Inflacja „zjada” niskie pensje i oszczędności

Niska inflacja, na poziomie 1 – 2 proc. nie jest groźna. Jeśli przekracza ten poziom, to zaczyna się problem, bo może być jednym z najbardziej dolegliwych zjawisk. Inflacja nie jest problemem ekonomistów, ale zwykłego człowieka, któremu zarobione pieniądze topnieją w kieszeni. 7.10.1992 r. Warszawa. Wnętrze sklepu Billa, Róg Chełmskiej i Czerniakowskiej. Takie ceny na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku osiągało piwo. Inflacja w 1992 r. wynosiła 43 procent! Fot. Sławomir Kamiński

Polacy sięgają coraz głębiej do kieszeni. Zwiększają się domowe wydatki na żywność, podstawowe rachunki czy paliwo. W lipcu inflacja w Polsce osiągnęła poziom 5 proc. rocznie, co przewyższyło prognozy ekonomistów. I mimo że zarobki rosną, to w wielu sektorach nie na tyle szybko, by odczuć to w portfelach. – Inflacja zjada nasze pensje – grzmią ekonomiści.

Jak wynika z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego, przeciętne wynagrodzenie w Polsce w drugim kwartale 2021 r. wyniosło 5504,52 zł. To całkiem sporo. Jeszcze niedawno premier Mateusz Morawiecki wskazywał, że pensje Polaków rosną dynamiczniej niż inflacja, co finalnie przekładać ma się pozytywnie na domowe budżety. Przypomnijmy, że w lipcu inflacja osiągnęła poziom 5 proc. rocznie, co było najwyższym wynikiem od wielu lat. Czy więc rzeczywiście wszystko wygląda tak idealnie, a rosnących wydatków nie trzeba się obawiać?
W wielu grupach zawodowych wynagrodzenia rzeczywiście są wyższe, jednak nie jest to zasadą. Istnieją branże i profesje, gdzie zarobki nie nadążają za inflacją. – Dane GUS-u nie odzwierciedlają rzeczywistości. Średnie zarobki na poziomie ponad 5,5 tys. zł to jak na realia Podkarpacia bardzo duże kwoty, o których większość osób w naszym regionie może jedynie pomarzyć. Taka sytuacja dotyczy m.in. pracowników w budżetówce, administracji, nauczycieli – wyjaśnia Dominik Łazarz, ekonomista WSIiZ w Rzeszowie. I rzeczywiście wynagrodzenia w budżetówce stanęły w miejscu. Władza zamroziła płace, argumentując to koronakryzysem. Związki zawodowe sugerują urzędnikom protesty, domagając się 12-procentowych podwyżek od 2022 r.
Drogo, drogo, drogo…
Czy zapowiadane od stycznia podwyższenie płacy minimalnej z 2,8 do 3 tys. zł będzie wsparciem dla osób najmniej zarabiających? W pierwszych 2 – 3 miesiącach z pewnością tak, lecz w kolejnych kwartałach roku inflacja może „pochłonąć” te niewielkie podwyżki. – Wynagrodzenia rosną, lecz nie rekompensują one wzrostów cen np. żywności. Przez inflację tracą także nasze oszczędności, czy to te ulokowane w banku, czy te trzymane w domu. NBP podejmuje złe decyzje, a żeby ratować polską walutę i poprawić sytuację gospodarczą, powinien zacząć rozmawiać o podnoszeniu stóp procentowych. To jedyne rozwiązanie – tłumaczy Łazarz.
Nieco wyższe pensje konsumenci muszą przeznaczać na droższą żywność. Ceny w czerwcu w stosunku do tego samego miesiąca ubiegłego roku skoczyły o 4,4 proc. Pieczywo było droższe o 5,8 proc., energia elektryczna o 9,5 proc., mięso drobiowe o 21,1 proc., a benzyna aż o 29 proc.! Przy tak wysokich wzrostach cen nawet relatywnie godne przeciętne wynagrodzenie wydaje się być półśrodkiem. – Pamiętajmy, że nikt nie zarabia tej słynnej, dobrze brzmiącej „średniej krajowej”, bo to tylko wartość matematyczna, zresztą nieoddająca rzeczywistości. Najczęściej większość Polaków zarabia znacznie mniej. Poziom inflacji zaczyna niepokoić. Trzeba przestać drukować pusty pieniądz, należy skończyć z podnoszeniem cen administracyjnych, np. stawek za energię elektryczną czy wywóz odpadów, oraz zastanowić się nad podsieniem stóp procentowych, co przywróciłoby wartość oszczędzania. Należy działać, aby nie obudzić się z problemem zbyt późno – ostrzega Ireneusz Jabłoński z Centrum im. Adama Smitha.

kl

19 Responses to "Inflacja „zjada” niskie pensje i oszczędności"

Leave a Reply

Your email address will not be published.