
„Wi pan, z to wojno to tak do końca nie wiadomo. Tyn komik to tyż tam te swoje powiązania ma. Ony niby nic, niby po cichutku, a ciapate do nas przyjechały – nie? I siedzo. I zara dostano to i tamto, a ty płać panie za ropę siedem zeta. A co ja kasą sram. tyż jest ciężko, a te tam kukły zamiast dzieci w szpitalu kładom i zdjęcia robiom, żeby się świat litował. A Żydki przyjechały teraz i ony panie na Stalową Wolę jado i bedo jo zajmować. Szczepione wszystkie, bo rządy wymyśliły te szczepienie, żeby ludziom błony wyrosły między palcyma, bo my mamy pod wodą żyć zara, jak tu wszystko je*nie. Pan sie śmieje, a ja swoje wiem, bo jakeśmy ze szwagrem ziemie rozkopali, to dawniej na dwa metry wody nie było, a teraz pół metra i mokro. Świat się zmienia panie i to nie wiadomo czemu. Dobra – lecę do chałupy moich Ukraińców nakarmić, bo ledwie żywi Panie przyjechali spod Tarnopola. Niech szlag trafi tych Rusków panie, niech szlag.”
Mruga mój rozmówca porozumiewawczo okiem, skręta przypala i ino brakuje, co by kobyłę batem pogonił. Ale tu żadnej kobyły, tylko beema w skórze i czarny długi szpic ubłoconych lekko, kościołowych, błyszczących półbutów oraz dwurzędowy gajer, jak za najlepszych sylwestrów w jakimś Zakopanem czy innej remizie.
I tu się naprawdę nie ma z czego śmiać, bo my po prostu tacy jesteśmy, jak dwie strony lustra albo jak ta lawa z Mickiewicza przepisana. Dwa światy, dwie strony tęczy, ale w gruncie rzeczy jedno wielkie serce, które nie pozwoliło zbudować ani jednego obozu dla uchodźców, bo wszyscy w prywatnych domach przyjęci. Polak olewa rządową pomoc, bo jej nie ma nawet grosza i bardziej go szlag trafia, że rządowe limuzyny, jadąc „na bombach” blokują dostęp do granicy i korki jeszcze większe robią, niż że „rządowi” z puszkami od zwyczajnych ludzi fotki sobie robią. Więc zasuwają ludzie jak małe samochodziki, samorządowcy, wolontariusze, wszyscy w pomocowym szale.
Czasem tylko lustro pęknie, kiep przygnieciony obcasem przybity do gleby zagaśnie, a jakiś miejscowy mędrzec się pochwali, że on ze szwagrem to by tę wojnę z Ruskimi w trzy dni skończyli.
Trochę tak, jak w tej scenie z „Czterech Pancernych”, kiedy przekraczają „polską granicę na Bugu” i Janek pyta o swojego ojca, który walczył na Westerplatte, a jeden z chłopów mówi, że tam zginęło pięć tysięcy Polaków. Więc Janek nieśmiało, że ich tam było przecież tylko dwustu. I wtedy chłop mówi: Panie, jak dobrze policzyć, to inaczej wyjdzie.
I jak nie lubię Przymanowskiego za całokształt, to zdanie to jest według mnie kwintesencją polskości. My jesteśmy inni po prostu. I swoje wiemy. Bo jak się dobrze policzy, to inaczej wyjdzie. Po naszemu.
Redaktor naczelny Super Nowości, Jakub Karyś



9 Responses to "Jak dobrze policzyć, to inaczej wyjdzie"