
SuperWywiad z Tomaszem Owsianym, podróżnikiem.
– Jak długo trzeba przebywać z obcą społecznością, żeby ją zrozumieć?
– To zależy zarówno od naszego, jak i jej nastawienia, tego, czy dana kultura jest otwarta, czy nieco bardziej zamknięta, a także czy wiążą się z nią pewne zaszłości historyczne. Ważne jest też to, jak odbierana jest nasza obecność. Zdarza się, że jest widziana jako szczególna forma zainteresowania, a nawet wyróżnienie, jak ma to powszechnie miejsce na Filipinach. Tam często była to kwestią kilku dni, przy czym trzeba też odpowiednio podejść do sprawy. Zachowywać się naturalnie i nie okazywać zdziwienia.
– To chyba nie jest łatwe.
– Często trzeba maskować uczucia, nawet w dosyć prozaicznych aspektach jak np. konieczność zjedzenia świńskiego podniebienia ugotowanego na kwaśno czy gulaszu z małpy. Przy czym rdzenna ludność i tak jest dziś w nieustannym kontakcie z nowoczesnym światem zewnętrznym. Młodsze pokolenie jest już pewną jego częścią, więc na styku tych dwóch nazwijmy to „światów” pojawia się też pewien kompleks „dzikiego”, osoby nieco zacofanej, żyjącej anachronicznie. Z tego powodu ci ludzie często czują pewien wstyd, dlatego bardzo ważne, żeby od początku sygnalizować, że oni są dla nas ciekawi, ale nie dziwaczni. Jeżeli wszyscy siadają swobodnie na ziemi, róbmy to samo. Gdy jemy nawet dziwną potrawę, nie krzywmy się. Pamiętam, kiedy podawano mi gulasz z małpy. Od razu skosztowałem, mówiąc: „Przypomina mi zupę z zimorodków, którą jadłem mieszkając u Aytów. To naprawdę dobre.” Nie należy robić z tego hecy, ani od razu wyciągać aparatu, za to starać się pokazać, że to w pewien sposób dla nas normalne.
– Nigdy nie okazujesz zdziwienia?
– Nie, zawsze staram się zachowywać pewien spokój i dystans, nawet kiedy uczestniczę w trudnych w odbiorze wydarzeniach. Chyba najbardziej jaskrawym przykładem był pogrzeb, wśród ludu Kankanaey na Filipinach. Odbywał się we wsi wysoko w górach. Częścią ceremonii, zresztą bardzo pięknej i wspólnotowej, było przewinięcie monstrualnie zgniłych zwłok staruszka. 6 dni po śmierci. Nawet w tamtejszym klimacie rozkład postępuje szybko, więc fetor był powalający. Widoki z punktu widzenia naszej kultury – koszmarne. Jednocześnie wpisywało się to w normę tamtejszej kultury. Uczestniczyły w tym dzieci. Później, w rozmowach podpytywałem tych ludzi, jak sobie z tym radzą, czy jako dzieci, kiedy byli świadkami takich scen, mieli koszmary, czy odczuwali strach. Okazało się, że nie. Myślę, że to dowód na to, że źródło strachu tkwi przede wszystkim w tym, czego nie akceptuje nasze społeczeństwo. Jeśli dziecko, mimo że jest świadkiem takich ceremonii, jednocześnie widzi pełen spokój dorosłych, intuicyjnie czuje, że to wpisuje się w normę. Dla mnie największym wyzwaniem jest bycie świadkiem okrucieństwa wobec zwierząt, które często jest elementem pragmatycznego podejścia do nich. W Gujanie Francuskiej przebywałem wśród Homngów, laotańskich imigrantów , którzy dostali tam azyl pod koniec wojny w Indochinach. Brałem u nich udział w wyjątkowej rodzinnej ceremonii. Starsza kobieta, dla jednych matka, dla innych babka, spotkała się z najbliższymi pierwszy raz po trzydziestu latach, od ich rozstania w obozie uchodźczym w Tajlandii. To było wyjątkowe święto, a w ramach przygotowań, w szalenie okrutny sposób zaszlachtowano byka. Ponacinano mu członki, potem oskórowano Uczestniczyłem w tym czynnie, a potem z wiadrami pełnymi krwi, niemal paradnie przejechałem przez wieś. Jestem „przyrodolubem” i takie sceny lub np. konieczność niesienia dogorywającego mi na karku pekari (dzika amazońskiego) są dla mnie bardzo trudne.
– Jak zyskujesz tak duże zaufanie ludzi, że pozwalają Ci uczestniczyć w tego rodzaju obrzędach?
– Przede wszystkim staram się dać sobie i im dość czasu, żebyśmy się mogli poznać. Jeśli to tylko możliwe przez pierwszych kilka dni nie wyciągam aparatu. Aktywnie towarzyszę, ale staram się ukrywać wszelkie zaskoczenie, być otwartym. Bardzo często to działa. Ważną inwestycją jest też nauka – w stopniu podstawowym, ale komunikatywnym-lokalnego języka, zwłaszcza tam gdzie to nie jest oczywiste. Po części to efekt przygotowań, ale pewnie też naturalne predyspozycje.
– Czy ludzie, do których docierasz, wiedzą kim jesteś i po co tam przyjeżdżasz?
– Zawsze. Jeżeli od samego początku wszyscy wiedzą, kim jestem i po co przyjeżdżam, mają przynajmniej świadomość, że zdarzenia, których będę świadkiem, mogą się znaleźć w książce. Nawet jeżeli jest obawa, że mogą na początku filtrować, to co pokazują, co mówią, uważam, że tego wymaga uczciwość. W przeciwnym razie mogliby się poczuć zwyczajnie zdradzeni. Poza tym, w wielu miejscach byłoby to na granicy łamania prawa. W Gujanie Francuskiej, która jest formalnie fragmentem Francji, obowiązuje europejskie prawo, także do wizerunku, co zresztą szalenie utrudniało mi pracę fotoreporterską, bo nawet w dżungli musiałem zbierać pisemne zgody na publikację zdjęć Zdarzało mi się też przebywać w miejscach o mocno podwyższonym ryzyku, na przykład w rewirach grup paramilitarnych w górach na południu Filipin. W Gujanie Francuskiej dostałem się na ukryte w dżungli wyrobiska nielegalnych poszukiwaczy złota. Tam bezwzględnie musiałem mieć łącznika, kogoś kto mnie przedstawi, a także zgodę zwierzchnika rewiru. Pojawienie się znienacka mogłoby być mocno ryzykowne.
– Z punku widzenia Europejczyka np. Filipiny to przede wszystkim krwawy Wielki Tydzień. Co się kryje za tym obrazkiem?
– W rzeczywistości to tradycja praktykowana głównie w dwóch prowincjach. Szokuje nawet samych Filipińczyków z innych części kraju. Dziś to też bardzo potężna atrakcja turystyczna. Hotele czy agencje turystyczne oferują niekiedy nawet specjalne pakiety. Można się zakwaterować, zjeść lunch, potem pójść oglądać krwawą chłostę na ulicy i przyjrzeć się inscenizacji Golgoty, a następnie wrócić do Manili czy innego miasta. Są dwie praktyki. Jedną jest uliczna chłosta czy w ogóle pokuta, bo nie wszyscy się chłoszczą – część nosi ciężki krzyż lub samą belkę. Inni pokutnicy czołgają się po szutrowej drodze. Dla wszystkich droga kończy się na dziedzińcach lokalnych świątyń. Mimo, że oficjalnie Kościół katolicki nie popiera tych praktyk, przyjmuje pokutników, rozumiejąc oddolną tradycję i taki sposób wyrażania religijności. Często przystąpienie do chłosty poprzedza coś na kształt pikniku. Sąsiedzi popijają piwo, co ma też funkcję techniczną, bo alkohol podnosi krążenie, więc kiedy plecy zostaną ponacinane żyletką albo szczotą inkrustowaną odłamkami szkła, krwawienie będzie bardziej obfite. Wielu uczestników robi to już bardziej dla pewnej ciągłości. Młodzież zazwyczaj z zazdrością patrzy na starszych. Kiedy tylko ma zgodę, przystępuje do pochodu. Autentycznego, religijnego zaangażowania jest już stosunkowo niewiele. Wśród osób, które dają się przybijać do krzyża prawdziwymi gwoźdźmi wygląda to inaczej. Miałem okazję poznać Rubena Enaje, który jest „gwiazdą” tych żywych Golgot. Od 34 lat daje się przybijać do krzyża. Podjął się tej formy ascezy, żeby podziękować za odzyskane po wypadku zdrowie, a później uzdrowienie najbliższych członków rodziny. U niego szło za tym autentyczne religijne zaangażowanie. Z czasem, gdy stał się rozpoznawalny, a te praktyki, które pierwotnie były mikroregionalne, zaczęły przyciągać tłumy, potraktował je jako sposób przypomnienia i obrazowego przedstawienia najważniejszych momentów z życia Chrystusa, rodzaj biblii pauperum.

– A jest jeszcze miejsce na tradycyjne wierzenia?
– Nigdy nie zetknąłem się z rdzenną kulturą, wierzeniami i praktykami, które byłyby w stanie nienaruszonym i całkowicie pierwotnym. To wymagałoby całkowitej izolacji społeczności. Ponoć są jeszcze takie miejsca w głębi Amazonii i Papui Nowej Gwinei. We wszystkich innych zazwyczaj obserwujemy synkretyzm wyznaniowy. Rdzenna religia i wierzenia idą w parze z napływowymi, najczęściej chrześcijańskimi. Na Filipinach mieszkałem na przykład w społeczności plemienia Talaandigów, gdzie tamtejszy wódz bardzo pilnował przestrzegania prawideł plemiennej religii, mimo że używał telefonów komórkowych, a część przywódców była po antropologii. Zachowują tradycję, nie tylko jako wyznacznik tożsamości, ale też szczerą wiarę. Utrzymują stały kontakt z duchami, które przenikają cały materialny świat. W Gujanie Francuskiej, zwłaszcza na zachodzie sfera duchowa Indian została „przeorana” przez ewangelików. Tłumaczyli przywódcom duchowym, że niebo spadnie im na głowę i pochłonie ich ogień piekielny, jeśli nie porzucą wszelkich swoich wierzeń, ale też praktyk, strojów, czy tańców we wspaniałych pióropuszach.
– Jak młodzi podchodzą do tradycji?
– W młodym pokoleniu są najczęściej dwie tendencje. Naczelna, żeby odchodzić od tradycji, co obserwuje się wszędzie, również w Polsce. W części budzi się jednak świadomość utraty czegoś cennego i chęć ocalenia tego, nieraz w duchu bardziej zachodnim, etnograficznym. Z kolei na Madagaskarze nadal żywy jest animizm, który polega na wierze w relacje z przodkami, którzy bardzo mocno wpływają na pomyślność w życiu doczesnym. Wiara ta opiera się na strachu. Strachu przed konsekwencjami niedopełnienia odpowiednich rytuałów, złamania tabu, niedostatecznie wystawnego pogrzebu i zbyt małej liczby poświęconych byczych głów. Strach jest bardzo konkretnym uczuciem i podtrzymuje wiele malgaskich wierzeń.
– Albo czyni z ludzi proroków… Jednego nawet osobiście poznałeś!
– Tak starego Pidimę, założyciela położonej najdalej na zachodzie Gujany Francuskiej wsi, noszącej dziś jego imię. Pidima przez wiele lat był potężnym, szanowanym w okolicy szamanem, ale w pamięci starszych zapisał się jako twórca kultu cargo. Ogłosił proroctwo o nadciągającym zniszczeniu ich świata i wielkiej powodzi. Akurat była wyjątkowo ulewna pora deszczowa, więc ludzie mu uwierzyli. Przez kilka miesięcy przyciągnął prawie połowę wszystkich Indian Wayanów. Pidima dał im też nadzieję, że po wszystkich, którzy za nim pójdą, przyleci samolot i zabierze ich do nieba. Pidima opracował wiele pieśni rytualnych, które były lustrzanym odbiciem pieśni liturgicznych pierwszych ewangelików. To była jego alternatywa dla nowej religii. Dla ludzi najbardziej szokujące było to, że prorok zmuszał ich do rytualnych praktyk seksualnych. Musieli tłumnie spółkować w hamakach, niemal jeden obok drugiego, co było złamaniem wszelkiego tabu. Pidima oznajmił, że duch, który przekazał mu proroctwo zapragnął zobaczyć, w jaki sposób powstają młodzi Wayanowie. Ludzie mu uwierzyli i robili to, co nakazywał. Rozmawiając z Pidimą i jego krewnymi, do samego końca nie byłem pewien, na ile wierzył w tę misję, a na ile był to przejaw jego fantazji i ducha komedianta, którym do końca pozostawał.

– To prawda, że u niego mieszkałeś?
– Miałem zaszczyt przebywać w jego domu półtora tygodnia. Zresztą Pidima jako jeden z niewielu nie traktował mnie jako białego, tylko po prostu jak towarzysza. Pozwolił mi zamieszkać u siebie w chacie. Co ważne, na górze. Tam domy są osadzone na palach i często nawet bliscy znajomi nie wchodzą na górę. To część zarezerwowana dla rodziny. Poznałem człowieka, który stał się legendą i kopalnią informacji o tamtejszej kulturze. Dla mnie był nie tylko dawnym prorokiem, ale też serdecznym staruszkiem, z którym dużo gawędziliśmy, popijając rum. Poza tym podgrzewałem mu jedzenie, a przez dwa dni pieliłem podwórko wokół chaty. Z właściwą sobie przekorą zażądał tego, kiedy poprosiłem, żeby w końcu pokazał mi swoje dawne rytualne pióropusze, które zachował mimo nacisków ewangelickich pastorów. Przedstawiając go w mojej książce, staram się pokazać jego ludzką twarz. Zawsze mi na tym zależy, kiedy piszę o różnych postaciach.
– Na ile są to ich prawdziwe oblicza?
– Myślę że w zdecydowanej większości. Czuję, kiedy ktoś zachowuje się przy mnie swobodnie lub nie. Z drugiej strony, mimo iż spędziłem 3 intensywne miesiące wśród samych Amerindian w Gujanie Francuskiej, wiem, że to dużo za mało. Sporo czasu upłynęło, zanim zaczęto się przyznawać, że za różne wydarzenia, jak fale samobójstw wśród młodzieży obwinia się również duchy. To nie były zwierzenia, które zdobywa się od samego początku. Prawie wszyscy szamani już umarli, nikt nie przejął po nich schedy, a mimo to ludzie nadal mają przeświadczenie o ingerencji w ich życie duchów. Mam świadomość, że wielu rzeczy się nie dowiedziałem, ale jest tego dostatecznie dużo, aby mieć obraz tej społeczności.
– Każda Twoja podróż kończy się książką. Kiedy ukaże się ta poświęcona Gujanie Francuskiej?
– Pracuję nad nią już od roku, ale to nie takie łatwe, ponieważ jakiś czas temu wróciłem do pracy w konserwacji zabytków. Mimo że reportaż jest najwspanialszą dziedziną, z jaką miałem do czynienia, to jednak trudno się z tego utrzymać (śmiech). Dlatego łączę pisanie z konserwacją zabytków, co mocno spowalnia pracę nad książką. Mam pełną świadomość, że przeciętny czytelnik w Polsce nie będzie specjalnie zainteresowany tym, co się dzieje w Gujanie Francuskiej. Staram się więc pokazać jej rzeczywistość w nieprzekoloryzowany, a jednocześnie na tyle pociągający sposób, żeby to była ciekawa lektura sama w sobie, niezależnie od gujańskiego kontekstu. Mam nadzieję, że książka powstanie do późnej jesieni przyszłego roku.Rozmawiała Wioletta Kruk
***
Tomasz Owsiany urodzony w Toruniu, filolog z wykształcenia i powołania. Miłośnik przyrody, odpoczywający najpełniej w lesie i na górskich szlakach. Publikował m.in. w miesięczniku „Poznaj Świat”, „Tygodniku Powszechnym” oraz „Kontynentach”. Autor książek „Madagaskar. Tomek na Czerwonej Wyspie” oraz „Pod ciemną skórą Filipin”, uhonorowanej w 2018 roku Nagrodą Magellana oraz nominowanej do Nagrody im. Beaty Pawlak. Laureat Nagrody Dziennikarzy Kolosów (za rok 2015) za wyprawę „Pod ciemną skórą Filipin”, wyróżnioną także w kategorii Podróż. Jego najnowszy projekt reporterski „Do wnętrza Gujany Francuskiej” otrzymał wyróżnienie na Kolosach (za rok) 2018.
Tomasz spędza długie miesiące w każdym z opisywanych przez siebie krajów. Stara się być czynnym uczestnikiem codziennych i niecodziennych zdarzeń. W 2018 i 2019 roku spędził łącznie pięć miesięcy w Gujanie Francuskiej, gromadząc kolejny materiał reporterski. O swojej podróży opowiedział podczas ostatniego Kalejdoskopu Podróżniczego w Rzeszowie.
Rozmawiała Wioletta Kruk


