Fryzjerskie podziemie

Od poniedziałku (18 bm.) do fryzjera i kosmetyczki będzie można chodzić legalnie.

Dziennikarka Super Nowości sprawdziła, jak w czasach zarazy umówić się z fryzjerką. Od poniedziałku wizyta w salonach fryzjerski i kosmetycznych będzie znowu legalna.

Numer telefonu tej pani dostałam od koleżanki. Mam napisać SMS-a i powołać się na nią. Tak robię. Pani do mnie oddzwania i umawiamy się. U mnie w domu, bo u siebie pani nie chce. – Rozumie pani, sąsiedzi… Pewnie, że rozumiem. Pani ma u mnie być w powszedni dzień po 16. i zadzwonić trzy razy domofonem. Jakby co będzie udawała moją koleżankę. Jest upragniony dzwonek domofonu i miły głos w słuchawce. – No cześć, to ja Kasia, można? Pewnie, że można, a nawet trzeba! Za chwilę już stoi w drzwiach. Około trzydziestki, fajna, modna fryzura, kobieca sylwetka w jeansach, spora torba w ręku i miłe oczy patrzące znad maseczki. Wreszcie jest u mnie, ona, kobieta marzeń od kilku tygodni. Po prostu fryzjerka.

– Na co nam przyszło, że taka konspiracja – uśmiecha się pani Kasia. – Nikogo niepoleconego nie przyjmuję – zastrzega. – Nie zaryzykuję 30 tys. złotych kary, a może i więzienia, bo w sumie nie wiem, co może mi grozić za to, że mimo zakazu pracuję – przyznaje fryzjerka. – Nie będę się żalić, dość, że powiem, iż sama wychowuję dwoje dzieci – stwierdza. – Od kilku lat mam swój malutki salonik fryzjerski i jakoś zarabiałam na życie, a teraz przez ten koronawirus wszystko się posypało – wzdycha. U siebie pani Kasia klientek nie przyjmuje, bo boi się sąsiadów. – Nie dałoby się ukryć, że nagle zaczęło u mnie w czasie pandemii bywać sporo „koleżanek”. Na bank by ktoś na mnie doniósł i nieszczęście gotowe. Słyszałam, że niektóre osoby z branży przyjmują u siebie, ale to te raczej, co mają domy, w mieszkaniach raczej nie – wyjaśnia. O nikim takim, kto odważyłby się przyjąć klientkę w salonie „na zakazie” pani Kasia nie słyszała.

A nie boi się, że się po prostu zarazi? – Szczerze, to nie. I tak muszę wychodzić do sklepu, chodzić do mojej babci, bo poza mną nie ma nikogo, a ma 86 lat. A jakbym w sklepie pracowała? Albo i w szpitalu? No właśnie – przekonuje pani Kasia. – Zresztą powiem wprost: wolę zaryzykować tego koronawirusa, bo on przynajmniej daje jakieś szanse, można wyzdrowieć. Jak mam z głodu umrzeć z dziećmi, to wolę zagrać va bank – stwierdza. – Pomoc od państwa? Jaka pomoc? Złożyłam wniosek, a jakże i nic, dodzwonić się nigdzie nie można, żeby zapytać, co z tym wnioskiem. To jakaś kpina – kwituje.

Czy za taką „konspiracyjną” usługę trzeba zapłacić dużo więcej niż płaciło się za nią „na legalu”? – Nie, nie zadzieram jakoś z klientek – zapewnia fryzjerka. – Troszkę drożej jest, bo muszę dojechać, ale przecież nie zużywam „swoich” prądu czy wody, tylko klientek – tłumaczy. 

Im dłużej trwała „prohibicja” na usługi fryzjerskie, tym pani Kasia klientek miała więcej. A już od poniedziałku salony fryzjerskie będą otwarte i „podziemna praca” pani Kasi się skończy. – No tak, wreszcie będzie można normalnie pracować – cieszy się fryzjerka. – Czy mi wstyd, że pracowałam mimo zakazu? Nie, ani trochę! I powiem więcej: proszę popatrzeć na polityków w telewizji – zachęca. – Bardzo niewielu z nich nie strzygło się przez dwa miesiące, głowę dam! – zapewnia fryzjerka. – Znam się na tym i po prostu widzę! Większość pięknie ostrzyżona. Hipokryci, sami korzystali z usług fryzjerskich, innym zabraniali, a nam i naszym dzieciom odbierali chleb! – podsumowuje.

Wypada pani Kasi życzyć spokojnej pracy od poniedziałku.

***
Imię fryzjerki oraz niektóre szczegóły zostały zmienione.

2 Responses to "Fryzjerskie podziemie"

Leave a Reply

Your email address will not be published.