Głośne trybuny, cicha szatnia

W obecności rekordowej jak na rzeszowskie warunki frekwencji, piłkarze Apklan Resovii podzielili się punktami z Widzewem Łódź. Fot. Paweł Dubiel

APKLAN RESOVIA – WIDZEW ŁÓDŹ. „Pasiaki” nawet bez trzech kluczowych zawodników napsuły krwi faworytowi rozgrywek.

Trzy i pół tysiąca kibiców na trybunach, karny wykorzystany i spudłowany, zabójcza odpowiedź Widzewa, a po meczu wielki niedosyt ambitnych resoviaków – w sobotę na Stadionie Miejskim w Rzeszowie mało kto się nudził.

Piłkarska Łódź wydobywa się z zapaści. ŁKS zamierza w tym sezonie awansować do ekstraklasy, Widzew do I ligi, a potem dalej, by odbudować potęgę. Czterokrotni mistrzowie Polski mają pieniądze (budżet na poziomie 15 mln zł) i fanatycznych kibiców (ponad 17 tysięcy na każdym meczu u siebie, ponad tysiąc w Rzeszowie), ale drużyna wciąż znajduje się w budowie. Widzew powinien się cieszyć z punktu wywiezionego ze stolicy Podkarpacia. Nie pokazał bowiem niczego specjalnego, miał natomiast mnóstwo szczęścia.

Dramat „Maki”

Oczywiście w Widzewie presja jest ogromna i trudno, by trener Radosław Mroczkowski nie czuł rozczarowania z powodu wyniku. – Punkt trzeba jednak szanować, bo został wywalczony w takich, a nie innych okolicznościach – podkreślał. Rzeczone okoliczności to rzuty karne wykonywane przez Bartłomieja Makowskiego. Stoper gospodarzy, który przejął kapitańską opaskę, za pierwszym razem strzelił perfekcyjnie. Przy drugiej „11” noga jednak zadrżała, z anemicznym uderzeniem bramkarz Widzewa poradził sobie bez trudu. To jednak nie koniec historii, a początek dramatu rzeszowskiego obrońcy. W następnej bowiem akcji łodzianie wyrównali – do siatki trafił wprowadzony chwilę wcześniej na plac gry Rafał Wolsztyński. Napastnik sprowadzony z Górnika Zabrze, którego kilka miesięcy temu operował w rzymskiej klinice słynny profesor Pier Paolo Mariani. – Wróciliśmy z piekieł! – krzyknął komentator Widzew TV, gdy piłka znalazła się w resoviackiej siatce.

Antonik się przypomniał

Widzew wygrał tylko jeden z sześciu ostatnich meczów. Można go chwalić jednak za umiejętność odrabiania strat, co wpisuje się w klubową tożsamość i ma związek ze słynnym charakterem. Radosław Mroczkowski nie zamierzał jednak zaklinać rzeczywistości. – Nie mogę być zadowolony z wyniku i z wielu fragmentów tego, co było na boisku. Straciliśmy gola w sytuacji, gdy nic się nie działo. To kolejna bramka-kuriozum – piłka wychodziła już poza boisko, zawodnik fatalnie się zachowuje i mamy karnego. Gdy gonimy wynik, to na pewno są chęci, ale piłkarze są nerwowi i niedokładni. W końcówce jedna i druga drużyna mogła zrobić coś nieobliczalnego. Liczyłem, że szczęście się do nas uśmiechnie, ale tak się nie stało – komentował.

Warto wspomnieć, że obie „11” podyktowane zostały po faulach na Kamilu Antoniku. Pomocnik Resovii był szalenie zmotywowany, bo przecież zimą był bliski przenosin do Widzewa. Kluby nie doszły do porozumienia w kwestiach finansowych, jednak po zakończeniu sezonu do rozmów pewnie wrócą. Tak czy siak, to właśnie z przebojowym Antonikiem łódzcy obrońcy mieli w sobotę największe utrapienie.

Z głowami w kolanach

„Pasiaki” są w bardzo dobrej formie, ale mają prawo odczuwać ogromny niedosyt. Naprawdę niewiele brakowało, by w trzech tegorocznych spotkaniach wywalczyły komplet punktów. Gdyby tak się stało, dołączyłyby do czołówki i jeszcze mocniej kąsały pretendentów do awansu. Można się zastanawiać, jak potoczyłby się mecz z Widzewem, gdyby mogli zagrać Konrad Domoń, Michał Ogrodnik i Dariusz Frankiewicz. Trójka kluczowych zawodników doznała jednak urazów. Na ich nieobecności „skorzystali” natomiast Mateusz Świechowski, Szymon Hajduk i Arkadiusz Górka. Ten pierwszy wrócił na boisko po wielomiesięcznej rehabilitacji, dwaj pozostali debiutowali w biało-czerwonych barwach.

O stanie ducha drużyny opowiedział trener Szymon Grabowski. Jego słowa stanowią jednocześnie potwierdzenie, z jak ambitnymi ludźmi mamy do czynienia. – Gdyby ktoś rano powiedział mi, że po zremisowanym meczu z Widzewem moi zawodnicy będą siedzieli z głowami w kolanach i będą niezadowoleni, pewnie bym nie uwierzył. Szatnia jest jednak cicha, wszyscy przeżywają to, co się stało. Nie potrafiliśmy pomóc szczęściu i naszym umiejętnościom. Nie wykorzystaliśmy drugiego rzutu karnego i to był punkt zwrotny. Widzew zdobył wyrównującą bramkę i mecz zaczął się od nowa, ale my już nie byliśmy tą samą drużyną. To był ciężki mecz i szanujemy ten punkt. Zdajemy sobie jednak sprawę, że jeśli chcemy coś osiągnąć, to mając dwie jedenastki musimy obie wykorzystać i zejść z boiska z trzema punktami. Dziękuję kibicom, którzy przyszli na mecz. Jeśli chcemy promować piłkę w Rzeszowie, to właśnie dzięki takim widowiskom.

Tomasz Szeliga

[ngg src=”galleries” ids=”753″ display=”basic_thumbnail”]

One Response to "Głośne trybuny, cicha szatnia"

Leave a Reply

Your email address will not be published.