
Zapowiadana w kampanii wyborczej przez prezydenta Andrzeja Dudę ustawa o Funduszu Medycznym została podpisana. Chciałoby się powiedzieć, nareszcie. Nareszcie rodzice dzieci wymagających wysokospecjalistycznego leczenia czy chorych na choroby rzadkie, nie będą musiały żebrać, wyciągać ręki i prosić o wsparcie różnego rodzaju fundacji, a mówiąc prościej korzystać z hojności ludzi nie obojętnych na tragedię tych rodzin, wpłacających dobrowolne datki, na wskazane w prośbach konta. Bo temu, według zapewnień, miał służyć fundusz, z było, nie było, dość zasobnym kontem, według zapowiedzi, 4 mld zł rocznie, i to już od 2021 roku. Tu jednak kończą się dobre wieści. Dlaczego? Otóż, w przyjętym przez rząd projekcie ustawy budżetowej na przyszły rok nie ma ani słowa o pieniądzach mających trafić na takowy fundusz. Jest finansowanie Programu „Rodzina 500+” (41,0 mld zł), nakłady na finansowanie ochrony zdrowia na poziomie 5,3 proc. PKB (warto przypomnieć, że na długo przed wybuchem pandemii lekarze rezydenci wymogli na ówczesnym ministrze zdrowia Łukaszu Szumowskim zobowiązanie, że wydatki osiągną co najmniej 6 proc. PKB), waloryzację rent i emerytur od 1 marca 2021 r. (szacowany łączny koszt wynosi ok. 9,6 mld zł), realizację świadczenia „Dobry Start” (1,4 mld zł), oraz finansowanie różnych zadań: w ramach Funduszu Solidarnościowego, potrzeb obronnych Polski, w obszarze szkolnictwa wyższego i nauki, w obszarze mieszkalnictwa, transportu lądowego: infrastruktury drogowej oraz krajowych pasażerskich przewozów kolejowych. Skoro nie ma pozycji, która od przyszłego już roku pozwoliłaby zasilić fundusz trzeba będzie komuś innemu zabrać. Na przykład zmniejszyć pulę na refundację leków czy chemioterapię (a miało być bez uszczerbku dla reszty ochrony zdrowia), albo… podebrać emerytom. Wyjść jest kilka, tyle tylko, że jedno gorsze od drugiego. I nie załatwia niczego. Cóż, z próżnego i Salomon nie naleje. Tak czy inaczej, z funduszem czy bez, na leczenie z budżetu wydamy zaledwie 5,3 proc. PKB tymczasem z powodu pandemii potrzeby szpitali są coraz większe. Ale fundusz medyczny, który prezydent zapowiedział w kampanii wyborczej mamy. I to jest sukces. Prezydent spełnił obietnicę i niewiele go obchodzi, że zamiast źródła, poprawiającego finansową mizerię publicznego lecznictwa, będziemy mieć jego atrapę. Zarządzaną przez ministra zdrowia, ale uzupełnioną najpewniej przez przedstawicieli organizacji pacjentów (tzw. 1 proc. podatku). Tyle tylko na ten jeden procent „czyhają” setki organizacji, fundacji, hospicjów, które już muszą liczyć się ze zwiększonymi potrzebami. Wszak państwo, odbiera właśnie, dzięki decyzji Trybunału Konstytucyjnego możliwość decydowania o terminacji ciąży z powodu przesłanek wskazujących na ciężkie i nieodwracalne upośledzenie płodu zagrażające jego życiu. Czym się to skończy? Większym obłożeniem łóżek hospicyjnych, bo tylko dureń nie zdaje sobie sprawy co to jest dziecko nieodwracanie upośledzone. I przepraszam bardzo, nie mówimy tu o dzieciach z zespołem Downa. To bardzo mało upośledzone dzieci w porównaniu do tych o których mowa. Ale wracając do tematu funduszu medycznego. Według mnie, jest a jakby go nie było. To fasadowe ciało będzie decydować m.in. o tym, kto, personalnie, dostanie środki na leczenie za granicą. Kasia z rdzeniowym zanikiem mięśni (SMA) czy Staś z chorobą Niemanna-Apicka (dziecięcy alzheimer), a może Basia z rakiem mózgu, nie leczonym dotychczas w Polsce? Póki co, zamiast precyzyjnych kryteriów określających zasady, jaki typ chorych i na jakich warunkach może leczyć się za publiczne pieniądze, mamy obietnicę pomocy PAŃSTWA. Czy taką jak przy obsadzaniu stanowisk? Wyroków nie wydaję, bo sędzią nie jestem. Strach jednak we mnie jest.
Redaktor Anna Moraniec



4 Responses to "Ile pieniędzy (nie)będzie w Funduszu Medycznym?"