
W Kinie Zorza odbyła się uroczysta prapremiera „Władcy przygód. Stąd do Oblivio” z udziałem twórców.
– Fajnie było zobaczyć nasze miasto na wielkim ekranie. Sceny, których akcja toczy się na Rynku i na ul. Grunwaldzkiej, robią wrażenie. A wśród statystów dostrzegliśmy znajomych – mówili podekscytowani widzowie po projekcji „Władcy przygód. Stąd do Oblivio”.
To pełne szalonej akcji kino familijne. Główni bohaterowie Franek i Izka odkryją, że nie trzeba być superbohaterem, aby przeżyć superprzygodę. Uruchamiając tajemniczy gramofon, przypadkiem sprowadzą do ziemskiego wymiaru Eddiego, uciekiniera z krainy Oblivio. Skierują tym samym na siebie gniew Łowców Głów. Czy Frankowi i Izce uda się uratować Eddiego?
Kulisy produkcji zdradził nam Tomasz Szafrański reżyser „Władcy przygód. Stąd do Oblivio”.
– Dobrze się Panu pracowało w stolicy Podkarpacia?
– To była wspaniała przygoda. Myślę, że i bez dotacji finansowej nakręcilibyśmy u was ten film. Rzeszów jest malowniczy, a jego mieszkańcy życzliwi. Bardzo mi się to podoba. Któregoś dnia na planie pojawił się chłopak, który zagrał dla nas na gitarze własną kompozycję – i on trafił do filmu. Przede wszystkim jednak Rzeszów doprowadził do tego, że mój film powstał. Dzięki wsparciu miasta i Podkarpackiej Komisji Filmowej udało się skończyć zdjęcia i postprodukcję [końcowy etap prac nad realizacją, przyp. red]. Bez Rzeszowa nie byłoby dzisiejszej prapremiery. Musze przyznać, że tylko trzy osoby wierzyły, że „Władcy przygód…” powstaną, reszta postawiła na nas krzyżyk. To, że film udało się skończyć, i że wygląda świetnie, to jest zasługa naszych rzeszowskich koproducentów.
– Jakie zespoły pojawiają się w finałowej scenie przejazdu przez miasto?
– Współpracowaliśmy m.in. z Orkiestrą Szałamaistek i Zespołem Mażoretek „Incanto”, Zespołem Pieśni i Tańca „Rudki”, Zespołem Akademii Tańca Orientalnego „Bhav Rati”, „Karczmarze”, Zespołem Folkowym „Biała Muzyka”, tanecznym „Goldigirls”. Zachęciliśmy podkarpackie zespoły, by wzięły udział w dużej i kolorowej sekwencji finałowej, którą kręciliśmy przy rzeszowskim Rynku. Mimo że w dniu zdjęć padał deszcz, wszystkie zgłoszone grupy zjawiły się na planie.
– Lubi Pan pracę poza stolicą?
– Zwykle kręcę poza Warszawą. I za każdym razem szukam statystów, ludzi, dla których robienie filmu jest przygodą, nowością, a nie sposobem zarabiania na życie. Lubię angażować ich w to, co się dzieje na ekranie. Jestem bardzo otwarty.
– Ilu mieszkańców Rzeszowa wystąpiło we „Władcach przygód…”?
– Wielu, bo około 200 rzeszowian statystowało w naszym filmie. Zdarzało się, że wybieraliśmy ich spośród przechodniów. Np. kobietę, która gra asystentkę prezydenta (w scenie z Andrzejem Grabowskim), znaleźliśmy w kawiarni nieopodal Rynku. Jeżeli dojdzie do kręcenia drugiej części, być może także w Rzeszowie, to zapraszam wszystkich – na pewno się pojawią na ekranie. Scenariusz już mamy.
Rozmawiał Marcin Czarnik



3 Responses to "Film, który bez Rzeszowa, by nie powstał!"