Jak Fijołek stał się Fijołkiem

Konrad Fijołek wraz z żoną i synem. Fot. Archiwum

Konrad Fijołek to Rzeszów. Tu spędził całe życie. Tu chodził z tatą na mecze, tu się uczył, studiował, tu ma kumpli, stąd jest jego żona, tu urodził się jego syn. Pewnie nie miałby problemu z ułożeniem sobie życia gdzie indziej. Wiele razy mógł wyjechać. Na studia, do pracy, za granicę. – Nawet o tym nie pomyślałem – mówi. Dlaczego? – Ja lubię Rzeszów.

Tyle.

Mówi bez patosu, bez wielkich słów. Tak po prostu. Lubi RzeszówTaki jest Konrad Fijołek. Dlatego o Konradzie ciężko się pisze. Jest za idealny. Złośliwy by powiedział – za przeciętny, za zwyczajny. Nie ma w jego życiu skandali, soczystych historyjek, nagłych zwrotów akcji. Wszystko wzorowo, tak jak powinno być, jak dobrze jest, gdy bywa. Szkoła, studia, żona… Ale nie to jest najtrudniejsze. W końcu „szare” życie jest piękne i w dobie problemów, skandali, tragedii, którymi lubią epatować media, miło by było takim zwyczajnym życiem zachwycić. Opisać. Podglądnąć.
Gorsze jest to, że mówi szczerze rzeczy, które inni mówią na pokaz. Że naprawdę taki jest. Że kiedy mówi o dorastaniu we wczesnych latach 90., o tych, jak na jego oczach ludzie tracili pracę, biednieli, nie umieli się odnaleźć w nowej rzeczywistości; że wtedy poczuł, że chce działać, pomagać, że wierzy w niemodną sprawiedliwość społeczną – naprawdę tak myśli i czuje.. Jak mówi, że zawsze chciał zrobić coś dla ludzi – przerywam mu. – Wiem, że mówisz prawdę – ale to zbyt wyświechtane. Nikt w to już nie wierzy, bo dziś tymi słowami rzuca się na prawo i lewo. Zwykle bez pokrycia. Niestety… Gadajmy dziś o konkretach. Bez ideologii.
– On był zawsze idealistą, wręcz naiwnym – śmieje sie Ewelina, siostra Konrada. – I do dziś taki jest… Mimo tylu lat w polityce – ciągle taki sam…
Nie widziałam Konrada od kilku lat. Racja. Jest ciągle taki sam.

Jak Fiołek stał się Fijołkiem

Konrad przeprasza za kilkuminutowe spóźnienie. Wbiega z resztami fast foodów w ręce. – Normalnie tak nie jest – usprawiedliwa się i zaraz opowie o własnoręcznie hodowanych eko-warzywach, o tym, że próbuje przestać jeść mięso. Ale teraz jego życie stanęło na głowie. Kampania. Wiadomo. Być może rozmawiam z przyszłym prezydentem Rzeszowa. Ale obiecujemy sobie nie rozmwiać o polityce, programie, wyborach. Może trochę o Rzeszowie – bo Konrad to Rzeszów, mieszka tu całe życie i jak mało kto jest z tym miastem związany. Chcę napisać o tym, kim jest Konrad Fijołek, kiedy nie zajmuje się kampanią.
Tak właściwie to powinien nazywać się Fiołek, więc właściwie osoby przekręcające jego nazwisko nie robią dużego błędu. Jego tato jako bardzo młody chłopak zgubił wszystkie dokumenty. Aby je odtworzyć udał się do kancelarii parafialnej, aby ksiądz potwierdził jego akt urodzenia. Ksiądz, starszy tradycjonalista, miłośnik starej polszczyzny zamiast Fiołek napisał Fijołek. I Fijołka przepisywali tak potem urzędnicy. I tylko ta linia rodziny to Fijołki. Reszta – wujkowie, kuzyni – to Fiołki.
Poźne lata 70. Już Fijołki – to rodzina jak najbardziej przeciętna. Zresztą w tych latach wszycy byli przeciętni. Tata inżynier, mama ekonomistka, związna z WSK. M3 w wieżowcu, zielona wykładzina, pcv w łazience, meble Bieszczady, maleńka kuchnia. – Tato do dziś nie chce pożegnać się z boazerią – śmieje się Konrad. Dzieciństwo na trzepaku, boisku, nad Wisłokiem, obdarte kolana, podkradane siostrze skarpetki, gdy własne nie chcą się znaleźć. Domofonem (gdy wreszcie założyli) do mamy – mogę jeszcze zostać na podwórku? Gra w kapsle, wycinane z gazet plakaty rockowych zespołów, pożyczane kasety.

Między Stalą a Resovią

Konrad urodził się na osiedlu Gwardzistów. Pamięta stadion Resovii, który widzial przez okno i potem zawsze jego serce było rozdarte – Stal czy Resovia (a to kiedyś było ważne). – Właściwie to obu klubom kibicowałem i do dziś kibicuję – mówi. Bo jako kilkulatek przeprowadził się na Nowe Miasto – i znów w jego życiu pojawił się stadion – pamiętam do dziś odgłos żużlowych treningów. Gdy jako dorosły poznałem osobiście żużlowców, wciąż czułem dla nich podziw i respekt.
– Chciałem być sportowcem – mówi pytany o najwcześniejsze chłopięce marzenia. I uprawiał sport, brał nawet udział w zawodach (kajaki) – choć, jak mówi, nic specjalnego, nigdy jakoś daleko nie zaszedł. Do dziś lubi sport; chodzi na mecze, sam gra w kosza, siatkę, jeździ na rowerze, biega, pływa kajakiem po zalewie. Nieraz zaliczył wywrotkę na Wisłoku. – Bieganie uratowało mnie, gdy rzuciłem palenie i sporo przytyłem – śmieje się.
Jeśli przy sporcie jesteśmy – kilkanaście lat temu nazwisko Fijołek bardziej kojarzyło się z jego siostrą Eweliną – mistrzynią świata w akrobatyce sportowej. Dziś trenerka i radna, kobieta wulkan. Pełna energii, pomysłów. Jako sportowiec, potem trener zjeździła cały świat. USA, Nowa Zelandia, Chiny. Mieszkała w Kanadzie. To były czasy, kiedy nawet wyjazd za najbliższą granicę był dla takiego chłopaka jak Kondrad niemal niemożliwy do spełnienia marzeniem. Odległy, kolorowy świat.
– Nie zazdrościłeś?
– Kondrad śmieje się.
– Trochę, choć bardziej cieszyłem się z sukcesów siostry. – Nie czułeś się w cieniu? Na drugim planie? Brat sławnej siostry?
– Nie, miałem swój świat, swoje życie, kolegów, szkołę. To mnie cieszyło, byłem szcześliwy.
Konrad ma rzadką cechę. Zazdroszczę. Umie cieszyć się z drobiazgów, codzienności, ze zwyczajnego życia. I nie ma kompleksu prowincji, średniego miasta. Nie czuje się gorszy ani mniej profesjonalny od wielkich polityków, nie uważa, że gdzieś indziej jest większy, lepszy świat. A jak jest – to u nas też może taki być. Nigdy nie czuł, że być z Rzeszowa, Podkarpacia to gorzej niż z Warszawy, Poznania, Krakowa, Londynu. Że się mniej wie, widzi, doświadcza, że się jest gorzej wykształconym, że się jest gorszym specjalistą. I nie tylko tak myśli – tak żyje.

Rzeszów – tu mam kumpli, tu chcę zostać

– Wybrałeś WSP (jeszcze wtedy nie UR) – mogłeś iść na UJ, UW – wymieniam najlepsze polskie uniwersytety. Dlaczego? – Bo wszędzie można być dobrym studentem, świetnym w tym, co się robi, szczęśliwym, spełnionym człowiekiem. Nie ma lepszych i gorszych miejsc. Dlaczego nie wyjechalem na studia? Chciałem po pierwsze zostać w Rzeszowie, bo jak wspomniałem – lubię moje miasto. Bo tu mam kolegów (do dziś przyjaźni się kumplami z podstwówki, liceum), bo słyszałem, że na rzeszowskich uczelniach są świetni wykładowcy, mądrzy otwarci, ludzie, że studiują tu fajne osoby, że można dyskutować, działać. – Nie zawiodłeś się? – Nie. Studia były świetne. Wykładowcy genialni. To był dobry czas – pod każdym względem.
Ale zanim Konrad został socjologiem, skończył IV liceum. Jedno z najlepszych w Rzeszowie. – Nie miałem problemów z dostaniem się, bo byłem laureatem olimpiady matematyczniej
– wspomina. Oczywiście wybrał mat-fiz. W liceum miał długie wlosy, koszule w kratę i słuchał Nirvany, tak jak wielu jego kolegów. Założył nawet zespół grungowy – grał na perskusji, choć kariera muzyka skończa się po kilku próbach. – Napisałem za to kilka tekstów, które przetrwały kapelę, były nawet gdzieś publikowane. Niestety, ich odnalezienie będzie trudne…
Konrad uczył się świetnie, choć nie był kujonem. Zawsze towarzyski – ogniska z kolegami, koncerty, festiwale rockowe, zdarzyły się nawet wagary.
– Uciekaliśmy ze szkoły i nie wiem jak, ale wpadliśmy na pomysł, aby udać się do Radia Rzeszów. O dziwo wpuścili nas, i prowadzący wtedy program Maciek Gnatowski wpuścił nas na antenę. Zaśpiewaliśmy naszym nauczycielom „IV Liceum” T. Love. (Gdy cieszę się, że wreszcie jakaś sensacja z życiorysu Fijołka, jakaś skaza, czyn nielegalny, jego siostra śmieje się: – Nie powiedział, że był to Dzień Wagarowicza…)

Autostopem po Europie

Wtedy w czasach późnolicealnych/wczesnostudenckich Konrad wiele podróżował. Pokochał górskie włóczęgi, namiot. Zaczął też zwiedzać Europę – oczywiście autostopem, pierwsze wielkie podróże, niemal bez pieniędzy, spanie po krzakach. O jego autostopowych wyprawach pisały nawet Super Nowości. – Pierwszy był Amsterdam – wspomina. Ciężarówki, zmęczenie, ale i kolorowy, bogaty świat (mamy wczesne lata 90.) – Zazdrościłeś? – Bardziej podziwiałem – opowiada. – Że ludzie są otwarci, uśmiechnięci. Że miasta są piękne, czyste, przemyślane, że nie tylko ludzie mają pracę i pieniądze, ale i miejsce na czas po pracy – na uprawianie sportu, relaks. Że jest ładnie. Rzeszów był wtedy siermiężny, betonowy, brudnawy, szary. Konrad chłonął europejskie miasta. – Chciałbym w takim żyć – myślał – nie w tym – ale w takim. Żeby mój Rzeszów był taki…
Potem na studiach pojechał na stypendium do Bielefeldu (i nawet przez chwilę nie pomyślał, żeby zostać na stałe w Niemczech) – i znowu – zachwycił się miastem. Żeby Rzeszów był taki czysty, uporządkowany…. Ciągle lubi oglądać miasta. Dziś podróżuje trochę dalej, był w USA i Chinach. – Lubię podglądać, interesują mnie ciekawe, niebanalne rozwiązania. Zachwycam się nie tylko zabytkami, ale np. spalarnią śmieci w Kopenhadze, która jest jednocześnie torem narciarskim. Świetnie zaprojektowane, funkcjonalne miasto. Takie czyste, ekologiczne, sprytne rozwiązania. Uwielbiam też ciasne uliczki Azji, marzę, żeby je zwiedzać – ale mieszkać chcę w mieście, które jest europejskie. Takie jak miasta Niemiec, Francji, Skandynawii.

Pracownik samorządowy

Wracamy do lat 90. – Kim chciałeś wtedy być?
– Chciałem działać. Coś robić. Nie tyle być politykiem – co, jakkolwiek to zabrzmi – osobą, która działa, robi coś realnego, co ma skutek dla konkretnego człowieka. Dlatego wybrałem socjologię.
– Są lata 90., potężne bezrobocie, ludzie idą na studia, które zagwarantują pracę, chcą być inżnierami, lekarzami, prawnikami, studiują języki – dlaczego socjologia? Jaka po tym praca? – pytam. Konrad śmieje się. – Bo mnie interesowała. Tylko tyle. Nigdy nie patrzyłem na moje wybory pod kątem co z tego będę miał, czy dużo zarobię, czy i jaką zrobię karierę.
– Mieliśmy szczęście – dodaje Ewelina. – Nasi rodzice nigdy na nas nie naciskali. Zawsze mieliśmy wolną rękę. Nie było – musisz mieć dobre studia, dobrą pracę. Musisz być kimś. Idź tam, nie idź tam, ucz się tego. Mówili – rób to co lubisz, w co wierzysz. Nie przeszkodzili mi, gdy kosztem szkoły trenowałam, nie wiedząc, czy coś z tego wyjdzie. Nic nie narzucali. Podobnie było z Konradem – może mógłby iść na studia inżynierskie, albo prawo – ale on chciał socjologię. I świetnie.
Konrad został więc studentem socjologii. Wybrał specjalizację „pracownik samorządowy”. – Polityka… tak, myślałem już o polityce, że chcę się tym zająć na poważnie. Ale chcę być człowiekiem samorządu – chcę widzieć efekty mojej pracy. Dlatego Konrad nie poszedł nigdy w „wielką politykę”, nie został posłem – nie chciałbym być daleko od ludzi, od codziennych problemów.
Zastanawiamy się, skąd ta chęć działania. Dlaczego Konrad nie chce pracować w korporacji, mieszkać w Londynie, w Nowym Jorku. Zna języki, ma wykształcenie. Dlaczego wybrał drogę samorządowego urzędnika – bo tym zajął się po studiach. Co kieruje ludźmi, jak to działa? – W końcu rozmawiam z magistrem socjologii, powinien się na tym znać. Głośno myśli: Rocznik 76. Moja wczesna młodość, gdy jest się idealistą, to czasy przełomu, kryzysu w Polsce. Młodość, gdy się marzy, to czasy, gdy marzenia były pod znakiem zapytania. To czas szans, ale i czasy trudne, ludzie na moich oczach tracili pracę, pojawiło się wielkie bezrobocie, szalała inflacja, działy się setki tragedii – kolegi rodzice bez pracy, nagle kogoś nie stać na chleb, nagle koleżanka, świetna studentka, musi wyjechać na farmę do Niemiec, bo nie ma szans na pracę, kolega rezygnuje z nauki, bo nie stać go nawet na akademik. Może wtedy narodziła się we mnie wrażliwość? A może była zawsze? Czytałem i czytam obyczajowe, społeczne książki. Remarque, Steinbeck. – Zawsze szkoda mi ludzi… Zawsze chciałem pomagać… – robi się ckliwie i znowu ta dziennikarska bezradność, że mamy czasy, gdy zwyczajne dobro wydaje się szuczne, na pokaz, polityczne – bo tak się go „używa”. Bo tylko jego bliscy znajomi wiedzą, że Konradowi szklą się oczy, gdy w telewizji ogląda reportaże o ludzkich biedach. Że wspiera fundacje, zbiórki na chore dzieci
– choć o tym głośno nie powie…

To nie przypadek

Wróćmy na ziemię. Od czasu studiów Konrad poznał wszystkie tajniki samorządu. Pracował w wielu rzeszowskich urzędach, na różnych stanowiskach. Zna miasto z każdej strony, zjadł zęby na lokalnych sprawach. Oprócz pracy zawsze działał; założył m.in. Smart City. – Czy byłem do czasów kampanii człowiekiem z pierwszych stron gazet? – zastanawia się. Chyba nie – choć często wypowiadałem się publicznie na ważne tematy, czasem mocno o coś walczyłem. Ale wolałem pracować, niż błyszczeć.
Ciężko znaleźć kogoś lepiej zorientowanego, bardziej wrośniętego w sprawy Rzeszowa. Ciężko znaleźć samorządową dziedzinę, o której Fijołek nie będzie mógł mówić godzinami, na której by się nie znał. Miało nie być o polityce, ale się wkradła….Tylko jedno pytanie: Dlaczego kandydujesz?
– To nie jest przypadek, raczej naturalna kolej rzeczy. Nie jest to żadna nagła decyzja, pomysł na szybko. Od dawna się do tej funkcji przygotowywałem. Kiedy Tadeusz Ferenc chciał startować w wyborach senatorskich, „namaścił” Fijołka, nieraz nazywanego jego prawą ręką – Od tej pory, ponad 10 lat przygotowywałem się do tych wyborów, do tej funkcji. Jestem więcej niż gotowy.
Na co narzeka Fijołek? Brak czasu… Jest domatorem, ceniącym rodzinę, uwielbiającym czas z synem. – Ale wiem, że z tym nie da się nic zrobić. Że praca dla miasta to pełne poświęcenie, pogodziłem się z tym. Moja rodzina też…Choć z drugiej strony chcę dalej żyć zwyczajnie – imponują mi politycy jeżdzący do pracy rowerem, nie siadający na meczach na trybunach VIP, latający, gdy już trzeba, klasą ekonomiczną…
Konrad Magdę, swoją przyszłą żonę, poznał jeszcze w liceum. Długi związek, po wielu latach małżeństwo. Ślub marzeń – welon, biała suknia, kościół przy ulicy 3 Maja. – Bo go lubię, to rzeszowska perełka i po cichu zawsze marzyłem, żeby wziąć tu ślub – i udało się. Magda jest z zawodu romanistką, pracuje w przemyśle lotniczym. Mają 11-latka Ksawerego. – Konrad jest świetnym ojcem – mówi Ewelina. – Gdy tylko może spędza z synem czas, zmieniał pieluchy, karmił. Jest cierpliwy, kochający.
Państwo Fijołkowie mieszkają przy ulicy Senatorskiej, Konrad jeździ czarną hondą, mają labradora. – Cenię sobie spokojne, ciche, zwyczajne życie – przyznaje.
Chłopak z Rzeszowa – tak postrzegają go jego znajomi. – Otrzymuję wiele sympatii w związku z wyborami, ale nie czuję się gwiazdą, nic się nie zmieniło. Może to, że ludzie zaczynają poznawać mnie na ulicy… Dziwne uczucie…
– Jakaś mała prywata, gdy wygrasz? Konrad śmieje się. – Wszystko co chcę zrobić w mieście jest dla mieszkańców, ale i dla mnie – bo ja jestem zwykłym mieszkańcem. Ja tu żyję, żyłem i będę żył. Miasto marzeń jest dla mnie, dla mojego syna, taty, moich sąsiadów, to moje i nasze miasto. – Ale taka mała, maleńka prywata… – no dobra – chodnik i ścieżka rowerowa na Senatorskiej…

Agnieszka Skarbowska

32 Responses to "Jak Fijołek stał się Fijołkiem"

Leave a Reply

Your email address will not be published.