
Lipiec 1940 r. Edwarda Wang i jej ojciec Szymon właśnie docierają do Stambułu. Ich droga prowadzi z Rzeszowa przez Lwów i Odessę. Chcą ruszyć w dalszą podróż, ale żeby wyjechać, musieliby nie być Żydami. Choć wydaje się to nierealne, udaje się – przynajmniej na papierze. Konsul generalny RP wydaje zaświadczenia stwierdzające, że Wangowie są dobrymi katolikami. Musi jednak upłynąć ponad 80 lat, by na jaw wyszło jego nazwisko, a świat usłyszał o Wojciechu Rychlewiczu, człowieku, który pomagał Żydom schronić się w Turcji i wyjechać do obu Ameryk i Palestyny.
W grudniu 2020 r. jednocześnie na łamach izraelskiej oraz polskiej prasy opublikowano artykuł dziennikarza Eldada Becka „Anioł ze Stambułu” (w „Dzienniku Gazecie Prawnej” tytuł brzmiał: „Konsul-Ratownik”). Historia nigdy nie zostałaby nagłośniona, gdyby nie determinacja Boba Metha. Znany działacz żydowski z Los Angeles przez lata starał się dowiedzieć, kim był człowiek, który w 1940 r. pomógł jego matce oraz dziadkowi wydostać się ze Stambułu. Dwadzieścia lat temu Ellen Meth napisała o nim w swoich wspomnieniach. Opowiedziała też o podróży swojego życia…
Walka o wizy
Urodziła się 27 stycznia 1923 r. w Krakowie, ale wychowywała w Rzeszowie. Przed wojną była Edwardą, córką Emilii oraz Szymona WangA – bogatego właściciela ziemskiego i eksportera drewna. Rodzina mieszkała w kamienicy przy ul. Jagiellońskiej.
Po skonfiskowaniu rezerw walutowych przez rząd, Wang powziął decyzję o przeniesieniu części swojego majątku do Stanów Zjednoczonych. Aby jednak zainwestować oszczędności za oceanem, musiał tam pojechać. Postanowił postarać się o wizy turystyczne pod pozorem wyjazdu na Nowojorską Wystawę Światową w kwietniu 1939 r. Emilia, przekonana o tym, że Ameryka to niekulturalny i pełen przestępczości kraj, nie chciała jechać z mężem, dlatego zamiast niej w podróży towarzyszyła ojcu 16-letnia Tusia. Żona Wanga nigdy nie uzyskała amerykańskiej wizy, co w przyszłości miało zaważyć na jej dalszych losach.
Jesienią, jak wielu Żydów, Wangowie uciekali jak najdalej od terenów okupowanych przez Niemców, dlatego przenieśli się do Lwowa. Ojciec rodziny wyczuwał zagrożenie i szukał sposobu na opuszczenie i tego miejsca. Ponieważ amerykańskie wizy turystyczne jego oraz córki były ważne do 14 czerwca 1940 r., udało mu się uzyskać wizy wyjazdowe, ale tylko dla nich. Szymon nie chciał podróżować bez Emilii, choć ona sama go namawiała. Argumentowała, że powinien wydostać Tusię z kraju. Poza tym, łatwiej byłoby jej pomóc, kiedy reszta rodziny mieszkała gdzie indziej. Ostatecznie w lipcu 1940 r. Szymon i Edwarda przez Odessę dotarli do Turcji, zaś Emilia pozostała u przyjaciół we Lwowie.
– Największą troską mojego ojca było to, jak opuścić Turcję i jak wydobyć mamę z Polski. Jak setki, tysiące innych, byliśmy w Stambule bezpieczni, lecz nie mieliśmy dokąd jechać. (…) Spędzaliśmy dzień za dniem, chodząc od konsulatu do konsulatu, czekając w niekończących się kolejkach tylko po to, by dostać wniosek wizowy do wypełnienia albo porozmawiać z urzędnikiem, który nie miał dla nas żadnych dobrych wieści – żaden kraj nie był skłonny udzielić nam schronienia. Aplikowaliśmy o wizy wjazdowe do państw, o których nigdy nie słyszeliśmy i wymienialiśmy się informacjami o możliwościach migracji z innymi uchodźcami – wspominała cytowana przez Elda Becka Ellen Meth.
Któregoś dnia wpadli na znajomego adwokata z Polski. Powiedział, że brazylijski rząd oferuje 10 tysięcy wiz polskim katolikom. Zasugerował, żeby „na wszelki wypadek” postarali się o metryki chrztu, a poręczy za nich w polskim konsulacie. „Wydane” w nieistniejącej jeszcze wtedy parafii Podwyższenia Krzyża Świętego w Rakszawie pod Łańcutem i źle przypisanej diecezji świadectwo chrztu do dziś znajduje się w zbiorach Muzeum Pamięci Holocaustu w Stanach Zjednoczonych, gdzie oddała je Ellen. Widnieją na nim nowe imiona rodziców Szymona – Maria i Józef – które zapewne miały brzmieć bardziej polsko.
Reszta należała do Konsula RP w Stambule. Na podstawie fałszywego oświadczenia przyjaciela Wangów w lipcu 1940 r. wydał zaświadczenia stwierdzające, że Ellen i jej ojciec byli dobrymi katolikami. Szymon z kolei poręczył za innych żydowskich przyjaciół, którzy również otrzymywali w ten sposób dokumenty. A te osoby przyprowadzały później do konsulatu swoich znajomych w celu „poświadczenia”. W ten sposób polski konsul w Stambule wydał niezliczone oświadczenia złożone pod przysięgą polskim Żydom uwięzionym w Turcji. Nigdy nie wziął za to pieniędzy.
– Wiem na pewno, że nie wymieniono żadnych pieniędzy. Żałuję tylko, że nie pamiętam jego nazwiska, bo z pewnością zasługuje na pamięć i zaszczycenie za ocalenie setek istnień żydowskich – nie miała wątpliwości Ellen.
Ostatni list od matki
Mimo starań męża, w tym samym czasie, gdy on i córka stawali się katolikami, Emilia nadal pozostawała we Lwowie. Zmuszona do przyjęcia obywatelstwa rosyjskiego, straciła możliwość opuszczenia kraju. Szymon cały czas próbował ją stamtąd wydostać. W końcu, po wielu próbach, udało mu się uzyskać od konsula nikaraguańskiego w Stambule dokumenty obywatelstwa kraju Ameryki Środkowej. Wysłał do Lwowa nowy nikaraguańskiego paszport i zwrócił się do rządu radzieckiego o pozwolenie Emilii na przyjazd do męża. To jednak nic nie dało…
Dzięki zaświadczeniom wydanym przez Rychlewicza Edwarda i jej ojciec otrzymali brazylijskie wizy. Równocześnie wygasły im tureckie pozwolenia na pobyt, musieli więc opuścić Stambuł. Ponieważ mieli w paszportach brazylijskie wizy, inne państwa wyrażały zgodę na wjazd na ich terytorium. Wyjechali do Bombaju. Po kilku miesiącach spędzonych w Indiach w oczekiwaniu na amerykańskie wizy weszli na pokład statku Hie Maru. W czerwcu 1941 r. wypłynęli do Stanów Zjednoczonych.
Już z Nowego Jorku Tusia pisała do matki: „Martwię się brakiem wiadomości od ciebie. Oboje z tatą mamy się dobrze, ale potwornie za tobą tęsknimy. U nas bez zmian. Edwarda i Szymon”. Jednocześnie szukała kontaktu z dziadkiem Jakubem. – „Martwię się brakiem wiadomości od ciebie. Czy masz kontakt z mamą? My mamy się dobrze, ale potwornie tęsknimy. U nas bez zmian” – powtarzała w korespondencji w lipcu 1942 r. Niedługo potem przyszła odpowiedź z Czerwonego Krzyża. Listu nie dostarczono, ponieważ „adresat nie przebywa już pod podanym adresem i obecnego miejsca pobytu nie można ustalić”.
Ostatnią wiadomość od Emilii Edwarda otrzymała wiosną. „Dziękują za wiadomość, jestem zdrowa, ale samotna. Tęsknię za dniem, kiedy znów będę mogła was zobaczyć. Myślę o was. Pozdrawiam i całuję. Mila” – pisała w kwietniu 1943 r.
Krewni dowiedzieli się potem, że w lipcu tego samego roku na podstawie paszportu nikaraguańskiego miała zostać wysłana do obozu Bergen-Belsen. Rzekomo w celu wymiany więźniów. Zamiast tego w październiku 1943 r. została deportowana do Auschwitz. Tam zginęła.
wk
Więcej o Wojciechu Rychlewiczu oraz jego działaniach, dzięki którym Żydzi mogli liczyć liczyć na schronienie
w Turcji oraz wyjechać do Ameryku lub Palestyny, przeczytają Państwo w poniedziałkowym wydaniu Super Nowości.



11 Responses to "Jak polski konsul oszukał system i pomógł rzeszowskim Żydom"