Nie jestem politykiem i nigdy nie będę, bo mam mocny „kręgosłup”, nie potrafiłabym się kręcić jak chorągiewka na wietrze, a w polityce tak trzeba. Trzeba także mieć gębę pełną frazesów i umieć wmówić pospólstwu, w zależności od potrzeb, że białe jest czarne i na odwrót.
Ważne jednak, by tzw. elektorat nie był robiony w „konia” cały czas. Żeby politycy, podejmując kluczowe decyzje dla całego narodu nie kierowali się tylko względami dobra partii. Żeby zasięgnęli, skoro takiej wiedzy nie posiadają, rady u osób, które się na tym znają. Tak jest na pewno w przypadku tego, co dzieje się obecnie. Czyli epidemii koronawirusa. To, co niepokoi nas jako społeczeństwo w tej chwili najbardziej, to liczba nowych potwierdzonych przypadków. Jesteśmy w pierwszej dwudziestce krajów o najwyższej liczbie potwierdzonych przypadków. 12 czerwca w tej statystyce znalazły się dwa kraje Unii Europejskiej: Polska (zajmujemy 16. miejsce w świecie) i Rumunia (na 20. miejscu). Odliczając jeszcze Ukrainę i Rosję – pozostałe kraje to państwa pozaeuropejskie. Nasi południowi sąsiedzi, Czesi, zanotowali 32 nowe przypadki, Litwa – 7, a Słowacja – 1. Dlaczego? Ponieważ decyzje odnośnie do zamrażania i odmrażania podejmują politycy, bez konsultacji z ekspertami. Co trzeba podkreślić, Polacy w pierwszych tygodniach epidemii zachowali się w sposób odpowiedzialny, racjonalny, zdyscyplinowany, dojrzały. Przynajmniej w ogromnej większości. W pierwszych tygodniach. Bo potem przyszły niezrozumiałe i budzące nie tyle wątpliwości, co wręcz irytację, zarządzenia np. o zakazie wstępu do lasów i parków czy takie, na podstawie których policja ścigała biegaczy i rowerzystów i karała ich mandatami. Albo chaos komunikacyjny w obszarze masek ochronnych (najpierw, że nie trzeba nosić, chwilę potem, że koniecznie tak). A przede wszystkim nieznośne samozadowolenie rządzących, strategia obliczona na krótką pamięć społeczeństwa oraz izolację nie tylko fizyczną, ale również wirtualną od całego świata. Prawda zaś jest taka, że Polska w czasie epidemii nie była (i nie jest) mesjaszem narodów, wytyczającym trendy i wskazującym kierunki. Polacy mieli i mają podstawy do obaw, że system nie udźwignie większej fali zachorowań i ciężkich przypadków. Nie podjęli ryzyka, wybrali mądrze. Obecne, coraz szerzej się rozlewające lekceważenie zagrożenia jest wprost proporcjonalne do nie do końca zrozumiałych decyzji dotyczących odmrażania. Bo odmrożenie gospodarki tak, ale zniesienie limitów wiernych w kościołach (coraz więcej doniesień o zakażeniach i dochodzeniach epidemiologicznych), puszczenie na żywioł galerii handlowych, otwarcie sal weselnych, basenów, klubów fitness? Czy można się dziwić, że Polacy przestają „wierzyć w wirusa”? W półprawdach ginie to, co najważniejsze – zaufanie. Im większa zaś nieufność, tym łatwiej o teorie spiskowe, o zaprzeczanie faktom, o rozsiewanie antynaukowych i sprzecznych z rozsądkiem twierdzeń.
Redaktor Anna Moraniec



One Response to "Epidemia to domena lekarzy, nie polityków"