Za nami jubileuszowy, piętnasty turniej o mistrzostwo Europy. Szczęśliwy dla Portugalii, obiecujący dla Polski, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że narodziła się drużyna, która dostarczy nam jeszcze wielu wzruszeń. Po trzydziestu kilku latach znów byliśmy dumni z naszych piłkarzy. Gdy grali biało-czerwoni, ulice się wyludniały, a ćwierćfinałowy mecz z późniejszymi triumfatorami obejrzało w telewizji 16 milionów ludzi. To rekord, który zapewne długo nie zostanie pobity. W sobotę kopałem piłkę z siedmioletnim synem i paroma innymi maluchami. Jeden z nich był Lewandowskim, drugi Krychowiakiem, inny – Błaszczykowskim. Jeszcze chwila, a dzieciaki rzucą w kąt koszulki z nazwiskiem Messiego.
To bez wątpienia korzyści, ale gdy zostawimy na boku Polskę i wyłączymy emocje, okaże się, że francuskie finały to był zakalec, a nie żadne małże w kremowym sosie.
Im dłużej trwał turniej, tym bardziej człowiek był nim zmęczony. Mecze finałowe rzadko bywają piękne, ale ten w Paryżu porwać mógł tylko entuzjastów taktyki. Był taki, jak całe mistrzostwa – prowadzony w ostrożnym tempie, z niewielką ilością sytuacji i strzałów w światło bramki. Prawie nikt nie podejmował ryzyka i gdyby nie przebój Edera, bohatera z dyskontu – jak się o nim pisze; portugalskiego Grzegorza Rasiaka, mielibyśmy kolejne 0-0 i konkurs rzutów karnych.
Długo się zastanawiałem, które mecze EURO 2016 – poza tymi z udziałem Polski – zapamiętam na dłużej. Wybrałem dwa. Dwa z 51! To może piłkarz młodego pokolenia, odkrycie turnieju, kandydat na gwiazdę światowego futbolu? Też nic. Do opinii, że to był turniej maluczkich, którzy zagrali na nosie potęgom, też nie umiem się przychylić. Węgry, Islandia, nawet Walia nie porwały mnie swoją grą. Do pełnej artystów Danii z 1992 roku i napisanej przez nich romantycznej historii trochę jednak zabrakło.
Dużo łatwiej wymienić tych, co rozczarowali. Mój ranking otwierają Belgowie i ich trener Marc Wilmots. Jestem pewien, że gdyby Adam Nawałka pracował z piłkarzami o takim potencjale, „Czerwone Diabły” chwaliłyby się już medalami mistrzostw świata i Europy. Bajeczne umiejętności techniczne to nie wszystko – boleśnie przekonali się o tym kolejni przegrani: Hiszpanie i Chorwaci. Nadal nie pojmuję, co stało się z Austrią, która zachwycała w eliminacjach. I nie potrafię zrozumieć, jakim kluczem przy wyborze sędziego kieruje się UEFA. Mark Clattenburg swoją przygodę powinien zakończyć na 1/8 finału, gdy zignorował brutalny atak Szwajcara na nogi Roberta Lewandowskiego. W finale przymykał oczy na faule gospodarzy, a doprawdy ciężko było nie zauważyć, jak Dimitri Payet demoluje kolano Cristiano Ronaldo.
Podczas EURO 2016 obejrzeliśmy kilka wyjątkowej urody bramek, lecz generalnie pomocnicy i napastnicy nas nie rozpieszczali. Nie do końca była to ich wina – po powiększeniu ME do 24 drużyn okazało się, że z grupy można wyjść z trzeciego miejsca. Jeden punkt, dawniej pogardzany, stał się nagle towarem niezwykle pożądanym. Remis otwierał często drogę do fazy pucharowej, więc na boisku mieliśmy szachy. Dawniej bym się do tego nie przyznał, ale dziś się nie wstydzę, bo wiem od kolegów, że im też zdarzało się zasnąć na niejednym meczu podczas tego turnieju.
Obawiam się, iż w najbliższych latach piłka nożna tak właśnie będzie wyglądać. Że puchary będą podnosić trenerzy tacy, jak Fernando Santos. Można więc krzyknąć za Jackiem Gmochem: – Górą inżynierowie!
Redaktor Tomasz Szeliga



2 Responses to "Górą inżynierowie"