
To jeden z coraz częściej pojawiających się tematów. Minęło zaledwie 6 tygodni od pierwszego dzwonka, a uczniowie już są przemęczeni. Wszystko z powodu rosnącej liczby sprawdzianów, kartkówek, albo testów. Rodzice co chwilę wrzucają na fora internetowe grafiki swoich dzieci z zapowiedzianymi klasówkami i pytają o ich sens. Nauczyciele odpowiadają, że próbują nadgonić zaległości oraz zrealizować program. Liczą się też nie tylko z chwilową kwarantanną, ale i powrotem do zdalnego nauczania.
– Moja córka chodzi do 7 klasy. To, z czym musu się teraz mierzyć, to jakaś paranoja. 7-8 lekcji codziennie. Wraca ze szkoły i zaraz siada do książek. Odrabia zadania, a potem się uczy, bo codziennie ma jakiś sprawdzian, albo kartkówkę – opowiada jedna z matek. – Córka jest przemęczona. W weekend zamiast odpoczywać i spotkać się z kolegami nadrabia zaległości. A ja razem z nią, bo podstawa programowa jest tak napakowana. Tak nie powinna wyglądać edukacja – oburza się.
To nieodosobniony przypadek. Na portalach społecznościowych pojawia się coraz więcej zdjęć z listą zapowiedzianych klasówek. „Mam córkę w klasie ósmej. W jednym tygodniu pisała łącznie 10 sprawdzianów i kartkówek. A po miesiącu nauki w szkole w dzienniku każdy z nim ma po dwadzieścia kilka ocen. Z niektórych przedmiotów po kilka“ – czytamy w jednym z komentarzy.
Dlaczego nauczyciele tak zarzucili dzieci i młodzież sprawdzianami? – Po pierwsze, w statutach są ograniczenia i na pewno nigdzie nie ma 10 sprawdzianów tygodniowo. U nas np. dana klasa może mieć maksymalnie 2. Faktycznie robimy kartkówki, ale one obejmują ostatnie lekcje, a przypominam, że uczeń zawsze powinien być przygotowany z ostatnich 3 zajęć, bo przecież możemy go pytać – tłumaczy w rozmowie z nami wieloletnia nauczycielka. – Tylko zamiast odpytywać przy tablicy jedną osobę 20 minut, w 10-15 sprawdzamy wiedzę wszystkich i tym samym oszczędzamy czas na prowadzenie zajęć. Poza tym czy większym stresem dla ucznia jest niepewność, czy nauczyciel będzie go dziś pytał, albo czy zrobi niezapowiedzianą kartkówę czy uprzedzenie o niej? – pyta.
Jak mówi, to też uczy systematyczności. – Mogę zrobić 2 sprawdziany w semestrze, ale wtedy do nauki będzie pół książki. A łatwiej poradzić sobie z mniejszą partią materiału – argumentuje nauczycielka.
W obawie przed zdalnym nauczaniem
Belfrzy czują też ogromną presję. Każdy musi wystawić określoną liczbę ocen, żeby na koniec semestru móc sklasyfikować ucznia. Tymczasem nie wiadomo, czy za chwilę szkoły znowu nie zostaną zamknięte. – Jeden czy drugi minister mówi, że wszystko jest pod kontrolą, a w szkołach nauczyciele słyszą, ze mają być przygotowani na zajęcia online. Każdy chce więc mieć minimum dwie miarodajne oceny, bo wszyscy dobrze wiedzą, że te z czasu lockdownu takie nie były. Spisywanie podczas testów, podpowiadanie rodziców, itp. było bardzo częste – zaznacza nasza rozmówczyni. – Po tych 4 miesiącach domowej nauki uczniowie mają potworne zaległości. Staramy się to nadrobić, dlatego wszyscy zaczynamy od powtórek. Jeśli znowu wrócimy do domów, zaległości będzie jeszcze więcej – nie ma złudzeń.
Rozumie rodziców, których oburzają przeładowane programy, czy zbyt dużą liczba lekcji, ale jak mówi, pedagodzy starają się mówić o tym od dawna. – Wszyscy dziś narzekają, a gdzie byli, kiedy protestowaliśmy przeciwko reformie? Nikt nas wtedy nie słuchał.
wk



8 Responses to "Epidemia kartkówek"