
PAWŁOKOMA (POW. RZESZOWSKI). Temperatury tej zimy są zbyt wysokie, żeby łabędziom miała stać się krzywda.
Jeśli ktoś myśli, że strażacy wzywani są tylko do pożarów i wypadków samochodowych, to jest w dużym błędzie. Czasami przychodzi im wyjeżdżać do ratowania… zwierząt. Właśnie taki wyjazd odbyli strażacy z Dynowa do rzekomo przymarzniętych łabędzi. Na miejscu okazało się, że wyjazd nie był potrzebny, bo łabędzie nie potrzebowały pomocy.
– Większość takich zgłoszeń nie wymaga naszej interwencji, ale jedziemy, bo nigdy nie wiemy, jak wygląda sytuacja na miejscu – mówi st. kpt. Grzegorz Wójcicki z rzeszowskiej straży pożarnej. Do Pawłokomy wyjechało w poniedziałek trzech strażaków. Zgłoszenie dostali od mężczyzny, który obserwował stawy wędkarskie i zauważył, według jego słów, przymarznięte do powierzchni łabędzie. Strażacy musieli użyć deski lodowej i narażać własne zdrowie, a może i życie. Okazało się, że jeden łabędź sam wstał, a drugiego przenieśli na rękach do wody. Łabędziom absolutnie nic nie groziło.
St. kpt. Wójcicki tłumaczy, że łabędzie w zimie bardzo często siedzą na środku zamarzniętego akwenu. Chronią się tam przed drapieżnikami i ogrzewają nawzajem. – Czasami rzeczywiście zdarza się, że łabędź przymarznie, ale żeby tak się stało, to musi być co najmniej -10 stopni Celsjusza. Przy takich temperaturach, jakie występują tej zimy, nic złego łabędziom się nie dzieje – mówi st. kpt. Wójcicki.
Warto więc zastanowić się zanim wykona się telefon do strażaków, bo po pierwsze, ich wyjazd jest kosztowny, a po drugie, mogą być potrzebni wówczas w innym miejscu. Strażacy radzą, żeby chwile poobserwować ptaki, które znajdują się daleko od brzegu i upewnić się, czy rzeczywiście ugrzęzły w lodzie i nie mogą się wydostać.
Grzegorz Anton


