam Małgorzata Szewczyk-Jendrulek, współwłaścicielka Beerlandu. – Był towarzyski i otwarty, szybko złapaliśmy kontakt. Wspólnie imprezowaliśmy, jeździliśmy w Bieszczady. Kiedy przychodził do nas na piwo i pogadać, zawsze siadał przy barze. Kiedy pracował nad tekstami, wolał mieć spokój i wtedy siadał sam przy stoliku, zaraz przy wejściu do lokalu. Pisał głównie o sporcie, był wielkim fanem hokeja, jeździł z lokalną drużyną na mecze – opowiada.
Pytamy o barowy telefon: gdzie się znajdował i kto mógł z niego korzystać.
– Wisiał na ścianie za barem. Był ogólnodostępny, mógł korzystać z niego każdy. Marek często dzwonił do domu, pytał, czy ktoś zostawił dla niego jakąś wiadomość, chodziło o sprawy zawodowe – wspomina nasza rozmówczyni. – To musiał być raczej ktoś z naszych stałych klientów. Tu bywali „sami swoi”, ekipę tworzyło hermetyczne środowisko ludzi, którzy dobrze się znali. Zresztą, tak jest do dzisiaj – dodaje.
Tymczasem na początku maja 1997 r. znaleziono samochód Pomykały na zaporze w Solinie. Śledczy przyjęli, że mężczyzna popełnił samobójstwo. W 1999 r. na prośbę rodziny śledczy postanowili zbadać zniknięcie pod kątem nieumyślnego spowodowania śmierci. Sprawa trafiła do prokuratora Wiesława K. W tamtym okresie był on dobrym znajomym prokuratora Zygmunta S. Tego samego, który badał wypadek w Łączkach.
Wiesław K. w tamtym okresie utrzymywał również kontakty Tadeuszem P. Tym samym, który odpowiadał za poszukiwania Krzysztofa Pyki, a wcześniej był zamieszany w sprawę z Łączek. Zdarzało się, że mężczyźni wspólnie dojeżdżali samochodem do pracy w Sanoku.
Chcieliśmy porozmawiać z prokuratorem K. i zapytać go o ustalenia i szczegóły śledztwa. Nie odebrał od nas telefonu ani nie odpowiedział na wiadomość tekstową z prośbą o spotkanie.

9.
Osobą, która zawiadomiła śledczych o tym, że sanocki dziennikarz mógł zostać zamordowany była Alina K. Zeznała, że nie była świadkiem wydarzeń, a wiadomość uzyskała od swojej znajomej Wioletty Z. Kobieta przez jakiś czas miała romans z Tadeuszem P. Mężczyzna miał jej opowiedzieć o wypadku w Łączkach, o tym, jak zabił Krzysztofa Pykę oraz jak udusił Marka Pomykałę. Opowieści Wioletty Z. słyszał również Jerzy K., mąż Aliny, który potwierdził wszystko przed śledczymi.
– On jej to wyjawił, bo chciał to z siebie wyrzucić. Chciał to komuś powiedzieć, ale myślę, że on sądził, że Wiola jest cichą myszką i nikomu nie powie. Ona opowiedziała mi tę historię po paru miesiącach. Na początku w to nie wierzyła, myślała, że Tadeusz się zgrywa. Zmieniło się to po tym, jak za dużo wypił i zaczął ją dusić. Ona wtedy się przeraziła, bo miał takie dziwne oczy – mówi Alina K.
Z prokuratorskich dokumentów wiemy, że Wioletta Z. została przesłuchana w charakterze świadka i opisała swoją znajomość z Tadeuszem P. Zeznała, że w czerwcu 2012 r. na działce w Wołkowyi Tadeusz P. miał po raz pierwszy opowiedzieć o wypadku w Łączkach. Przyznał się, że to on prowadził po pijanemu samochód, którym zabił Edwarda Krajnika i że wraz z kolegami zatuszowali sprawę. Zdradził, że sprawą zainteresował się milicjant Krzysztof Pyka. Tadeusz P. opisał, jak zrzucił go ze skały do wody. Dodał, że jak sprawa się przedawni, to wskaże miejsce, gdzie do tego doszło i napisze o tym książkę.
Wioletta Z. zeznała również, że w lipcu 2012 r., też na działce w Wołkowyi, Tadeusz P. opowiedział jej o tym, jak 10 lat po śmierci Krzysztofa Pyki zgłosił się do niego dziennikarz Marek Pomykała, który badał temat. Zaprosił go do siebie na swoją działkę w Wołkowyi i tam udusił.
Kobieta mieszka obecnie za granicą. O sprawie nie chce rozmawiać.
10.
Prokuratura Okręgowa w Rzeszowie wszczęła śledztwo w tej sprawie w 2014 r. – Byłam wówczas pytana o Marka Pomykałę, ale to nazwisko nic mi nie mówiło. Dopiero kiedy sprawa zyskała rozgłos, przypomniała mi się jedna rozmowa z mężem. Zapytałam go kiedyś, jak ty możesz żyć, mając na sumieniu zabicie dwóch osób. Odpowiedział: „mylisz się, nie dwóch, a trzech, bo trzeciego zakopałem” – mówi Ewa P.
– Ta cała sprawa Pomykały została wymyślona przez moją byłą żonę i kochankę w ramach zemsty na mnie. Chciały mi zatruć życie. One są niewiarygodne, bo mają w tym swój cel, aby mi zaszkodzić. Współczuję panu Kazimierzowi utraty syna i rozumiem jego ból i to, że tak bardzo tęskni za synem. Mam jednak pretensje do dziennikarzy, że mu to przypominają i rozdrapują jego rany. Chcę, aby to pan napisał. Ja nie mam z tym nic wspólnego – przekonywał pod koniec listopada 2021 r. w rozmowie Tadeusz P.
– To bzdura. Rozmawiałam z tą panią raz, telefonicznie, kiedy dowiedziałam się o tym, że spotyka się z moim mężem. Zapytałam ją tylko o to, dlaczego rozbija czyjeś małżeństwo, tematu Krzysztofa Pyki i Marka Pomykały nigdy nie poruszałyśmy. Mój były mąż z zemsty próbuje mnie oczerniać, bo zdecydowałam się mówić – tłumaczy Ewa P.
Udało nam się dotrzeć do jeszcze jednej kobiety, którą w przeszłości łączyły relacje z P. Ta jednak nie zdecydowała się na rozmowę.
11.
Z Tadeuszem P. chcemy się ponownie spotkać pod koniec grudnia 2021 r., aby zweryfikować nowe ustalenie. Mężczyzna przed publikacją grudniowego tekstu w przesłanej wiadomości zapowiedział, że zamierza opuścić kraj. Tak się jednak nie stało.
Były policjant mieszka obecnie na Śląsku. Próbujemy się z nim spotkać. Ten jednak unika rozmowy. Nie wpuszcza nas do swojego mieszkania, a na przesłaną prośbę o rozmowę odpowiada, że zablokuje numer telefonu.
Po kilku dniach Tadeusz P. sam napisał wiadomość. Pytał o nowe informacje ze śledztwa. W przesłanych wiadomościach próbował zdyskredytować również swoją byłą żonę, sugerując, że kobieta ma problem z alkoholem.
Mimo kilku próśb o spotkanie, mężczyzna nie zdecydował się na rozmowę.

12.
Edward Krajnik został pochowany na cmentarzu w Olchowej. Ciało Krzysztofa Pyki spoczęło w Częstochowie. Marka Pomykały do dziś nie odnaleziono. W 2010 r. sąd uznał go za zmarłego. Rodzice zrobili mu symboliczny grób na cmentarzu centralnym w Sanoku. Na nagrobnej płycie wyryto zdanie: „Na zawsze w pamięci”.
– Zanim umrę, chcę poznać prawdę i wiedzieć, co spotkało naszego syna. Chcę móc pochować jego kości na cmentarzu. Czekam na to blisko ćwierć wieku. Już tylko na tym mi zależy – mówi Kazimierz Pomykała, tata Marka.
Śledztwo w sprawie Krzysztofa Pyki i Marka Pomykały prowadzi obecnie Prokuratura Okręgowa w Krakowie.



One Response to "Koniec bieszczadzkiej zmowy milczenia"