
PRZEMYŚL. Dyskusje na sesji na dyskusyjnym poziomie.
Ostatnia sesja przemyskiej Rady Miejskiej znów była okazją do dyskusji o łączeniu szpitali. Była też okazją do dość niecodziennych zachowań radnych i niekoniecznie licujących z powagą sali obrad osobistych wycieczek i dygresji.
Zaczęło się od wyjaśniania sprawy zwołania komisji na czas zorganizowanej przez Państwową Wyższą Szkołę Wschodnioeuropejską debaty o służbie zdrowia. Radni opozycji podnosili jeszcze przed debatą, że z powodu obowiązku uczestniczenia w komisjach nie będą mogli na niej być. Dwaj przewodniczący z koalicyjnego klubu „Porozumienie dla Przemyśla” odpierali te zarzuty na sesji zarzekając się, że każdy z „komisyjnych” radnych mógł na debatę dotrzeć. Tak naprawdę jednak nieobecni niewiele stracili, bo choć prelegenci mówili dużo i ze szczegółami, to wypowiedzi bardziej tyczyły się ogólnego nurtu rządowego w temacie służby zdrowia, niż konkretnie Przemyśla i kontrowersyjnej sprawy łączenia tutejszych szpitali. Radna z „Porozumienia dla Przemyśla”, Małgorzata Gazdowicz, obecna na debacie, na sesji przytomnie zauważyła, że jedynie nasz dziennikarz zadał na niej pytanie, ile osób w wyniku tego łączenia straci pracę. I przypomniała, że na to pytanie nie padła konkretna odpowiedź. Głos zabrał także radny klubu PiS, Eugeniusz Strzałkowski, który przypominając historię przejęcia przez miasto dawnego 114. Szpitala Wojskowego i obecnego łączenia go z Wojewódzkim Szpitalem skrytykował działania dyrektora Piotra Ciompy. – Skoro pan dyrektor potrzebuje aż tylu, bo obecnie chyba sześciu doradców biorących za owo „doradzanie” ciężkie pieniądze, to coś tu jest nie tak – powiedział wprost Strzałkowski. – Na miejscu pana marszałka powiedziałbym takiemu dyrektorowi, że albo zrezygnuje z tak licznej grupy doradczej za pieniądze podatników, albo zrezygnuje się z niego – skonkludował. W kuluarach inny radny klubu PiS, Maciej Karasiński, powiedział z rozgoryczeniem, że w całej dyskusji o szpitalach przemyskich jakoś opozycji i mediom umyka fakt, że to poprzednia ekipa rządząca Polską wpadła na pomysł likwidacji szpitali MON, a współrządząca wówczas miastem PO nie zrobiła nic, by w przypadku przemyskiego 114. Szpitala Wojskowego temu zapobiec. – Nikt o tym jakoś „nie pamięta” i wszystko co złe przypisuje się PiS – zauważył.

Byłoby może zabawnie, gdyby…
Praca nad innymi punktami porządku obrad obfitowała w różne nierzadko zabawne sytuacje. Na przykład radnemu Adamowi Łozińskiemu z klubu PiS nie podobało się, że prowadzący obrady wiceprzewodniczący Rady, Janusz Zapotocki (klub SLD) pozwala na dyskusję radnych w punkcie dotyczącym interpelacji i wystąpień. – Tu powinny być przedstawiane tylko pytania do władz miasta i spółek – stwierdził. Zapotocki udowadniał, że Łoziński opacznie rozumie co znaczy „interpelacje i wystąpienia radnych”. „Dostało” mu się także od innego radnego z klubu PiS, Macieja Karasińskiego. Temu z kolei nie spodobało się, iż wcześniej wiceprzewodniczący zwrócił się do jednej z radnych opozycyjnych udzielając jej głosu zdrobnieniem jej imienia. – Ja jestem Maciuś – ogłosił. – Chcę być równo traktowany przez pana przewodniczącego – dodał.
Niemniej „ciekawa” była dyskusja o planowanym partnerstwie z jednym z włoskich miast. Radny Wojciech Błachowicz, szef klubu PO, dopytywał co to miastu da, ile będzie kosztować oraz wprost powiedział, że być może prezydent Robert Choma z burmistrzem owego włoskiego miasta poznał się przy okazji swoich częstych wypadów we włoskie Alpy. – Czyżby chodziło o dalsze tego typu rozrywki w ramach partnerstwa miast? – pytał. Robert Choma zripostował, że Błachowicz niekoniecznie zna się na mapie, bo wspomniane miasto jest od Alp oddalone o około 200 kilometrów. Wszystko to byłoby może zabawne, gdyby nie szło o dyskusje nad przyszłością wciąż podupadającego i wyludniającego się Przemyśla.
Monika Kamińska


