
SPORTY WALKI. Rozmowa z ANDRZEJEM GRZEBYKIEM, zawodnikiem MMA, podwójnym mistrzem organizacji FEN
Rzeszowianin Andrzej Grzebyk otrzymał Heraklesa za walkę roku 2019 z Kamilem Gniadkiem. To najważniejsza nagroda w polskim MMA.
– Cristiano Ronaldo nie rozstawał się z piłką nawet, gdy kładł się spać. A pan zabiera Heraklesa do łóżka?
– Można tak powiedzieć (śmiech). Nie rozstaję się z nim na krok, podobnie było z pierwszym zdobytym pasem mistrzowskim. Herakles otrzymany za walkę roku to dla mnie najcenniejsza nagroda, przecież w Polsce w dwanaście miesięcy odbywa się około tysiąca pojedynków. Konkurencja jest olbrzymia.
– Do piłki można się przytulić, do statuetki z brązu nie bardzo.
– Herakles jest ciężki, waży ok. 2 kg. Gdy patrzę na niego, czuję jakbym zdobył Oscara. Ta nagroda to zresztą Oscar w świecie MMA.
– Rozumiem, że zajął w pańskim domu honorowe miejsce?
– Żona postanowiła, że zostaje w naszym domu, co było o tyle niebezpieczne, że dotychczasowe trofea lądowały u mojej mamy. Ona kolekcjonuje wszystko, co związane z moją karierą. Na szczęście do konfliktu nie doszło, następny Herakles będzie dla mamy (śmiech). Jak pan słyszy i widzi, strasznie jestem podekscytowany, ale po pierwsze: nie umiem tłumić emocji, a po drugie: gdy budzę się i spoglądam na statuetkę, jestem dumny z tego, czego dokonałem. Proszę tego nie mylić z brakiem pokory albo zarozumialstwem. Nie gwiazdorzę, wciąż jestem zwykłym Jędrusiem. Ta nagroda daje mi jednak pozytywnego kopa, motywuje mnie do jeszcze cięższej pracy.
– Za panem świetny rok.
– Stoczyłem tylko dwie walki, obie jednak wygrałem i zostałem podwójnym mistrzem organizacji FEN. Trochę szkoda, że ten drugi bój trwał tak krótko, ale… to nie moja wina (Brazylijczyk Robert Fonseca wytrzymał dokładnie 18 sekund – red.). Na koniec zostałem uhonorowany Heraklesem. Tak, to był udany rok, choć zapewniam, że mogę być lepszym zawodnikiem!
– Zaraz po odebraniu nagrody powiedział pan, że w 2020 roku odbierze kolejnego Heraklesa. Wygląda na to, że Andrzej Grzebyk jeńców nie bierze.
– Cóż, jestem strasznie uparty i ambitny. Nie rzucam słów na wiatr, dlatego zrobię wszystko, by wrócić po następną statuetkę. Łatwo jednak nie będzie.
– Dlaczego to pana walka z Kamilem Gniadkiem zasłużyła na wyróżnienie?
– Dlatego, że obfitowała w dramatyczne zwroty akcji. Kamil zaskoczył mnie w stójce, ja jego w parterze, zakładając mu dźwignię na staw łokciowy. Szkoda, że nie zakończyłem tego spektakularnie, bo byłby drugi Herakles za poddanie roku (śmiech). W tej naszej walce było wszystko, co w MMA najlepsze. Walczyliśmy do upadłego. Było serducho, ale też duża jakość. Nawet komentujący ten pojedynek Juras krzyknął: chyba mamy walkę roku! A przecież to się działo w połowie marca, gdy sezon jeszcze na dobre się nie rozpoczął.
– Denerwował się pan podczas gali w Warszawie? Każdy wie, że ma pan „gadane”, ale podejrzewam, że przemowę pan jednak ćwiczył?
– Byłem nominowany, raz czy drugi przeszło mi przez głowę, że mogę zdobyć nagrodę, lecz niczego nie byłem pewien. I przyznam, że denerwowałem się bardziej, niż podczas walki. Serce mi waliło, na przemian było mi zimno i gorąco. Jednak gdy usłyszałem swoje nazwisko, ciśnienie zeszło. No a przemowa to oczywiście spontan! Zawsze jestem sobą, nie owijam w bawełnę, często odbija się to mocnym echem, ale nie mam zamiaru udawać kogoś, kim nie jestem.
– Środowisko zareagowało pozytywnie czy jednak zawistnicy dali znać o sobie? Pytam, bo polskiemu MMA do jedności bardzo daleko.
– Gratulowało mi mnóstwo ludzi, niektórzy znajomi przyjeżdżali do mojego domu specjalnie po to, by zobaczyć Heraklesa. Co do środowiska – faktycznie jest ono podzielone, wiele klubów konkuruje z sobą, zbyt często stosując przy tym ciosy poniżej pasa. Problem stanowią ci, którzy noszą głowy wyżej, niż powinni.
– Głośno było o pana rozstaniu z FEN. Miał pan być ambasadorem organizacji, a stał się czarnym charakterem.
– Powiem tak: kilkukrotnie wyciągnąłem rękę na zgodę, ale została ona pogryziona. Dla mnie to zamknięty temat. Marzenia będę spełniał w innej organizacji.
– Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze…
– Jeśli masz u siebie podwójnego mistrza i płacisz mu śmieszne pieniądze, to nie oczekuj, że mistrz będzie z tego zadowolony. Nie czułem się tam doceniany, uważam, że zasługiwałem na lepsze traktowanie. W FEN-ie spotkałem wielu fantastycznych ludzi, ale jeden człowiek niszczy tę organizację. Jeśli nie zostanie odsunięty, nic się tam nie zmieni (chodzi o prezesa FEN Pawła Jóźwiaka – red.).
– Kiedy zobaczymy pana w nowych barwach i dlaczego będzie to KSW?
– Hehe, nie tak prędko. Na stole leżą cztery kontrakty prestiżowych federacji i godne pieniądze. Dwie polskie federacje i dwie zagraniczne. Debiut miałby nastąpić w kwietniu albo w maju. Tam gdzie pójdę, chcę być gwiazdą, a nie jednym z wielu.
– Potwierdza pan, że nowa umowa to będzie bomba?
– Kibice powinni być usatysfakcjonowani (śmiech). Jako niepokonany od czterech lat, mogę od razu walczyć o pas, ale mogę też dostać walkę na przetarcie. Od jakiegoś czasu przygotowuję się pod pięć rund, a to już inny rozmiar kapelusza. Walka o pas to większe pieniądze i rozgłos, z drugiej strony, nie jest dobrze zacząć przygodę z nowym pracodawcą od porażki. To są dywagacje, bo przecież nie wszystko zależy ode mnie. To federacja ma tutaj najwięcej do powiedzenia. Ona posiada pomysł na zawodnika, bada rynek, ustala plan. Na tym poziomie nie działa się po omacku. To już poważny biznes.
– W poważnym biznesie wygląd ma znaczenie. Widzę, że do eleganckich ubrań Andrzeja Grzebyka doszła biżuteria Giorre. To pana nowy sponsor?
– Mateusz Wójcik to więcej niż sponsor. To partner, bardzo dobry kumpel. Poznał nas Jakub, który dobrze zna mnie, a Mateusza jeszcze lepiej. Wszystko działo się przed jesienną walką z Fonsecą, gdy większość sponsorów zaczynała śpiewkę o minimalizowaniu ryzyka, możliwej utracie wizerunku firmy w przypadku porażki. Mateusz powiedział, że jest ze mną na dobre i na złe i będzie mnie wspierał nawet, jeśli powinie mi się noga. Obaj z Kubą mają na mnie dobry wpływ, wiele im zawdzięczam.
– Rozmawiamy w restauracji, do pana następnej walki jeszcze mnóstwo czasu, a pan przy herbatce…
– Zimowej, zaznaczmy. Z cytryną, pomarańczą i miodem. Wszyscy się dziwią, że u mnie zero alkoholu, nawet na imprezie piję tylko wodę. Choć czasem mam jej po dziurki w nosie. Jak zbijam wagę, wypijam dziennie pięć litrów wody. Piję i biegam do toalety (śmiech).
– Na wakacjach w Tel Awiwie wino sączyła wyłącznie żona?
– Nie mogę się złamać w kwestii alkoholu, bo zaraz złamię inne postanowienie i ciężka praca pójdzie na marne. Ale po zakończeniu kariery, za sześć, siedem lat, wypiję niejednego drinka (śmiech).
Rozmawiał Tomasz Szeliga



One Response to "Heraklesa zabieram wszędzie"