
Ludzie coraz częściej odchodzą samotnie. Z dala od bliskich, w szpitalu. Miejscem ostatniego pożegnania nie jest już dom a cmentarz. I to właśnie tu przychodzimy by zrekompensować sobie rozłąkę z ukochanymi osobami. Przed laty, na nekropoliach nie bywano jednak tak chętnie…Ulokowane poza granicami miast budziły trwogę, a zarośnięte zielskiem groby odwiedzano tylko raz w roku. W Dzień Zaduszny.
Choć na kinowych czy telewizyjnych ekranach wciąż stykamy się ze śmiercią, w rzeczywistości nie jesteśmy z nią oswojeni, jak choćby nasi dziadkowie. – Do XX w. zarówno narodziny, jak i umieranie miały charakter publiczny. Było to ważne wydarzenie, na który każdy z danej społeczności musiał zwrócić uwagę – tłumaczy Elżbieta Dudek-Młynarska, kierownik Muzeum Etnograficznego w Rzeszowie. – Ten, kto odchodził z tego świata przekraczał próg życia i należało go właściwie pożegnać, pomóc mu w tym odejściu. Ludzie umierali w swoich domach, w otoczeniu najbliższych i właśnie domownicy zajmowali się przygotowaniami do pogrzebu. Ciało zmarłego było w domu od śmierci do momentu wyniesienia trumny. Odbywały się nocne czuwania z modlitwą przy zmarłym. Współcześnie stosunek do śmierci się zmienił. Ludzie coraz rzadziej umierają w domu, a jeśli tak się stanie, to ciało jest wywożone do przechowalni. Przygotowaniami do pochówku zajmują się profesjonalne firmy.
Obecnie miejscem pożegnań z naszymi bliskimi już nie jest dom. – Niegdyś chrześcijańskie cmentarze zlokalizowane były przy kościołach. Przełom w tej kwestii nastąpił w II poł. XVIII w. – wtedy głównie ze względów higienicznych w Europie wprowadzano nakaz lokowania cmentarzy poza miastem. Początkowo budziły one ostry sprzeciw, gdyż poza granicami miast chowano przestępców, włóczęgów czy też ofiary zarazy – wyjaśnia Elżbieta Dudek-Młynarska. – Pierwsze polskie cmentarze miejskie powstały dopiero pod koniec XVIII w. w Warszawie. Aż do XIX w. nie było tradycji odwiedzania cmentarzy i dbania o groby. Przez cały rok cmentarze były pozarastane zielskiem i tylko na Dzień Zaduszny – 2 listopada przystrajano groby zielonymi gałązkami jedliny, paląc niekiedy świece.
Przysmaki dla dusz
Do dawnej tradycji należało pozostawianie „poczęstunku” dla dusz. W naszym regionie praktyka spożywania posiłków na mogiłach przetrwała do XIX w. w okolicach Jasła, np. w Kleciach i Bieździadce, gdzie zamiast świateł wynoszono na groby jedzenie. W innych miejscowościach, zgodnie z wiarą, że zmarły może przybrać postać dziada proszalnego (uważano go za pośrednika między światem żywych a umarłych), poczęstunki na grobach zastąpione zostały datkami dla żebraków. – Zazwyczaj dawano im pierogi z kapustą, barszcz z ziemniakami, małe bochenki chleba, ewentualnie groch lub kaszę. W czasie II wojny światowej, z powodu braku jedzenia, darowano żebrakom drobne sumy pieniędzy. W okolicach Dubiecka zanotowano nawet powiedzenie „Dzień zaduszny bywa pluśny, niebo płacze, ludzie płaczą i dziadów chlebem raczą” – mówi kierownik Muzeum Etnograficznego.
Przytacza także ciekawy zwyczaj z Grodziska Dolnego, gdzie wyprawiano tzw. „dziadowskie bale”: – Bogaci gospodarze przygotowywali suty obiad (przyrządzano nawet barana), na które zapraszali 20 – 25 żebraków, którzy po posiłku odśpiewywali różaniec za zmarłych z rodziny fundatora. Podobne obiady, aczkolwiek skromniejsze, wyprawiano również w Humniskach, gdzie biesiadnicy modlili się za zmarłych.
Obchody Dnia Zadusznego wiązały się także z innymi zwyczajami. Ich opisy można znaleźć w materiałach zgromadzonych w archiwum rzeszowskiego muzeum. – Są tam informacje z lat 50-60 XX w. z naszego regionu, pozyskane w czasie prowadzonych badań terenowych. Np. w okolicach Tarnobrzega po powrocie z cmentarza kropiono wodą święconą chatę i całe obejście, a w Dzikowie w lęku przed skrzywdzeniem dusz, które znajdują się na miedzach, unikano prac polowych. Powszechny był zwyczaj pozostawienia w kościele trumny, mszału i stuły. Miało to związek z wierzeniem, że zmarły kapłan o północy w dniu Wszystkich Świętych, odprawiał mszę dla dusz parafian cierpiących w czyśćcu. Uważano również, że łzy i rozpacz przeszkadzają zmarłym osiągnąć spokój. – opowiada Elżbieta Dudek-Młynarska. – W Straszydlu chodziło się odwiedzać groby z jedną świecą. Ustawiano ją na mogile, odmawiano modlitwy, później zabierano i stawiano na kolejnym grobie. Osoby uboższe, których nie było stać na świece, prosili innych, aby postawili choć na chwilę na grobach zmarłych z ich rodzin. Wierzono bowiem, że ogień ten ogrzewa dusze i pomaga im trafić do raju.
Od ognisk do zniczy
Sama tradycja światła nierozłącznie związana z kultem zmarłych znana była dużo wcześniej. – Zwyczaj zapalania ognia w miejscach, gdzie spodziewano się przybycia dusz – na rozstajach dróg, łąkach, nieużytkach praktykowano już w XVI-XVII w. Wierzono, że w czasie przesilenia granica między światem żywych i zmarłych jest nikła, a dusze przodków, czyli dziadów, przychodzą do swoich domów. Stąd też prawdopodobnie wywodzi się dawna nazwa tego święta czyli „Dziady” – wyjaśnia nasza rozmówczyni. – Aby powracające zza światów dusze zmarłych śmiercią naturalną mogły się ogrzać, także w domach wzniecano ogień. Prawdopodobnie właśnie stąd wzięło się obecne zapalanie zniczy na grobach.
Jak potwierdza nasza rozmówczyni, wspomnienia o zwyczajach zaduszkowych w naszym regionie najdłużej przetrwały na Pogórzu. – Np. w postaci zakazu bielenia domów, który obowiązywał cały tydzień przed Zaduszkami. Wierzono, że w tym czasie dusze odwiedzają miejsca, w których żyły i wchodzą w szpary domów. Bieląc ścianę, można było duszę uwięzić – tłumaczy.
Dziś listopadowe dni poświęcone pamięci zmarłych wyglądają nieco inaczej. Tradycji towarzyszy zaduma, modlitwa, ale na pewno nie strach. Nasze cmentarze nie budzą grozy, choć pewne elementy w naszej mentalności przetrwały. Przecież śmiałków, którzy wybraliby się tam sami o północy na pewno nie byłoby wielu…
Aneta Jamroży



2 Responses to "Jak kiedyś dbano o dusze zmarłych"