
SuperWywiad z Karoliną Kozioł, podróżniczką, dokumentalistką, autorką książki o brazylijskich fawelach.
– Kiedy bała się Pani najbardziej?
– Zawsze się boję, ale tego, że… wyprawa nie dojdzie do skutku. Natomiast jak już wyląduję, np. w Brazylii, to odczuwam ulgę i coś w rodzaju euforii. Już wiem, że nic mnie nie powstrzyma. Rozmowy z mafiosami? Nie ma problemu. Wierzę, iż pozytywna aura, jaką wokół siebie wytwarzam, skutecznie przełamie lody.
– Żadnej dramatycznej historii? Naprawdę?
– Raz, w centrum Rio de Janeiro, zostałyśmy z koleżanką napadnięte przez 12-latków. Kazali oddać telefony i karty kredytowe, wyciągnęli noże. Na ulicy znieczulica, nikt nie chciał nam pomóc. Zaczęłam przeraźliwie piszczeć i rzuciłam się do ucieczki. Ja w jedną stronę, koleżanka w drugą. Udało się, ale tylko dlatego, że działo się to w centrum. W innej dzielnicy pewnie nie miałybyśmy tak dużo szczęścia.
– Co ciągnie Panią w tak niebezpieczne miejsca?
– Chęć rozprawienia się z obrazem, który kreują media. Pragnęłam pokazać, iż w fawelach mieszkają wspaniali ludzie. Że to nie jest wyłącznie siedlisko zła. Poznałam tam mnóstwo wartościowych osób, wiele się od nich nauczyłam.
– Wszystko pięknie, ale podejrzewam, że bliscy umierają ze strachu o Panią?
– Zdaję sobie sprawę, że podejmowanie ryzyka i gonitwa za marzeniami to trochę egoistyczna droga. Moim bliskim wolę nie mówić wszystkiego. Dopiero z książki dowiadują się, że zamiast plażować na Copacabanie byłam w Rocinhi (największa fawela Rio, zamieszkała przez 120 tysięcy ludzi – red.). Generalnie czuję jednak ogromne wsparcie rodziców, oni są dla mnie największymi bohaterami.
– Świat można zwiedzać z biurem podróży…
– Podróżowanie i turystyka to zupełnie coś innego. Wolę odkrywać świat na własną rękę, swoimi ścieżkami.
– Jak ta pasja się zaczęła?
– Od małego świat był jedną wielką zagadką, zawsze chciałam wiedzieć co się dzieje w Amazonii albo w Kongo. Imponował mi Wojciech Cejrowski. Co ciekawe, interesowały mnie dalekie, egzotyczne kraje, w mniejszym stopniu to, co za rogiem.
– Z małego podkarpackiego Niska w wielki świat. Brzmi jak bajka, ale po drodze było zapewne kilka przeszkód?
– Początki faktycznie były ciężkie, zwłaszcza na studiach w USA. Dopadła mnie straszna nostalgia, zadzwoniłam do taty i mówię, że nie dam rady, wracam. On na to: musisz zostać i walczyć o swoje marzenia. Jak teraz się poddasz, to później już zawsze wybierzesz drogę na skróty. Posłuchałam go. Na szczęście, bo Ameryka stała się dla mnie drugim domem. Najważniejsi są ludzie, którzy cię otaczają, nie budynki, samochody ani inne luksusy.
– Pogadajmy o fawelach, gdzie kręciła Pani film dokumentalny. Jaka była Pani pierwsza reakcja po wejściu do brazylijskiej dzielnicy nędzy?
– Najpierw poczułam bardzo intensywny, nieprzyjemny zapach. Wokół pełno śmieci, szczurów i ludzi siedzących na zewnątrz. Powtarzałam w myślach: spokojnie, nic złego się nie wydarzy. Mieszkańcy nas obserwowali, lecz byli nastawieni przyjaźnie. Bałam się, że nie będę gotowa na to, co zobaczę i rzeczywiście, byłam wstrząśnięta warunkami w jakich egzystują mieszkańcy faweli. Życie nie było dla nich zbyt łaskawe…
– W słynnym filmie „Miasto Boga” tamtejsze dzieciaki biegają z bronią. Spotkała się Pani z taką sytuacją?
– Brazylijskie slumsy są ogromne i zróżnicowane. W niektórych dzielnicach rządzą handlarze narkotyków i inne typy spod ciemnej gwiazdy. Czasem nie mają wyboru. Rozmawiałam z 16-letnim chłopakiem, który wstąpił do mafii po tym, jak policja zabiła mu rodziców. Wszyscy myślą: wejdziesz do takiej zakazanej dzielnicy i już po tobie. Tymczasem ci złoczyńcy przynieśli muffinki i ciastka, byli bardzo uprzejmi. Myślę, że w głębi serca pozostali dobrymi ludźmi.
– Jednak w książce opisuje Pani dramatyczną relację matki, której syn zostaje zastrzelony na jej oczach przez członka gangu.
– Chodzi o Marinę, która mieszkała w faweli w Foz do Iguacu, mieście przy granicy z Paragwajem i Argentyną. Marina była pielęgniarką, szykowała się do pracy, gdy do domu wpadł młody gangster. Powiedział tylko, żeby matka pożegnała się z synem, a następnie pociągnął za spust. Niestety, sporo takich historii słyszałam. W Brazylii jest bardzo łatwy dostęp do broni palnej, to wielki problem tego kraju. To, że dzieci pracują dla gangów też nie jest przypadkowe, bo do 18 roku życia nie jest się karanym. Jak już mówiłam, mnie nie spotkało nic złego. Ale pewien chłopak z Kanady, podróżnik, którego poznałam w Rio, zaraz po przyjeździe trafił na strzelaninę. Zginęło sześć osób. Kiedy indziej zabito Niemkę, która nie chciała oddać bandytom telefonu.
– To musi zostawić ślad w psychice. Odchorowała Pani swoje wizyty w fawelach?
– To było swego rodzaju odkrycie, coś w rodzaju: wow, ileż dostałam możliwości, przychodząc na świat w bogatej Europie! Ale trochę czasu upłynęło, zanim byłam gotowa na kolejną daleką podróż. Po powrocie z Brazylii wpadłam w emocjonalny dołek, płakałam z byle powodu. Taka była reakcja obronna organizmu na stres i obrazy, które tam widziałam.
– Fawele Panią zmieniły?
– Jestem dziś innym człowiekiem. Bogatszym wewnętrznie, mądrzejszym, bo poznałam prawdziwe życie, a nie to, którym karmią nas media.
– Jak wyjść z tego zaklętego kręgu nędzy, korupcji i przemocy?
– Problem tkwi w edukacji, dzieciaki z faweli często nie chodzą do szkoły – nie mają takiej możliwości. Z kolei pomysły rządu w dużym stopniu ograniczają się do pacyfikacji biedoty. Skala korupcji w Brazylii poraża. Poznałam człowieka, który otrzymał propozycję od mafii: zapłacimy za twoje wykształcenie, za studia prawnicze, ale później w sądzie będziesz bronił nas i naszych interesów.
– Musimy powiedzieć o brazylijskiej policji, która słynie z brutalności.
– To są bezwzględni ludzie, sadyści. Zanim wyjdą walczyć w ciasnych uliczkach, przechodzą specjalne szkolenie. Każe im się np. przez kilka miesięcy zajmować psem, a potem go zabić. Dla mnie UPP – Unidade de Policia Pacificadora – to odhumanizowane roboty. Gdy uzbrojone po zęby oddziały wkraczają do faweli, mieszkańcy drżą ze strachu o własne życie. W kilka lat od powstania UPP przestępczość spadła, ale jednocześnie zmniejszyła się liczba mieszkańców. To jest koło zamknięte, bo gangsterzy z łatwością kupują broń od policji, która czerpie z tego procederu niemałe zyski.
– Wygląda na to, że Rio to raj, ale tylko na pocztówce.
– To magiczne miasto, lecz nierówności społeczne i wielka przestępczość nie pozwalają cieszyć się cudnymi widokami. Mieszkańcy faweli twierdzą, iż Chrystus Odkupiciel nie dostrzega ich dramatów, bo jest odwrócony plecami do dzielnic, w których żyją. To bardzo celna metafora. Nie trzeba chyba dodawać, iż te miejsca są skrzętnie ukrywane przed turystami.
– Teraz planuje Pani wyprawę z kamerą do Iranu. W jakim celu?
– Pomysł jest taki, by pokazać różne drogi do wolności dwóch kobiet. Jedna jest architektem i realizuje się w Sztokholmie. Druga mieszka w Iranie i w wieku 13 lat została zmuszona do małżeństwa.
– Jeździ Pani po świecie, przybliża ludzkie losy. Tymczasem Polacy nie chcą przyjmować uchodźców, panicznie boją się obcych we własnym kraju. Nie pomaga nawet katolickie wychowanie. Rozumie Pani taką postawę?
– To wszystko już było, o strachu przed obcym pisał dawno temu Ryszard Kapuściński. Nie wiem, czy Polacy są bardziej zamknięci od innych narodów? Chyba nie. Tu chodzi raczej o obronę własnych wartości i tożsamości. Brexit wziął się właśnie z obawy przed utratą brytyjskiej kultury. Myślę jednak, że Polacy się zmieniają i to na korzyść. Spędziłam ostatnio kilka dni w Warszawie promując swoją książkę “Poszukiwacz marzeń. Z kamerą na wojnie w Brazylii”. Pękałam z dumy przed angielskimi przyjaciółmi, ponieważ Polacy okazali się niebywale gościnni i przyjacielscy.
– Istnieje miejsce, do którego nie pojechałaby Pani za żadne skarby?
|- Nie! Jestem głodna życia, kocham ludzi i czuję, że mogę zdobyć najwyższy szczyt. Mount Everest czeka (śmiech).
Rozmawiał TOMASZ SZELIGA



7 Responses to "Gangsterzy przynieśli muffinki"