Ginekolodzy i położnicy odmawiają pracy

Co roku na sanockiej porodówce rodzi się pół tysiąca dzieci. Jeśli odział zostanie zamknięty, przyszłe mamy będą musiały jeździć rodzić do innych szpitali. Fot. Martyna Sokołowska
Co roku na sanockiej porodówce rodzi się pół tysiąca dzieci. Jeśli odział zostanie zamknięty, przyszłe mamy będą musiały jeździć rodzić do innych szpitali. Fot. Martyna Sokołowska

SANOK. Konflikt w lecznicy. Szpital bez porodówki?

Lekarze chcą podwyżek za dyżury kontraktowe, ale już dziś wiadomo, że dodatkowych pieniędzy dla nich nie będzie. – Szpitala na to po prostu nie stać – rozkłada ręce Adam Siembab, dyrektor sanockiego szpitala. Jeśli lekarze nie wrócą do pracy na poprzednich warunkach, oddział ginekologiczno-położniczy i noworodkowy trzeba będzie zlikwidować.

Od piątku oba oddziały są zamknięte, a pacjentki odsyłane do szpitali w Lesku, Brzozowie i Krośnie. Oficjalnie z powodu remontu, nieoficjalnie z powodu konfliktu lekarzy położników z kierownictwem szpitala. Lekarze domagają się podwyżek za dyżury kontraktowe. Pieniądze mają zachęcić do pracy na sanockim oddziale lekarzy, którzy na co dzień pracują w innych placówkach.

Jak wylicza ordynator sanockiej porodówki, do dyspozycji ma sześciu lekarzy, w tym dwóch na niepełnych etatach. – Nie jesteśmy w stanie tak obstawić dyżurów, aby zapewnić pacjentkom całodobową fachową opiekę. Nasza praca zaczęła przypominać balansowanie na granicy bezpieczeństwa. Nie podpiszę grafiku, w którym jeden lekarz bierze cztery dyżury pod rząd, bo to nie będzie bezpieczne ani dla niego, ani dla pacjentek. Po jednej dobie lekarz ma odpocząć, bo tutaj jeden błąd, jedna pomyłka skutkuje nieszczęściem – mówi Beata Bałon, ordynator oddziału położniczo-ginekologicznego w Sanoku.

Zdaniem dyrektora sanockiego szpitala, roszczenia lekarzy są wygórowane i niemożliwe do spełnienia. – Podwyżek nie będzie, bo nas na to po prostu nie stać. Z ubiegłego roku mamy dług półtora miliona, w tym już niespełna dwa. Interweniowałem w sprawie podwyżek u starosty, ale usłyszałem, że nie ma pieniędzy – mówi dyrektor placówki.

Powiat nie pomoże
– Spotkaliśmy się z dyrektorem podczas zarządu powiatu, gdzie przedstawił nam całą sytuację i sam wyznaczył sobie termin dwóch miesięcy na rozwiązanie problemu. Sprawy pensji w szpitalu leżą tylko i wyłącznie w kompetencji dyrektora, my jako samorząd nie mamy żadnej możliwości prawnej sfinansowania podwyżek czy wypłat. Na to szpital ma swój budżet pochodzący z kontraktu z NFZ-em wynoszący w tym roku ponad 52 mln zł. Mamy natomiast duże zaufanie do dyrektora i liczymy, że poradzi sobie z tą sytuacją – mówi Sebastian Niżnik, starosta sanocki.

Dyrektor liczy jednak na to, że uda mu się dojść z lekarzami do porozumienia i po remoncie wszyscy wrócą do pracy. W przeciwnym razie będzie to oznaczało koniec sanockiej porodówki i utrudnienia dla ciężarnych z Sanoka i okolic, które w przypadku zamknięcia oddziału będą musiały jeździć rodzić do Leska, Brzozowa lub Krosna.

Chcą pracować, ale…
Lekarze zapewniają, że chcą pracować w Sanoku i są gotowi wrócić na oddział, ale stawiają pewne warunki. – Potrzebujemy nie tyle pieniędzy, co dodatkowych rąk do pracy. Sytuacja, w której jeden lekarz biega z oddziału na oddział jest niekomfortowa i może skutkować nieszczęściem. Proszę sobie wyobrazić, że lekarz przyjmuje poród, robi cesarkę, a na drugim oddziale dochodzi do zatrzymania krążenia u noworodka. Nie trzeba ogromnej wyobraźni, aby przewidzieć, jak to się może skończyć – mówi Beata Bałon, ordynator oddziału położniczego, która do dyspozycji ma 6 lekarzy, w tym dwóch na niepełnych etatach.

Chcą rodzić w Sanoku
Magdalena Słuszkiewicz-Stoberska była jedną z ostatnich pacjentek, które urodziły w sanockim szpitalu nim rozpoczął się remont. Na świat przyszło tutaj jej drugie dziecko, Lucjanek. – Pierwsze też rodziłam w Sanoku i byłam bardzo zadowolona. Z jednej strony, bo mogłam rodzić na miejscu, z drugiej z personelu, który jest doświadczony i fachowo zajmuje się pacjentkami. Nie wyobrażam sobie, że w Sanoku nie ma porodówki. Dla kobiet, które maja terminy na teraz taki wyjazd do innego szpitala to dodatkowy stres i trauma – powiedziała Super Nowościom młoda mama.

7 lipca po remoncie oddział ma być ponownie uruchomiony. Do tego czasu poradnie dla kobiet i pracownia USG mają być czynne. Ciężarne będą odsyłane do szpitali w Lesku, Brzozowie i Krośnie. Jeśli lekarze nie dojdą do porozumienia z kierownictwem szpitala, oddział może zostać zamknięty. Jeśli czarny scenariusz się sprawdzi, pracę może stracić nawet 50 osób.

Martyna Sokołowska

3 Responses to "Ginekolodzy i położnicy odmawiają pracy"

Leave a Reply

Your email address will not be published.