Inwestor chce nad Sanem i już

Przy tzw. nowej drodze przez hutę mogłaby stanąć najnowocześniejsza huta w Europie. Miejsce jest obok amerykańskiej Kuźni Matrycowej, ale porasta je las. Fot. Jerzy Mielniczuk
Przy tzw. nowej drodze przez hutę mogłaby stanąć najnowocześniejsza huta w Europie. Miejsce jest obok amerykańskiej Kuźni Matrycowej, ale porasta je las. Fot. Jerzy Mielniczuk

STALOWA WOLA. Niech się Polska wali, byle lasy stały. Prezydent Szlęzak nie ma wątpliwości, że Lasy Państwowe zrobią wszystko, by utrącić dużą inwestycję w mieście. W pomoc premiera też wierzy, bo „tak wypada”.

Po fiasku wstępnych negocjacji na temat budowy w Stalowej Woli nowej huty stali, zagraniczny inwestor szukał dla siebie miejsca w innych rejonach kraju. Objazd nie był udany i potencjalny budowniczy zakładu metalurgicznego wrócił nad San. Znów prosi o 40 hektarów wolnego terenu, oferując w zamian tysiąc miejsc pracy i coroczne niebagatelne podatki do kasy miasta. Miasto ma wolnych nawet 40 kilometrów kwadratowych, ale wszystko porośnięte lasami.

Ponad połowa z 83 kmkw. powierzchni miasta zajęta jest przez lasy. To swego rodzaju luksus ekologiczny dla mieszkańców i przekleństwo dla włodarzy Stalowej Woli. Lasy Państwowe nie zgadzają się na wycinkę nawet kilku drzew, nie mówiąc już o ogołoceniu 44 ha potrzebnych pod budowę huty.

Zalesione państwo w państwie
Tę od podstaw chce budować zagraniczny inwestor. Jego obywatelstwo objęte jest tajemnicą, ale dowiedzieliśmy się, że chodzi o kapitał azjatycki. Dlaczego bogaty człowiek uparł się na Stalową Wolę? Bo tutaj już są tradycje hutnicze, jest strefa ekonomiczna i przede wszystkim wykształcona, a nie ma co się oszukiwać, że przy tym tania siła robocza. Inżynierów z metalurgicznymi kwalifikacjami w Stalowej Woli nie brakuje. Niższa kadra kształci się w kilku technikach miasta i okolic. Nie trzeba będzie nikogo dokształcać. Wreszcie nie bez znaczenia jest cena działki, która na pewno będzie niższa niż w Krakowie, Warszawie czy nawet na Górnym Śląsku. Problem jest tylko w drzewach.

Andrzej Szlęzak nie pierwszy raz wojuje z Lasami Państwowymi i przy byle okazji wypomina im, że są państwem w państwie, a za zajęcie połowy miasta płacą tyle podatku, co jeden większy sklep na kilku arach. Tym jednak razem rzucił wszystko na jedną kartę.

– Przy wycięciu tych 44 hektarów nie będzie żadnego uszczerbku dla ekologii miasta – przekonuje. – Problem w tym, że LP mają w nosie czyjąś pracę i los miasta. Da nich Polska może się walić, byleby lasy stały.

Premier obiecał pomoc, ale…
Negocjacje w Warszawie nie przynoszą rezultatu. Inwestor cierpliwie jeszcze czeka. Chyba już tylko na spełnienie obietnic Donalda Tuska. Premier, wizytując kiedyś Stalową Wolę, obiecał załatwienie tzw. szybkiej ścieżki do wylesienia terenu, jeżeli tylko znalazłby się inwestor, który chciałby na tym terenie budować zakład pracy. Taka sytuacja właśnie ma miejsce, ale… – Jakoś trudno mi się przekonać do obietnic Tuska – mówi Szlęzak. – Tym bardziej, że musiałby zadrzeć z gwardią, która może mu się przydać przy wyborach.

Jerzy Mielniczuk

4 Responses to "Inwestor chce nad Sanem i już"

Leave a Reply

Your email address will not be published.