
SuperWywiad z GRZEGORZEM MASŁOWSKIM, profesorem Politechniki Rzeszowskiej, specjalistą od wyładowań atmosferycznych oraz byłym znakomitym siatkarzem.
– W amerykańskich filmach katastroficznych naukowcy ratują ludzkość przed skutkami niszczycielskiego tornado, ocierając się o śmierć. Pan Profesor też ma tak niebezpieczną pracę
– W filmach akcji wszystko jest „podkręcone”, żeby widza trzymać w napięciu. Choć niektóre historie mają pokrycie w rzeczywistości, bo też prawda jest taka, iż zawsze trzeba zachować środki ostrożności, zwłaszcza gdy badamy wyładowania atmosferyczne sztucznie z powierzchni ziemi, gdzie wyładowanie jest blisko.
– Zatem nigdy nie znalazł się Pan w niebezpieczeństwie?
– Najwięcej ryzykują tzw. łowcy burz, najczęściej amatorzy z dużą wiedzą, którzy z bliska fotografują pioruny. W swojej pracy takiego ryzyka nie ponoszę, nawet będąc na Florydzie, gdzie używając rakietek wysyłanych z ziemi prowokujemy niebezpieczne zjawiska. Po prostu stosujemy się do surowych zasad bezpieczeństwa.
– To tam był Pan świadkiem największego tornado?
– Ja zajmuję się stricte samymi wyładowaniami atmosferycznymi i dodatkowo ochroną przed nimi. Można to badać na dwa sposoby: jaki jest pożytek i jakie są zagrożenia, bo nie wszyscy wiedzą, że wyładowania są pożyteczne. Są m.in. warunkiem koniecznym do istnienia pola elektrycznego na Ziemi.
– Okazuje się, że energię z piorunów ciężko wykorzystać dla potrzeb ludzkości.
– Problemem są miejsce i czas. Trudno instalować urządzenia, skoro nie wiemy, gdzie piorun uderzy, mimo że – wbrew pozorom – jest to zjawisko bardzo częste: w trakcie sekundy notujemy na Ziemi 100 wyładowań atmosferycznych. No i druga sprawa – ładunek energetyczny przepływający podczas wyładowania jest duży, lecz to wszystko trwa bardzo krótko. Dlatego wyliczenia typu, ile starczyłoby energii do oświetlenia miasta, nie mają większego sensu.
– Za to w środku pioruna jest jak w piekle.
– O tak. Temperatura w trakcie wyładowania może dochodzić do 30 tysięcy stopni, czyli jest wyższa niż na powierzchni Słońca. Mówimy o samym rdzeniu grubości kilku milimetrów. Warto w tym momencie zaznaczyć, że w moich badaniach teoretycznych zajmowałem się zagadnieniem, jak rozwija się wyładowanie nie klasycznie, czyli od chmury do ziemi, lecz w poprzek kanału pioruna. Bo wokół gorącego rdzenia mamy koronę, która się rozszerza i kurczy. Mój model matematyczny dokładnie to opisuje, a ostatnie badania potwierdziły słuszność teorii.
– Burze z piorunami bywają niebezpieczne. Ktoś w Polsce liczy, jak dużo osób ginie od uderzenia pioruna i jak wielkie są straty materialne?
– Rocznie w Polsce mamy kilkanaście ofiar burz z piorunami. Co do strat materialnych – niełatwo to oszacować, ale możemy przypuszczać, że sporo, bo dziś w każdym domu znajduje się mnóstwo elektroniki. Bywało, iż piorun uszkodził nadajnik radiowy i przez godzinę albo dłużej mieliśmy ciszę w eterze. Tego rodzaju przypadki najlepiej dokumentuje się w USA, gdzie najczęściej mamy do czynienia z takimi zjawiskami pogodowymi.
– Przeciętny Kowalski nie wie, jak się zachować podczas burzy z piorunami, gdy znajdzie się na otwartej przestrzeni. W jaki sposób uchronić się przed niebezpieczeństwem?
– Prąd z pioruna nie wnika pionowo do środka ziemi, tylko się rozpływa po powierzchni. Dlatego nie wolno się kłaść na ziemi! Najlepiej więc złączyć nogi i pochylić się, przyjąć pozycję narciarza. Nie uciekamy podczas burzy, nie robimy dużych kroków, nie chronimy się pod drzewami. A najlepiej unikać otwartych przestrzeni.
– Jedziemy autem, pogoda się psuje, zaraz zaczną „walić” pioruny. Co robić?
– Zatrzymujemy się. W innym wypadku narażamy się na ryzyko, iż piorun trafi w oponę i stracimy kontrolę nad pojazdem.
– Rozprawia się Pan z mitami. Wziął Pan udział w eksperymencie, w którym udowodnił, że telefon komórkowy nie ściąga piorunów.
– Komórka ani nie wytwarza temperatury obok siebie ani fal, które by jonizowały powietrze i umożliwiały łatwiejszy przepływ prądu do telefonu. Z tym mitem się trudno walczy, więc doszło do tego, że przedstawiliśmy oficjalne stanowisko na stronie Polskiego Komitetu Ochrony Odgromowej. Niektórzy upierają się również, iż można przebywać podczas burzy na dachach budynków, w nowych apartamentowcach często znajduje się tam ładny kawałek zieleni. Nic bardziej mylnego. Zapamiętajmy sobie: ochrona odgromowa dotyczy obiektów, statków powietrznych, urządzeń elektroenergetycznych, a nie ludzi. Jeśli zwiedzamy zaporę w Solinie, to przy złej pogodzie też nie ryzykujmy.
– W miejscowości Huta Poręby grupa naukowców pod pańskim kierownictwem ściąga pioruny na jedynym w Europie poligonie doświadczalnym. W jakim celu?
– Zachęceni doświadczeniami przeprowadzanymi na Florydzie postanowiliśmy, że zrobimy coś podobnego. Na obszarze 5 ha powstało więc laboratorium, gdzie co prawda nie strzelamy rakietkami w niebo, ale stosujemy mobilne generatory. Wytwarzają one prąd bardzo podobny do prądu piorunowego, a to służy nam do badania systemu ochrony odgromowej. Huta Poręby to jednak tylko element większej całości, na którą składają się jeszcze: stacja obserwacji wyładowań atmosferycznych oraz laboratorium awioniki na Politechnice Rzeszowskiej. To jedyne tego typu miejsce w Polsce. Badamy odporność urządzeń elektronicznych, gdy piorun uderzy w samolot albo w chmurach obok samolotu.
– Wielokrotnie leciałem samolotem i nie przeżyłem czegoś podobnego…
– Co nie znaczy, że pana nie spotka. Wyobraźmy sobie taką sytuację: podróżujemy do rodziny w Ameryce i nagle nad Atlantykiem rozpętała się burza. W takim momencie chcemy wiedzieć, że ktoś się tym zajmuje i robi to skutecznie (śmiech). A średnio raz w roku samolot przyjmuje uderzenie pioruna.
– Przekonał mnie Pan.
– Czasami nie docenia się naszych badań, tymczasem proszę spojrzeć na mapę powietrzną świata. Setki tysięcy samolotów każdego dnia, przeróżna, często krytyczna pogoda, i co? Spokój. Zatem systemy ochrony, nad którymi pracujemy m.in. w Rzeszowie, zdają egzamin. Unikalne laboratorium w Dolinie Lotniczej – to ma sens!
– Od kilkunastu lat współpracuje Pan z naukowcami z Florydy, gdzie znajduje się słynna Aleja Tornad. Mało kto wie jednak, że Polska leży na głównym szlaku Europejskiej Alei Trąb Powietrznych.
– W Alei Tornad, o której pan wspomniał, notuje się rocznie ponad 20 wyładowań na metr kwadratowy. W Polsce południowo-wschodniej – około 4. Znaczenie ma szerokość geograficzna i klimat. Podkarpacie jest regionem, gdzie burze z piorunami występują częściej niż na innym obszarze Polski.
– Skąd u Pana zamiłowanie do nauki?
– Od zawsze lubiłem fizykę. Może nie rozkręcałem gniazdek elektrycznych, ale już jako trzecioklasista czytałem podręczniki do fizyki (śmiech). Będąc w szkole średniej, miałem przerobione książki, z których korzystali studenci. Gdy grałem w siatkówkę, na zgrupowania zabierałem swoją ukochaną lekturę „Fizykę czasoprzestrzeni”, która opisywała teorię Einsteina. Koledzy z drużyny uśmiechali się pod nosem, lecz na końcu wpisali mi się do książki. Wciąż ją mam, czasem zerknę i wspominam dawne dzieje.
– Trzydzieści lat temu należał Pan do najlepszych siatkarzy Resovii, zdobywał medale mistrzostw Polski i Puchar Polski. A jednak zrezygnował Pan z gry w reprezentacji kraju, bo postawił na karierę naukową.
– Do kadry seniorów powołał mnie legendarny Hubert Wagner, potem to samo zrobił jego następca Stanisław Gościniak. Odmówiłem jednak i spadła na mnie fala krytyki. Nikt się nie przejmował moimi laboratoriami, zarzucano mi natomiast, że nie chciało mi się bronić barw narodowych, pisano, iż nie mam ambicji.
– Mogę to sobie wyobrazić, bo też nie znam drugiego takiego przypadku. W środowisku sportowców musiał Pan uchodzić za dziwaka.
– Mój syn Mateusz, zawodnik Asseco Resovii, do dziś powtarza, że byłem niespełna rozumu (śmiech). Dla niego to niepojęte, że zrezygnowałem z gry w reprezentacji. Ale jestem tu, gdzie jestem, nigdy nie żałowałem, że właśnie tak pokierowałem swoim życiem. Osiągam sukcesy na polu nauki, więc chyba udowodniłem, że to nie był młodzieńczy wybryk, lecz świadomy wybór.
– Tylko, że sukcesy pojawiły się po jakimś czasie.
– Otóż to, wcześniej była natomiast proza życia. Koledzy z Resovii – Zbyszek Zieliński, Arek Czapor czy Wojtek Jarzębski wyjechali do klubów zagranicznych i tam zarabiali niezłe pieniądze. Ja zostałem w kraju, który znajdował się w okresie transformacji ustrojowej i różowo nie było. Mimo że pracowałem jako asystent na Politechnice, to musiałem założyć własną firmę, żona studiowała. Jakoś to wszystko jednak spiąłem.
– Mateusz na boisku zachowuje się inaczej od Pana?
– On jest naturalnym przywódcą, liderem, dzięki któremu drużyna lepiej funkcjonuje. Mateusz wydobywa z chłopaków najlepsze cechy, ale nie chodzi o to, że po udanej akcji gania po boisku i krzyczy, bo to każdy potrafi. Trzeba mieć jeszcze autorytet. Ja spełniałem inną rolę, byłem spokojniejszy.
– No tak. Koledzy szli na piwo, a Pan do książek…
– Bez przesady. Też czasem szedłem na piwo.
– Stara miłość nie rdzewieje. Nie dość, że regularnie pojawia się Pan na meczach Asseco Resovii, to jeszcze trenował Pan drużynę pod Rzeszowem. Chyba nawet awansowaliście do trzeciej ligi.
– A teraz pracujemy na uczelni nad stworzeniem silnej drużyny siatkarzy Politechniki Rzeszowskiej. Mogę zdradzić, że nastąpi to w kooperacji z Asseco Resovią. Szkolimy w Rzeszowie chłopaków do wieku maturalnego, brakuje natomiast mocnego zespołu, który stałby się naturalnym zapleczem Asseco Resovii. Marzy mi się u nas w mieście taka siatkarska Barcelona.
Rozmawiał TOMASZ SZELIGA


