– Polska poradziłaby sobie na mundialu – wypalił kilka dni temu Zbigniew Boniek, a kibice w kraju zaczęli się pukać w czoło i zastanawiać, czy aby brazylijskie słońce nie odebrało prezesowi PZPN rozumu. Tylko że dziś to „Zibi” uśmiecha się szelmowsko pod wąsem i ogłasza triumfalnie „a nie mówiłem!”. My wszyscy, którzy nie dowierzamy w polską myśl szkoleniową, a piłkarzy w biało-czerwonych strojach nazywamy pogardliwie drewniakami, musimy się uderzyć w pierś. I przyznać, że okrutnie się pomyliliśmy.
Skąd ten nagły przypływ wiary w reprezentację, którą w rankingu FIFA wyprzedzają Libia, Uzbekistan i Sierra Leone? Naprawdę, drodzy Czytelnicy, nie wiecie? A oglądaliście Brazylię, najbardziej utytułowaną drużynę w dziejach futbolu, zbierającą cięgi od Niemców i Holendrów? Wbili im 10 goli (!), ośmieszając przed całym światem. Zrobili to goście z Bundesligi, tej samej, w której błyszczą nasze gwiazdy. Przecież Davida Luiza czy Thiago Silvę taki Robcio Lewandowski wkręciłby w ziemię. Ach, jaka szkoda, że nie ma nas na mundialu. Że nie możemy pokazać, jak husaria rozbija w pył dzieciaki ubrane w kanarkowe koszulki! Trzeba jak najszybciej organizować mecz towarzyski, może uda się zbliżyć do wyniku Niemców. 7-1 to jest coś, ale przed wojną strzeliliśmy Brazylii 5 goli, więc wszystko jest możliwe. Takiej szansy nie wolno zaprzepaścić, w organizację sparingu powinna się włączyć liczna polonia brazylijska. Pośpiech jest wskazany, bo wieść gminna niesie, że mają zwolnić zakochanego w sobie trenera Scolariego, a Jo, Fred i Bernard pożegnają się z kadrą. Ponoć otrzymali ofertę klubu z miasta innowacji znajdującego się na rubieżach Unii Europejskiej. To futbolowa pustynia, ale po mundialu wszystko ma się zmienić.
Czy wyobrażacie sobie, że Polska ponosi bardziej spektakularna klęskę od pięciokrotnych mistrzów świata? To niemożliwe. Jakie szczęście, że będziemy się mogli o tym przekonać już w październiku, gdy do Warszawy przyjadą Niemcy.
Tomasz Szeliga


