Nie ma miesiąca, żeby media nie donosiły przynajmniej o kilku, a czasem kilkunastu napadach na placówki bankowe w Polsce. Ostatnia taka miała miejsce w Rzeszowie. Powstaje pytanie, dlaczego złodzieje obierają na cel banki, które, wydawać by się mogło, muszą być świetnie zabezpieczone. Odpowiedź jest prosta. Bo do takich małych placówek bankowych można wejść jak Alibaba do skarbca, mówiąc jedynie „sezamie, otwórz się”.
Trudniej jest już okraść jakiś osiedlowy sklepik, bo tam sprzedawczyni może postawić się, a w kasie złodziej znajdzie przy wyjątkowym szczęściu kilkaset złotych. A jak jest w placówkach bankowych? Zwykle jedna pracownica punktu, zero jakiejkolwiek ochrony – jedynie patrol interwencyjny, ale trzeba go zawiadomić, a dojazd zajmuje minimum kilka minut, nagrania z monitoringu często na takim poziomie, że złodziej równie dobrze mógłby być pomylony z Barackiem Obamą. Kasjerzy szkoleni, żeby oddawać bez zmrużenia oka pieniądze – co akurat jest słuszne. Złodziejowi wystarczy, że założy jakiś kaptur, czapkę i chustę, krzyknie, że chce pieniędzy i to w sumie cała filozofia. A w banku, co tu dużo mówić, niezła kasa – raz kilka, innym razem kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt tysięcy złotych.
Jak już wspomniałem, w osiedlowym sklepiku pieniądze są małe, babcia idąca ulicą z torebką może mieć w portfelu jakieś grosze, a jeszcze postawi się i zacznie być nieprzyjemnie. Poważne napady na jakieś hurtownie, duże oddziały banków czy konwojentów należy szczegółowo zaplanować, mieć prawdziwą broń i – co tu dużo mówić – być w przestępczej ekstraklasie. Natomiast napad na placówkę bankową zrobi byle łajza z pistoletem ASG, który kupi w każdym sklepie militarnym, a który wygląda prawie identycznie jak prawdziwy i dla laika jest nie do odróżnienia. Ślady po napadzie ciężko zebrać, bo to miejsce publiczne, przez które przewija się mnóstwo ludzi, pies szybko straci trop. Środowisko przestępcze nic nie wie o sprawcy, bo zwykle sprawca takiego napadu nie wywodzi się z bandyckich kręgów. Czasami jakiś zewnętrzny monitoring nagra złodzieja i wówczas wpadnie – tym samym policjanci muszą liczyć na łut szczęścia.
Jak to zmienić? Wystarczyłoby umieścić w takich placówkach ochroniarza – gwarantuję, że taki człowiek nawet bez nogi czy ręki skutecznie odstraszyłby pseudozłodzieja amatora. Skoro widzę ochroniarzy w wieku mocno emerytalnym nawet w aptekach czy sklepach spożywczych, to dlaczego tego nie robią banki, które zbijają ogromną kasę? Ale w sumie co tam – ukradną, to ukradną, policjanci z pieniędzy podatników zamiast zająć się bandytami, którzy wyrządzili krzywdę przeciętnemu Kowalskiemu, i tak zajmą się złodziejami, którzy okradli prywatny bank. Ważne, że są oszczędności (ochroniarz, nawet dorabiający na emeryturze, jakieś grosze w końcu musi wziąć), kasa z zysków się zgadza i ogólnie jakoś cały biznes się kręci. Ot, cała Polska.
Redaktor Grzegorz Anton



3 Responses to "Jak okradać, to tylko placówki bankowe"