Od pewnego czasu w całym Rzeszowie mamy wysyp większych lub mniejszych remontów. Rzeszów w godzinach szczytu jest dosłownie sparaliżowany, bo władze miasta usilnie chcą coś dobudować, poprawić itd. Za to, jak i wiele innych „udogodnień”, np. planowane buspasy, powinniśmy podziękować prezydentowi Rzeszowa podczas zbliżających się wyborów. Ale ja nie o tym.
Jeżeli już ktoś wydał decyzję na paraliżowanie ruchu ulicznego w Rzeszowie, to musi się znaleźć ktoś, kto opanuje ten chaos. Kto to ma zrobić? Oczywiście policjanci. Tyle że codziennie jeżdżąc po Rzeszowie w godzinach szczytu nie widzę nawet pół policjanta. Przepraszam. Skłamałem, bo widziałem kilka dni temu potężnego mercedesa, w którym – o ile się nie mylę jechało 8 policjantów z oddziałów prewencji. Ich służba upływała w przemiłej atmosferze posuwania się w żółwim tempie przez centrum miasta. Jaki jest pożytek ze służby, która przebiega na staniu w korkach? Hmm, nie wiem. Ale nie jestem policjantem, być może chodzi tu o jakieś ukryte działania operacyjne. Nie zmienia to jednak faktu, że z policjantami w godzinach szczytu, w Rzeszowie jest trochę jak z yeti – wszyscy o nich słyszeli, tylko nikt ich nie widział.
Dlaczego jestem taki uszczypliwy w stosunku do mundurowych, a właściwie nie samych mundurowych, tylko ich przełożonych? Bo jeżeli panuje taki chaos na ulicach Rzeszowa, to na wiele skrzyżowań w centrum miasta należy wysłać policjantów do kierowania ruchem. Dwie, może trzy godziny rano i tyle samo wtedy, kiedy ludzie wychodzą z pracy. Obecność policjanta na skrzyżowaniu ma kolosalne znaczenie i nie zastąpią go znaki, sygnalizacja świetlna czy kultura kierowców. Weźmy za przykład skrzyżowanie, na którym łączą się ulice: Jagiellońska, Langiewicza, Hoffmanowej i Unii Lubelskiej. Ścisłe centrum Rzeszowa, a ci, co nie mają pierwszeństwa jazdy, czyli jadący Hoffmanowej i Unii Lubelskiej, nie mają szans opuścić skrzyżowania bez wymuszania pierwszeństwa i w końcu bez stwarzania ogromnie niebezpiecznych sytuacji wobec innych kierowców. Policjant kierujący ruchem jest tam właściwie niezbędny.
Kilka miesięcy temu ulice w Rzeszowie zostały zamknięte przez biegaczy czy innych rowerzystów i pamiętam, że ruchem kierowali właśnie policjanci. Czapki z głów, ręce same składały się do oklasków. Jechało się rewelacyjnie. Jaki problem wysłać na skrzyżowania funckjonariuszy? Ja wiem, że policjantów drogówki jest za mało, że muszą nabijać mandaty na wideorejestratorach, za pasy i rozmowy przez komórki, a jak jeszcze dojdzie kolizja czy wypadek, to nie ma żadnej ekipy na mieście, ale są np. wspomniane wcześniej oddziały prewencji. Czy nie mogą oni stanąć na skrzyżowaniach, dopóki ten cały Sajgon się nie skończy i pokierować ruchem? A zresztą nieważne kto, bo jak dla mnie to mogą sami komendanci i naczelnicy kierować ruchem, byle ci policjanci pojawili się na skrzyżowaniach.
Redaktor Grzegorz Anton


