
rozwścieczył miliony. Jedni wychodzą
na ulice, inni działają przed ekranami
komputerów. O ile
ci pierwsi nie mogą
mu realnie zagrozić,
to już ci
drudzy
owszem. Fot. Archiwum
„Wiadomość do Władimira Putina: Niedługo poczujesz gniew wielu hakerów na całym świecie. Putler, nadszedł twój czas. Światła, kamera, akcja!” – tak grupa Anonymous wypowiedziała cyberwojnę samemu prezydentowi Rosji. Od kilku dni możemy obserwować pokaz sił haktywistów. Padają rosyjskie strony, moskiewska telewizja emituje nagrania z pola walki, a w sieci krążą dane pracowników ministerstwa obrony.
Najlepsi z najlepszych zwarli szyki, by razem osłabić rosyjską potęgę, stając po stronie atakowanego. I powtarzają, że nie robią tego dla pieniędzy. Robią to dla idei.
– Hakerstwo to działalność, z którą mamy do czynienia od lat 80. i długo było profesją bardzo wysoko etyczną – mówi dr Mirosław Hajder, specjalista ds. cyberbezpieczeństwa w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. – Zobrazuję to przykładem. We Lwowie istniały kiedyś cechy złodziei, które miały kodeks etyczny. Mówił on, że nie okrada się dzieci i starszych. Podobnie było w przypadku hakerów. Mniej więcej w 2000 r. niektórzy znaleźli w tym sposób zarabiania, ale to nadal mniejszość. Wiąże się często z rządami państw np. Iranu, Korei Północnej, Rosji, gdzie takie działania są zgodne z prawem. Większość to jednak wysoko etyczni hakerzy, którzy starają się reagować na dziejącą się na świecie krzywdę, działać na rzecz dobra – tłumaczy.
Jacht Putina zmierza do piekła
Kto stoi za słynnym dziś Anonymous? – Sukces tej grupy polega na tym, że jest głęboko ukryta. Działające w niej osoby wykorzystują do komunikacji zaawansowane narzędzia, wymieniają się informacjami w Darknecie i podobnie jak to ma miejsce w siatkach szpiegowskich, w większości nawet się nie znają. Nie ma możliwości wniknięcia w organizację, bo zostałaby natychmiast zinfiltrowana przez służby specjalne – nie ma złudzeń dr Hajder.
Anonymous nie jest zorganizowaną grupą, przez kogokolwiek zarządzaną. Działający pod jej banderą haktywiści są rozproszeni. Potrafią jednak skupić się na wspólnym celu. Od 24 lutego jest nim „Operacja Rosja”. Lista sukcesów na tym polu jest długa. W kilka dni kolektywowi udało się zablokować dostęp do witryn rządowych. Hakerzy zagłuszyli program rosyjskiej telewizji, a jej widzowie zamiast tamtejszej propagandy usłyszeli ukraińskie pieśni patriotyczne i nagrania z trwającej wojny. Padły też strony rosyjskiej agencji prasowej oraz innych rosyjskich mediów. Hakerzy umieścili na nich apel o powstrzymanie Władimira Putina.
Kilka dni temu głośno było o tym, że przejęli poufne dane rosyjskiego ministerstwa obrony Federacji Rosyjskiej, w tym adresy e-mailowe, dane logowania i numery telefonów urzędników, które następnie opublikowali (zachęcając do kontaktu). Do dziś krążą w sieci. Podobnie jak białoruskiego producenta broni Tetraedr, która miała zapewnić agresorowi wsparcie logistyczne w inwazji na naszych sąsiadów. Anonimowi przechwycili nawet rosyjskie wojskowe systemy łączności.
W końcu uderzyli w człowieka, który wywołał wojnę. Zaczęło się zabawnie. Zhakowali jego luksusowy jacht. Włamali się do systemu identyfikacji statków i trochę tam namieszali. Z danych na mapach wynika, że rozbił się na ukraińskiej Wyspie Węży. A jego miejscem docelowym jest… piekło.
To tylko początek tego, co przygotowali specjaliści spod znaku Anonymous. Grożą, że upublicznią informacje, które pogrążą Putina nie tylko na arenie międzynarodowej, ale i w jego ojczyźnie. – To tylko kwestia czasu, aż odkryjemy brud, który ukrywałeś przed społeczeństwem, a który pozwolił ci dojść do władzy – słyszymy na opublikowanym przez kolektyw nagraniu. – Oczekujemy twojej rezygnacji ze stanowiska.
Obawiać może się też Aleksandr Łukaszenka. Jego „poproszono”, by przestał wspierać
swojego rosyjskiego partnera. „Ostrzegamy pana, jeden jedyny raz. Dajemy panu tę szansę, jedyną szansę” – napisali w swoich mediach społecznościowych.
Do cyberwojny wymierzonej w Rosję dołączają inne grupy. Network Battalion 65’ podała, że wykradła pliki z Moskiewskiego Instytutu Bezpieczeństwa Jądrowego i poszukje tłumaczy, którzy zajęliby się dokumentami. A Georgian Hackers Society pochwaliła się, że przejęła poufne dane finansowe moskiewskich oligarchów. Pojawiają się nawet sygnały, że hakerzy zamierzają dobrać się do ich pieniędzy, a następnie przelać je na konta wspierające ukraińską armię.
– Reklama jest dźwignią handlu i w wielu przypadkach mówimy o tym, co chcielibyśmy, żeby się wydarzyło – ocenia dr Hajder. – Czas wojny ma to do siebie, że pewnych informacji nie powinno się upowszechniać, a z drugiej strony sieje się dezinformację. Sianie niepokoju jest bardzo skuteczne – podkreśla. Zaznacza, że nawet gdyby hakerzy oznajmili, że przeleją pieniądze oligarchów na inne konta, nigdy nie możemy być pewni, czy to prawda. – Nie traktowałbym też tego jak pustosłowie.
Serwery zalewane pytaniami
Na ile wojna cybernetyczna ma wpływ na to, co się dzieje w rzeczywistym świecie? – Byłbym ostrożny w wyciąganiu wniosków i mówieniu, że nie ma żadnego znaczenia, ale też jej przeceniania – zaznacza specjalista ds. cyberbezpieczeństwa. – Ataki cybernetyczne mogą być kierowane na tzw. infrastrukturę krytyczną. To obszar działania państwa, które jest zobligowane do zapewnienia ciągłości funkcjonowania pewnych systemów, choćby zarządzanie energią, ale też np. informacji w ramach urzędu stanu cywilnego. Te systemy są maksymalnie chronione. A ich naruszenie może być bardzo niebezpieczne – przekonuje. – Z drugiej strony rolą wojny cybernetycznej jest prowadzenie dezinformacji. Jeżeli będziemy w stanie przekonać społeczeństwo, że nasze władze, wojsko oraz informatycy panują nad sytuacją, to będzie miała mniejsze skutki – dodaje.
Dziś jednak podobno nie ma wojny, która nie rozgrywałaby się również w cyberprzestrzeni, a inwazję militarną poprzedzają cyberataki. Tuż przed wkroczeniem wojsk rosyjskich na Ukrainę mieliśmy tego próbkę. Padło wiele państwowych stron oraz serwisów internetowych tamtejszych systemów bankowych. Nasz ekspert tłumaczy, na czym polegały tamte działania. – Producenci sprzętu komputerowego na tyle daleko przesunęli granicę ochrony, że w większości przypadków ataki, polegające na przejęciu serwerów i wykorzystaniu znajdujących się tam danych są bardzo trudne. Tylko niesłychanie profesjonalne grupy mogą spenetrować cudze zasoby. Dlatego przeprowadza się ataki, które nie polegają na przejęciu systemów informacyjnych podmiotu, a wyłącznie uniemożliwieniu jego funkcjonowania – wyjaśnia dr Mirosław Hajder i podaje przykład: – To tak, jakby ktoś miał 10 dzieci i wszystkie jednocześnie pytałyby o coś rodzica. W efekcie on zacznie się gubić, nie będzie wiedział, co odpowiadać, ponieważ jest zbyt dużo pytań w jednym momencie. Tak wyglądały ataki realizowane na banki ukraińskie. Oczywiście są metody walki z nimi, ale niedoskonałe.
Rosjanie mają 3 dywizje cyberżołnierzy
Na razie wydaje się, że hakerzy z całego świata zmienili układ sił w internetowym świecie. Pytanie, czy Rosjanie nie przygotowują własnej akcji albo jej nie realizują, lecz się nią nie chwalą.
– Spotykam się z przekonaniem, że informatycy białoruscy czy rosyjscy to 3. liga. Nie! To ultraprofesjonaliści. Przypomnijmy sobie działania amerykańskiego wywiadu, który wdrożył wirus w irańskie wirówki jądrowe i je uszkodził. Na kilka dobrych lat zatrzymał irański program atomowy – mówi dr Mirosław Hajder. – Ten słynny wirus został stworzony na Białorusi. Amerykanie go odkupili i zmodyfikowali. Trzeba zawsze doceniać przeciwnika. Czasem nawet lepiej go przeceniać.
Zwłaszcza że, jak mówi, wojska cybernetyczne to nie wynalazek zeszłego roku. – Rosjanie mają je od kilkunastu lat. Początkowo zajmowały się przede wszystkim niszczeniem sprzętu elektronicznego po stronie przeciwnika. Później pojawiły się „wojska hakerskie”, które zaczęły się zajmować atakami na systemy informacyjne – wyjaśnia. W Rosji są trzy dywizje. To osoby skoszarowane, bardzo często karmione dezinformacją. Rezydują w Petersburgu i Moskwie. To potężne siły, porównywalne z siłami cyberżołnierzy z Chin. Nawet w USA mają mniejszą liczebność.
Polska również dysponuje takimi wojskami. W sile batalionu. – Mówi się jednak, że Słowianie są fenomenalnymi programistami oraz hakerami, co wynika z naszej, zwłaszcza polskiej, historii. Zmusiła nas do kombinowania i oszukiwania przeciwnika. Finał jest taki, że te zdolności wręcz weszły nam w geny – mówi dr Mirosław Hajder. – Nie zdziwiłbym się, gdyby nasz jeden batalion był wart tyle, co dywizja w Ameryce.
Wioletta Kruk



17 Responses to "Hakerzy na wojnie z Putinem"