
PIŁKA NOŻNA. W sobotę wybory prezesa Podkarpackiego ZPN. Niespodzianki raczej nie będzie.
163 delegatów wybierze w sobotę szefa związku, który w pierwszej kolejności ma ocieplić stosunki z centralą, bo afera biletowa Kazimierza Grenia na pewno nie pomogła wizerunkowi Podkarpackiego ZPN. O fotel prezesa stara się dziewięciu kandydatów.
Faworytem jest Mieczysław Golba, prezes OZPN Jarosław, wiceprezes związku i senator Solidarnej Polski. Ponoć wysoko stoją akcje Norberta Mastalerza z Tarnobrzega, na finiszu kampanii rosła popularność triumwiratu trenerskiego złożonego z Ryszarda Federkiewicza, Janusza Kozickiego i Tomasza Orłowskiego. Aspiracji nie ukrywają Jan Lech, Marek Poręba, Leszek Rejus i Grzegorz Romaniuk. Wszyscy szli do wyborów z hasłem odnowy, zerwania z niechlubną przeszłością. Pomóc mają audyty, które dadzą odpowiedź na pytanie, jaki jest stan finansów w związku. Niewykluczone, że potrzebna będzie dogrywka, a wtedy zacznie się kuluarowa gra, jaką znamy z polityki. Kto, z kim, przeciwko komu – bo też wybory to jedna wielka polityka. Mechanizm zawsze jest ten sam: żeby zdobyć poparcie delegatów, trzeba im coś obiecać.
I
Transparentność, praca z pełnym poświęceniem, otwartość w stosunku do klubów i zdrowa współpraca z mediami – takie pomysły niósł na sztandarach każdy, kto pragnął zająć gabinet po Greniu. Ale ustępująca władza najwyraźniej zapadła na polską chorobę (wróg może czaić się wszędzie) i dla świętego spokoju zabroniła dziennikarzom wstępu na zjazd. Rozumiemy to, nie wszyscy czują się dobrze przy otwartej kurtynie. Po co jednak zbierano wnioski o akredytacje? Z decyzji działaczy od biedy można się pośmiać. Gorzej, że zdarzały się naciski na media chcące zorganizować debatę z udziałem kandydatów, a już całkiem fatalnie, że przyniosły one skutek i debaty nie udało się przeprowadzić.
II
Wiele osób ze środowiska mówi o brudnej kampanii, pod nazwiskiem nikt jednak nie wystąpi. – A bo to mało mam kłopotów? – pada odpowiedź. Szefowie klubów też nie chcą zdradzić, kogo poprą. Nieoficjalnie – owszem. Do gazety – absolutnie nie. Ten sam strach przed konsekwencjami. – Jeśli nasz kandydat przepadnie, możemy mieć pod górkę.
Lepiej idzie z odpowiedzią na pytanie, czego oczekują od nowej władzy. Choć i w tym wypadku dominuje język dyplomacji. Co i rusz słyszymy zatem o konieczności poprawy wizerunku związku oraz obniżeniu kosztów uczestnictwa w całej zabawie. Ta ostatnia kwestia jest zresztą szalenie istotna, bo drenaż klubowych budżetów jest wręcz porażający. Roczne wpisowe dla drużyny III ligi wynosi 2 tysiące zł. Rejestracja zawodnika – 1500 zł, odnawianie tej rejestracji to wydatek 25 albo 50 zł. Trójce sędziowskiej i obserwatorowi w III lidze trzeba zapłacić między 1200 a 1800 zł. Trzeba jednak zaznaczyć, że jeśli idzie o sędziów, są to stawki ustalone z góry, przez PZPN. Jakby tego było mało, kluby muszą prowadzić rozbudowaną księgowość – na koniec roku wystawiają ok. 300 PIT-ów.
III
– Skruszyć stary układ!
– Związek dla klubów, nie odwrotnie! – kandydaci krzyczą o pryncypiach. Niektórzy ściszają głos i oznajmiają konspiracyjnie. – Mamy szafę Kiszczaka, ale zobaczy pan, jakie trupy wypadną z szafy naszego związku.
Kampanię klamrą spina jednak dialog kandydata poszukującego wsparcia w terenie, z lokalnym bonzem:
– To jak będzie. Mogę liczyć na pańską pomoc? – dopytuje się aspirujący na stołek prezesa.
– Sprawę stawiam jasno, bo uczciwy jestem: co ja mogę przy panu ugrać?
Tomasz Szeliga


