
SNOWBOARD. Olimpijczyk z Rzeszowa Maciej Jodko o atmosferze w Soczi, gwiazdach, które nie zadzierają nosa i niepewnej przyszłości.
– Co zapamięta pan z Soczi?
– Pozytywnie nastawionych sportowców z Polski i zagranicy, ośrodek narciarski, z którego rozciągał się zapierający dech widok na Morze Czarne, pogodę, choć akurat w dniu moich zawodów popsuła się.
– Rosjanie faktycznie byli tak uczynni?
– Wolontariusze byli OK, ale na lotnisku nie było tak sympatycznie. Nie wiem, czy wynikało to z niechęci do innych narodowości, czy z protestu przeciwko Putinowi.
– Opowiadał pan, że gospodarze celowo ograniczali liczbę odwiedzających. Że nie chcieli najazdu turystów.
– Spotkałem rodzinę z Polski, która nie mogła znaleźć noclegu w żadnym hotelu w Soczi. Ciągle słyszeli: zajęte. Kibiców za dużo nie było, trybuny często świeciły pustkami. Wybrałem się na konkurs skoków na dużej skoczni. Po pierwszej serii jedna trzecia ludzi wyszła. Na szczęście fani z Polski nie zawiedli i atmosfera była świetna.
– Dużo mówiło się o bezpieczeństwie. Jak z tym Rosjanie sobie poradzili?
– Perfekcyjnie. Wojska i milicji prawie nie widzieliśmy, choć Soczi było w tym czasie najbardziej strzeżonym miejscem na ziemi. Ta niechęć do turystów wiązała się chyba z zapewnieniem bezpieczeństwa. Wszak mniejszą grupę osób łatwiej kontrolować.
– Jak Soczi wypada na tle Vancouver?
– Korzystnie. Ze swojego pokoju miałem dwie minuty na stołówkę, potem 500 metrów do wyciągu, który w kilka minut zawiózł mnie na górę, do ośrodka Roza Chutor. A tam kapitalne trasy i mało ludzi, więc idealne warunki do treningów. Cztery lata temu mieszkaliśmy w centrum Vancouver, to też miało swój urok, lecz dojazd na górę był już dużo bardziej kłopotliwy i męczący.
– Nie przebrnął pan 1/8 finału. Ma pan pretensje do siebie, czy bardziej do kapryśnej aury?
– Bardziej do losu. Pogoda rozdawała karty, wielu faworytów odpadło. Najpierw była mgła, potem deszcz. Prawda jest też taka, iż nie miałem dobrze posmarowanej deski. Zajmowali się nią serwisanci współpracujący z alpejczykami, którzy nie bardzo potrafili skorzystać z moich wskazówek.
– Był pan na ceremonii otwarcia. Gdzie jeszcze?
– Dzięki przyjaciołom z Czech na meczu hokeja Szwecja – Czechy. Zawsze chciałem zobaczyć taki pojedynek na olimpiadzie. Oglądałem zmagania snowboardzistów, alpejczyków, skoczków narciarskich. Trochę tego było.
– Kiedyś poznał pan Jaromira Jagra, w Soczi inną wielką gwiazdę, mistrza halfpipe`u Shauna White`a. Czytałem, że Amerykanin zadziera nosa.
– Nie wydaje mi się. Sporo osób go nie lubi, bo chyba zazdrości mu popularności i pieniędzy. W Soczi White był rozchwytywany, więc udało mi się z nim zamienić dwa słowa i pstryknąć fotkę. Amerykanin trzyma się nieco z boku snowboardowego towarzystwa, ale nasza dyscyplina bardzo wiele mu zawdzięcza. Trzymałem kciuki, by na swoich trzecich igrzyskach zdobył trzeci złoty medal. Był stuprocentowym faworytem, ale żaden przejazd mu nie wyszedł i wyjechał do domu z pustymi rękoma. Generalnie, większość sportowców z USA spała w hotelach, a nie w wiosce. Na stołówce udało mi się jednak spotkać słynną Lolo Jones. Kiedyś lekkoatletkę, dziś bobsleistkę i celebrytkę.
– A co z naszymi medalistami?
– Łyżwiarzy szybkich znam jeszcze z Vancouver. Teraz poznałem Kamila Stocha i pozostałych skoczków, bobsleistów i saneczkarzy oraz alpejczyków. Wszyscy mieszkaliśmy obok siebie.
– W 2018 roku będzie miał pan 36 lat. Jaka jest szansa, że wystąpi pan na olimpiadzie w koreańskim Pyeongchang?
– Niewielka. Nie mam żadnego stypendium i jeśli ministerstwo sportu nie zmieni przepisów, z kasą będzie krucho. Musiałbym znaleźć sponsora, a to nie takie proste.
– Zaraz po swoim występie w Soczi mówił pan: nie samym sportem człowiek żyje, czas kończyć przygodę. Upłynęły jednak dwa tygodnie, mógł pan zmienić zdanie.
– Na razie nie zmieniłem. Napisałem natomiast długiego maila do trenera kadry snowboardowej Mariusza Kufla. Oczekuję, by zmienił podejście do swoich obowiązków, bo dziś jest bardziej kierowcą i serwisantem, niż szkoleniowcem. Niewiele robi, a tylko wprowadza nerwową atmosferę w naszej grupie. Jeśli trener nie wykaże większego zapału, to ja się wypisuję z interesu. Szkoda mojego czasu, zdrowia i pieniędzy.
– Wytrzyma pan bez takiej dawki adrenaliny? Od ponad 15 lat ryzykuje pan w sportach ekstremalnych.
– To, że nie będę startował w zawodach, nie oznacza, iż nie pojadę z przyjaciółmi na deskę. Wciąż planuję ścigać się w Polsce na rowerze. Nie mam ciśnienia, żeby rywalizować z najlepszymi w snowboardzie, choć nie wyobrażam sobie, że miałbym teraz ubrać garnitur i pójść do pracy w biurze.
Rozmawiał Tomasz Szeliga


