
O polskim tenisie znowu zrobiło się głośno na całym świecie. Po tym, jak w październiku ubiegłego roku Iga Świątek triumfowała
w Roland Garros, tym razem w roli głównej wystąpił Hubert Hurkacz. 24-latek wygrał w minioną niedzielę – jako pierwszy Polak w historii – ATP Masters 1000 w Miami, czyli największy po Wielkim Szlemie turniej tenisowy. Dzięki temu awansował na 16. – najwyższe
w karierze – miejsce w rankingu ATP.
Wyróżnia się techniką, regularnością, pewnością siebie i tym, czym zawsze mi imponuje, czyli wszechstronnością. Nie ma żadnych słabości. Inni tenisiści mają, a on nie. Wiem, że to tylko kwestia czasu, kiedy znajdzie się w TOP10 albo nawet TOP5 na świecie. Gra rewelacyjnie – tak o Hurkaczu mówi Wojciech Fibak, jedyny Polak, który do tej pory notowany był w czołowej „10” najlepszych tenisistów świata.
Mogę osiągnąć jeszcze więcej
Hurkacz z pewnością nie był zaliczany do grona faworytów turnieju w Miami. Przystępował do niego jako 37. rakieta świata, a trzeba podkreślić, że od 16 lat w ATP Masters 1000 w Miami nie było przypadku, aby w rywalizacji triumfował zawodnik spoza czołowej „30” rankingu ATP. Sztuka ta udała się właśnie Polakowi, który w wielkim finale pokonał 7:6 (7-4), 6:4 Włocha Jannika Sinnera. I mimo że na Florydzie zabrakło chociażby Novaka Djokovicia, Rogera Federera czy Rafaela Nadala, w niczym nie umniejsza to sukcesu polskiego tenisisty.
– Jestem bardzo szczęśliwy. Kiedy po ostatnim zagraniu Jannik nie trafił w kort, zdałem sobie sprawę, że za chwilę wzniosę w górę największe trofeum w mojej dotychczasowej karierze. To dla mnie coś naprawdę wyjątkowego. Przez cały turniej grałem solidnie. Przejście każdej kolejnej rundy sprawiało, że czułem się pewniej, każde zwycięstwo jeszcze bardziej mnie motywowało. Ta wygrana utwierdza mnie w przekonaniu, że mogę osiągnąć jeszcze więcej – mówił po trumfie w Miami Hubert Hurkacz.
Grać w tych największych turniejach
Jego przygoda z tenisem rozpoczęła się na przełomie wieków w rodzinnym Wrocławiu. – Po rakietę po raz pierwszy sięgnąłem, gdy miałem 3 lub 4 lata. W związku z tym, że nie byłem wówczas zbyt komunikatywny, pewnie nie myślałem wtedy o takich chwilach (śmiech). Ale po kilku latach treningu, będąc około 8 – 9-letnim dzieckiem, miałem marzenia, żeby grać w tych największych turniejach i wygrywać najważniejsze mecze – wspominał w jednym z wywiadów Hubert Hurkacz. Długo jednak nie było pewne, że to właśnie tenis stanie się jego sposobem na życie. Zdecydowanie bardziej przypadła mu bowiem do gustu koszykówka, którą zresztą trenował w barwach UKK Wrocław. Swoich sił próbował również w pływaniu, a to zapewne z racji faktu, że jego ojciec, Krzysztof, w przeszłości grał w piłkę wodną. Ostatecznie zwyciężył jednak tenis, w czym z pewnością spora zasługa mamy, Zofii, która w latach 80. XX w. odnosiła sukcesy na kortach w kategorii juniorów oraz jej brata, reprezentującego nasz kraj w Pucharze Davisa. – To Zosia wpadła na pomysł, żebym razem z nią uprawiał ten sport amatorsko. Zabieraliśmy więc małego Huberta, a on nam… przeszkadzał. Wpadał na kort i chciał, żeby się nim interesować, a nie tenisem. I takie były jego początki na korcie – wspominał na łamach „Super Expressu” Krzysztof Hurkacz, ojciec tenisisty.
Życiowy dylemat
Młody Hurkacz jednak długo nie wyróżniał się niczym specjalnym na tle swoich rówieśników. Mimo życiowego dylematu, ostatecznie zdecydował się postawić na tenis. Dzięki wsparciu rodziców wyjechał do Sopockiej Akademii Tenisowej, gdzie uczęszczał do szkoły. Na pierwsze międzynarodowe sukcesy wśród juniorów trzeba było poczekać do 2014 r., kiedy to wraz z Janem Zielińskim zajął 2. miejsce w drużynowych mistrzostwach Europy juniorów. Rok później dotarł on do finału debla juniorskiego Australian Open, w którym w parze ze Słowakiem Alexem Molczanem przegrał z duetem Jake Delaney – Marc Polmans. Hurkacz, będąc jeszcze juniorem, zaczął grać w turniejach zawodowych najniższej rangi, gdzie zdobywał tak przydatne w późniejszych występach doświadczenie. 6 lat temu we Wrocławiu wygrał turniej w Futures, zdobywając tym samy pierwsze punkty (18) do rankingu ATP.
Przełomowy moment
Cierpliwość i pracowitość sprawiły, że krok po kroku piął się on w rankingu najlepszych tenisistów świata. Gdy już znalazł się w czołowej „100”, nawiązał współpracę z menedżerem, dzięki któremu mógł trenować z samym Rogerem Federerem. Przełomowym momentem w jego karierze było przejście pod skrzydła amerykańskiego trenera, Craiga Boyntona. – Jest znakomitym człowiekiem. Bardzo pomocnym, wspierającym, kimś, kto chce utrzymywać relacje nie tylko podczas treningów. My się po prostu wzajemnie bardzo lubimy. Kiedy miałem kłopoty zdrowotne, to było dla mnie bardzo wzruszające, jak Hubert się tym przejął, jak bardzo chciał pomóc i sprawdzał, czy wszystko ze mną w porządku. Jestem mu niezwykle wdzięczny – mówił Boynton w styczniu br. w wywiadzie dla TVP Sport. – Pierwsze słowa trenera po wygranej w Miami były takie, że wiszę mu teraz… dobrą butelkę wina (śmiech). Cieszył się i gratulował tego, co razem osiągnęliśmy. Pracowaliśmy na ten sukces bardzo ciężko również i tu, na Florydzie w ubiegłych latach, dlatego niesamowicie się cieszę, że to wszystko wydarzyło się właśnie tu. Z najbliższą rodziną również miałem okazję porozmawiać. Wszyscy są super zadowoleni i uradowani – przyznał Hurkacz.
Być może niewiele osób o tym wie, ale w udanych występach na korcie polskiemu tenisiście pomaga… medytacja. – To był mój pomysł. Stwierdziłem, że może to być element, który pozwoli mi się rozwijać w sferze mentalnej. Staram się nad tym pracować i poprawiać swoją świadomość również co do tego, co się dzieje na korcie. Głowa jest niesamowicie ważna w tenisie. Ważne, by być dobrze przygotowanym do meczów oraz odpoczywać pomiędzy nimi. Doświadczenie jest niesamowicie ważne, ale ono wynika też trochę z psychiki, ponieważ człowiek już był w konkretnych sytuacjach, konkretnych momentach i pamiętają to jego mięśnie oraz głowa. Obie te rzeczy są więc niesamowicie istotne – przekonywał Hurkacz w rozmowie z Polsat Sport.
Sodówka mu nie zagraża
Hurkacz przed tegorocznymi zawodami w Miami (pula nagród 3,34 mln dol.) w dorobku miał już dwa tytuły wywalczone wcześniej w zmaganiach ATP, ale nie są one aż tak prestiżowe, jak ten niedzielny. Poprzednie triumfy, podobnie jak ten ostatni, odnosił on w USA na twardej nawierzchni: w 2019 r. wygrał w Winston-Salem, a w styczniu br. w Delray Beach. Dzięki wygranej w Miami w zawodowej karierze zarobił już ponad 3 mln dolarów, co z pewnością pozwoli mu realizować się w jego pasji, jaką jest motoryzacja, a w szczególności szybkie samochody. – Sodówka mu nie zagraża – zapewnia na łamach Interia.pl jego były trener Aleksander Charpantidis, który dodaje: – Jest bardzo dobrze wychowanym i poukładanym chłopcem, pochodzi z dobrego domu, ma rozsądnych rodziców. Mentalnie nie ma możliwości, żeby robił głupoty. On wie, czego chce. Jest przy tym inteligentny. Sukces nie uderzy mu do głowy, sportowo zawsze będzie miał mało – przekonuje. – Dla mnie ważne będzie, żebym zawsze był sobą. Trzeba pamiętać, że w tym sporcie nie zawsze się udaje. W Miami – łącznie z kwalifikacjami – wystartowało ponad 100 tenisistów, a wszystkie mecze wygrał tylko jeden. Większe są szanse, że się przegra i odpadnie, niż zwycięży. Ale taki sukces też dodaje skrzydeł. Dlatego będę ciężko pracować i walczyć w kolejnych turniejach – zapewnia Hubert Hurkacz, który już niebawem może stać się najwyżej notowanym polskim tenisistą w rankingu ATP. Ciekawostką jest fakt, że podobnie jak on, tyle że w rankingu kobiet, 16. miejsce zajmuje obecnie również Iga Świątek. Tak wysokie miejsca polskich tenisistów w światowych rankingach to rzadkość. Po raz ostatni taka sytuacja miała miejsce 8 lat temu, gdy Agnieszka Radwańska była klasyfikowana na 5., a Jerzy Janowicz na 14. miejscu. Polskim rekordzistą w rankingu ATP jest Wojciech Fibak (10. miejsce), a wśród pań Agnieszka Radwańska, która w 2012 r. była drugą rakietą świata. Czy „nowa era” polskiego tenisa pobije te osiągnięcia?
Marcin Jeżowski


