
Z Elżbietą Pikor, majorem SG w stanie spoczynku, która przez około 20 lat była rzecznikiem komendantów Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej, rozmawia Monika Kamińska.
– Jest kryzys na Ukrainie. Czy nasza granica jest bezpieczna?
– Nie jestem już od kilku dni funkcjonariuszką, ale myślę, że mogę Państwa uspokoić. Pomimo kryzysu na Ukrainie nie obserwowaliśmy w ostatnim czasie szczególnych zmian w ruchu granicznym z tym państwem. Liczba odprawianych podróżnych z Ukrainy była porównywalna do tej z poprzednich okresów. Jeśli chodzi o ochronę naszej granicy, to mogę zapewnić, że jest należycie chroniona. Straż Graniczna jest szkolona przez cały czas i ma różnie strategie na różne sytuacje. W tej chwili nie jestem już tą osobą, która może tu mówić o szczegółach i udzielać informacji, bo jak wspomniałam, jestem już poza służbą.
– Swą ponad 20-letnią służbę w BiOSG zakończyłaś 14 lutego. Jak się czujesz jako cywil?
– Chyba jeszcze do mnie do końca to nie dotarło (uśmiech). Na razie przyzwyczajam się do tego, że nie wychodzę co rano do pracy i nie odbieram cały czas telefonów… Można powiedzieć, że na razie oswajam się z tym, że jestem cywilem.
– I pomyśleć, że marzyłaś nie o mundurze, a o sędziowskiej todze.
– No tak. Skończyłam prawo i robiłam aplikację sędziowską. Przesunęłam sobie egzamin po niej i uznałam, że nie będę przecież siedzieć w domu, więc znajdę pracę na rok. Złożyłam swoją aplikację do Bieszczadzkiego OSG i przeszłam kolejne etapy rekrutacji. Swoją służbę rozpoczynałam w wydziale dochodzeniowo-śledczym. Pracy było dużo i bardzo mnie wciągnęła! Na tyle, że postanowiłam jednak zostać w mundurze i nie zamieniać go na togę.
– A jak ze „śledzia” zostałaś rzecznikiem?
– Pracowałam już w „śledziach” kilka lat, gdy odchodził ówczesny rzecznik komendanta BiOSG. Zaproponowano mi, bym aplikowała na tę funkcję. Przyznam, że nie miałam przekonania, bo nigdy wcześniej nie miałam kontaktu z dziennikarzami, ale lubię wyzwania, więc postanowiłam spróbować. Gdy zostałam rzecznikiem, podjęłam studia podyplomowe na wydziale dziennikarstwa i komunikacji społecznej na UJ. Potem zrobiłam jeszcze „podyplomówkę” z zakresu PR.
– Czyli się wciąż uczyłaś …
– Człowiek całe życie się uczy (uśmiech), ale ja uczyłam się nie tylko na uczelniach, uczyłam się przede wszystkim od …dziennikarzy. To właśnie oni dostarczali mi największej wiedzy o ich pracy i o tym, czego oczekują od rzecznika służby mundurowej.
– No i ta nauka bardzo dobrze Ci wyszła! Prywatnie jesteś a jako byłaś osobą bardzo przez dziennikarzy lubianą.
– Dziękuję! Cieszę się bardzo, że byłam postrzegana przez dziennikarzy jako dobry rzecznik. Bardzo się starałam okazać im, że bardzo szanuję ich wcale niełatwą, pracę. Dlatego dokładałam starań, by przekazać im potrzebne informacje o czasie i w sposób przez nich oczekiwany. Miło wiedzieć, że to doceniano.
– Osobiście przyznać muszę, że bardzo. Ale poza informacjami chciałaś też trochę „opowiedzieć” dziennikarzom o Straży Granicznej i BiOSG.
– Tak, chciałam, żeby dziennikarze, a za ich pośrednictwem po prostu ludzie więcej wiedzieli o naszej formacji i służbie.
– Stąd te odwiedziny dziennikarzy w Placówkach SG?
– Oczywiście. Inaczej się przecież pisze o czymś, co się widziało i zna, niż o czymś tylko przez kogoś przekazanym. Dlatego starałam się pokazywać dziennikarzom codzienną służbę w SG, warunki, sprzęt, miejsca i ludzi. I chyba się udało.
– Bycie rzecznikiem w służbie mundurowej to ciężka praca i dostępność przez całą dobę. Jak sobie z tym radziłaś?
– Były takie momenty, kiedy dziennikarzy i pytań było naprawdę mnóstwo. Pierwszy to okres bezpośrednio przed naszym wejściem do UE w 2004 roku. Wtedy odwiedzało nasz Oddział bardzo wielu dziennikarzy, także zagranicznych. Poza tymi z Europy czy USA, byli też bardziej egzotyczni reporterzy z Japonii czy Argentyny. Presja była duża, bo wszyscy chcieli wiedzieć, czy na pewno spełnimy unijne standardy… Był to dla mnie czas wytężonej pracy, ale też bardzo cennej nauki. Drugi „gorący” okres to był czas przed przyjęciem Polski do strefy Schengen w grudniu 2007 roku, a trzeci podczas Euro 2012. To wszystko były bardzo miłe okoliczności, ale też bywało stresująco. Jednak jakoś dawało się radę (uśmiech).
– Cały czas mówisz o swej pracy, jako czymś bardzo przyjemnym. Nie było trudnych momentów?
– Najgorszym momentem w mej pracy był moment, kiedy w Bieszczadach zmarły trzy córeczki Czeczenki Kamisy. To było we wrześniu 2007 roku. Kobietę z małym synkiem zatrzymali nasi funkcjonariusze w okolicy Ustrzyk Górnych. Była wychłodzona i bardzo słaba. Opowiedziała, że na granicy leżą ciała jej córeczek 13, 10 i 6-latki. Strażnicy znaleźli je tam. Miałam okazję poznać tę osieroconą matkę, której pozostał tylko 2- letni synek. Musiałam relacjonować dziennikarzom to tragiczne zdarzenie, a ręce mi się trzęsły i łzy napływały mi do oczu. Sama jestem matką, a moje córki były wtedy małymi dziewczynkami. To było straszne, taka tragedia, i choć dziennikarze byli w tej sytuacji na ogół taktowni, to samo to zdarzenie tak mną wstrząsnęło, że trudno mi było powstrzymać emocje.
– Wróćmy do dobrych wspomnień… W czasie służby brałaś też udział w bardzo ciekawych wydarzeniach i poznawałaś nietuzinkowych ludzi.
– To prawda. Na przykład miałam okazję poznać Joela Lamberta, byłego komandosa i dowódcę specjalnej amerykańskiej jednostki Navy SEAL. W ramach realizowanego przez Discovery Channel reality show, Joela mieli w ciągu 48 godzin wytropić w Bieszczadach nasi funkcjonariusze. No i pojawił się „drobny problem”, bo wytropili go w ciągu 3 godzin (śmiech). Twórcy programu mieli za mało materiału, by stworzyć odcinek i musieliśmy trochę pokombinować. Poznałam też niezwykłą parę Indian z plemienia Tohono O’odham, która w USA pracowała na granicy z Meksykiem jako tropiciele. Nas odwiedzili, by pokazać strażnikom granicznym indiańskie metody tropienia. No i była też „Wataha” i jej ekipa czy kanadyjscy komandosi, którzy uczyli się od nas, a my od nich metod odbijania zakładników i inne ciekawe projekty. Sporo tego było i wspominam to bardzo miło.
– Na te wydarzenia też zapraszałaś dziennikarzy…
– Pewnie, tam gdzie się tylko dało! Dla nich to też była, jak podkreślali, frajda i ciekawe doświadczenia. Tu pozwolę sobie na pewne wyznanie…Otóż poza tym, że kontakty z dziennikarzami to była moja praca, ja po prostu lubię tę grupę zawodową (uśmiech).
– I vice versa, że tak zadeklaruję w imieniu wspomnianej grupy zawodowej. Wszystkich zmartwiła informacja o Twoim odejściu na emeryturę.
– Wszystko ma swój kres i moja służba dobiegła końca. „Zostawiam” Was w dobrych rękach. Ppor. Piotr Zakielarz to młody, ale doświadczony już także w kontaktach z mediami funkcjonariusz. Miły i otwarty i cieszę się, że to właśnie jemu komendant powierzył obowiązki rzecznika.
– Wracając do Ciebie. Zawsze mnie to nurtowało i muszę zapytać. Jesteś atrakcyjną kobietą i interesujesz się modą. Jak to godziłaś, spędzając ponad 20 lat zawodowego życia w mundurze?
– Dobre pytanie (śmiech). Rzeczywiście śledzę trendy i lubię kobiece ubrania. Dlatego na początku służby trochę mnie mundur „piekł” i wtedy wolałabym mieć na sobie zwiewną sukienkę czy supermodne spodnie. Ale po pewnym czasie człowiek się jakby „zrasta się” z mundurem. Staje się on czymś oczywistym. I dziś, gdy już jestem cywilem i z tej okazji zafundowałam sobie elegancką i kobiecą sukienkę, dodam, że ciemnozieloną, z mundurem się całkiem nie rozstałam. Ten galowy wisi sobie w szafie i pozostanie ze mną jako pamiątka. A te moro przydadzą mi się na przykład na górskie wycieczki. Tak więc to „pożegnanie z mundurem” to nie do końca prawdziwe pożegnanie (uśmiech). Tym bardziej, że w SG nadal służą moi znajomi i przyjaciele i to moja druga rodzina.
– A’propos rodziny… Masz dwie córki. Może któraś pójdzie w ślady mamy?
– Raczej nie. Starsza córka skończyła studia w kierunku biznesu i pracuje w swoim zawodzie, który lubi. Młodsza jeszcze się uczy, ale interesuje się bardziej matematyką i informatyką, więc raczej żadna nie będzie „grzecznikiem” w SG.
– „Grzecznikiem”?!
– Gdy moja starsza córka miała 4 latka, pani w przedszkolu pytała dzieci, kim są ich rodzice. Moja córka odpowiedzia: „mama jest grzecznikiem”. Pani się zdziwiła i zapytała, co robi „grzecznik”. A córka odpowiedziała „Dziennikarze do mamy dzwonią, a mama im grzecznie odpowiada. Jest więc grzecznikiem”. Wychowawczynię tak to rozbawiło, że zadzwoniła, by mi to opowiedzieć.
– A jakie są Twoje plany na życie w cywilu?
– Na razie chcę naprawdę odpocząć, poleniuchować, nacieszyć się wiosną, która niedługo przyjdzie. A potem? Zobaczę… Chciałabym jeszcze popracować, ale musi to być praca, która stanie się moją pasją, tak jak była nią dotychczasowa. Wtedy się rzucę w jej wir!
– Życzę zatem spełnienia wszystkich marzeń i planów na tej nowej, cywilnej drodze życia.
– Dziękuję bardzo! Mam nadzieję, że tak będzie!
Z Elżbietą Pikor rozmawiała Monika Kamińska.



17 Responses to "Granica jest należycie chroniona"