
Huczne obchodzenie Bożego Narodzenia nie było mile widziane przez komunistyczną władzę. Obserwując jednak napięte nastroje społeczne, zezwalała ona na domowe uroczystości czy też symboliczne wigilie w zakładach pracy i szkołach. Wracamy do tamtych chwil i przypominamy, jak obchodzono kiedyś święta.
Kilka dekad temu państwo, chcąc pokazać, że działa sprawnie, stwarzało pozory przedświątecznego dostatku. Przed pierwszą gwiazdką w gazetach podawano informacje o dostawach do sklepów gigantycznych ilości ryb, mięsa, nabiału, a nawet owoców. Komunikaty te z reguły mijały się z rzeczywistością, a osoby, które musiały i tak „odstać swoje” w kolejce, nierzadko oglądały puste półki. Oczekiwania na towar trwały godziny, a niekiedy nawet całe dnie. Złota zasad mówiła: stój tam, gdzie jest duża kolejka, bo to znaczy, że właśnie coś przywieźli. Dziś wydaje się to nie do pomyślenia, ale wiele dekad temu tylko cierpliwi mogli liczyć na świąteczne łupy. „Na co w kolejce tej czekasz, Na starość, na starość, na starość” śpiewała Krystyna Prońko w „Psalmie stojącego w kolejce”. To symbol minionych czasów.
Co więc robiono, aby sobie poradzić? – Trzeba było kombinować. W tamtych czasach nie pytano, za co kupić, tylko czy w ogóle uda się coś kupić – wspomina pani Maria Bąk, mieszkanka podrzeszowskiej Świlczy. Jak tłumaczy, drogą pantoflową przekazywano doniesienie z pierwszej, a nawet drugiej ręki o tym, gdzie pojawiły się produkty żywnościowe.
Świąteczne rarytasy
Cytrusy w PRL-u były na wagę złota. Uwielbiały je dzieci, a także dorośli i osoby starsze. Pomarańczy, grejpfrutów i cytryn wypatrywano już w listopadzie, bo wtedy przypływały one kontenerowcami do Polski m.in. z Kuby. Do dziś wiele starszych osób pamięta, jak mówiono: „Cytrusy już w porcie? Idą święta.”
Gdzie w PRL-u kupowano produkty? Na wsiach w tzw. GS-ach, a w miastach w sklepach „Społem”. – Pod koniec lat 70. wprowadzono reglamentację towarów i towary na kartki. Najpierw cukier i mięso, później ryż, a na końcu rzeczy higieny osobistej i mydło. Dostać produkt, którego się oczekiwało w święta, wcale nie było łatwe – wspomina pani Anna Nowak, mieszkanka Rzeszowa. Szczęściarze mogli korzystać z Pewexu, gdzie sprzedawano a raczej wydawano za bony towarowe importowane produkty z wyższej półki: alkohole, kosmetyki, zabawki, sprzęty RTV. Ta zasada obowiązywała w dni powszednie i w święta. – Ekstrawagancją był nowy dżins czy klocki lego – słyszymy.
Choinka i domowe dekoracje
Co robili Polacy, kiedy już uporali się z gigantycznymi kolejkami i udało im się kupić potrzebne produkty na święta? Porządkowali mieszkania i dekorowali choinki. Każda kobieta sięgała po ściereczki, dokładnie przecierała wszystkie meblościanki, porządkowała pawlacze, myła okna i trzepała dywany. Tak wyglądał rytuał, którego zwieńczeniem było wyczekiwane ubieranie świątecznego drzewka. W latach 60. i 70. sztuczna, wytrzymująca wiele długich lat choinka była rzadkością, o której wiele osób mogło jedynie pomarzyć. W domach królowała naturalność. – Ubieranie choinek przynosiło olbrzymią radość, zawieszało się bombki, drewniane mikołajki, papierowe łańcuchy, szyszki, jabłka, świece i obowiązkowo anielskie włosy – wyjaśnia Katarzyna Kopka, mieszkanka podsanockiego Morochowa.
Z czasem sztuczne choinki stały się bardziej popularne. Można je było otrzymać po zapisaniu się na listę oczekujących. Problemem jednak były drzewka z małą ilością igliwia. – Wkładano w to miejsce watę przypominającą śnieg, która maskowała luki – słyszymy od pani Anny. „Szał przyszedł w latach 80.” Wówczas topowe stały się lampki choinkowe imitujące różnokolorowe świece oraz światełka w kształcie grzybków. Co oprócz drzewka pojawiało się w domach? Wypełnione siankiem ręcznie robione szopki. – Niektórzy decydowali się także na świerkowe stroiki z bombkami i świeczką oraz na jemiołę wiszącą u żyrandola, która symbolizowała dostatek i miłość – opowiada pani Maria.
Skąd wziął się karp w Wigilię?
Najważniejszym punktem świąt była wigilia, a w trakcie niej swoisty symbol w czasach PRL-u, czyli karp. Jadało się go już w okresie międzywojennym, lecz prawdziwą furorę zrobił on po 1945 r. Ówczesny minister przemysłu i handlu Hilary Minc, aby odbudować polskie rybactwo zarządził, że na masową skalę w kraju trzeba …tworzyć stawy rybne. Jak powiedział, tak zrobiono. Karpia hodowało się stosunkowo łatwo, nie wymagało to rozbudowanej floty i kutrów. Efekt? Z braku laku, w latach 50. i 60. na stałe wpisał się on w świąteczne gusta Polaków. Problem pojawił się w latach 70., kiedy sytuacja gospodarcza uległa pogorszeniu i ryby zaczęło brakować.
Ale jakie inne przysmaki oprócz karpia pojawiały się na wigilijnych stołach Polaków? Często rezygnowano z wieloskładnikowych dań na rzecz luzem podawanych jabłek, miodu, grzybów i płodów rolnych. Chleb miał uosabiać dobrobyt, a orzechy chronić zęby. – Na stołach serwowana była kapusta z grochem, gołąbki, pierogi z serem, kasza ze śliwkami, śledzie czy bułki z makiem symbolizujące dostatek – tłumaczy pani Katarzyna.
Świąteczne prezenty? Czekolada!
Po wigilii przychodził czas prezentów dla dzieci. W PRL-u nie istniały sklepowe półki uginające się pod ciężarem upominków. Władze komunistyczne były areligijne, lecz zezwalały na funkcjonowanie poprawnie politycznego Dziadka Mroza, który dostarczał podarki. Dlatego ze szkół i przedszkoli uczniowie przynosili przezroczyste woreczki. Znajdowały się w nich drobne zabawki i największa nagroda, o jakiej mogło pomarzyć dziecko – czekolada! Rarytasem była słynna „22 lipca dawniej E.Wedel”. Jej rodzaje utkwiły w głowach Polaków do dziś: „popularna śmietanka”, „sułtańska”, czy „nadzienie orzechowe”. Inne czekolady? „Twardowska”, „Kapitańska” czy „Wyborna”. – To dziecięce emocje tamtych czasów. Każdy rodzic, o ile było to możliwe, starał się zdobyć pod choinkę słodycze i zabawkę – mówi pani Anna. Czasem udawało się zdobyć lalki – najpiękniejsze były te z NRD, pluszowego misia, samochód sterowany na kabel czy drewniane klocki. Każde dziecko musiało dostać choć jeden upominek, ale kosztowało to naprawdę sporo wysiłku.
Pamięć, która nie umiera
Święta w czasach PRL-u to także wiele innych wyjątkowych wspomnień. Kolędnicy chodzący od drzwi do drzwi, rozsypywanie słomy pod domem młodych dziewcząt czy puste krzesło przy stole wigilijnym. To również wysyłanie kartek do rodziny, pełnych życzeń i serdeczności. – Kiedyś mniej istotne były prezenty, ważniejsza była obecność bliskich, kolędowanie, wspólna rozmowa. Było inaczej, lecz życie się zmienia i trzeba się do niego dostosować – uśmiecha się pani Anna. Dobrze jednak od czasu do czasu powspominać. Nawet PRL. To przeszłość, którą jednak wiele osób wciąż ma w głowach i sercach…
Kamil Lech



10 Responses to "…Gdy cytrusy były na wagę złota"