
Gdy ona postanowiła rzucić wszystko i pojechać na drugi kraniec świata, on współtworzył tam jeden z najbardziej cenionych teatrów w Ameryce Południowej. Dzielił ich ocean i 11 tys. kilometrów. Przyciągnęła pasja i uczucie. 17 lat temu założyli rodzinną grupę aktorską „Entre dos Aguas un Teatro”, czyli „Między dwiema wodami jeden teatr”. – Bo choć jesteśmy z dwóch różnych wód, to teatr nas łączy – tłumaczy Danuta. W 2018 r. razem z Lucasem i córkami wywrócili swoje życie do góry nogami i rozpoczęli nowe, w niewielkim Temeszowie, w gminie Dydnia.
– Dlaczego Temeszów? W miastach, jak Kraków, Warszawa, nie mielibyście większych możliwości?
– Nie wiem co to są „większe możliwości”. To zależy, o jakie nam chodzi. Możliwości poznania rodzimego życia, tradycji, przyrody są znacznie większe w Temeszowie niż w dużych miastach. Do naszego sposobu pracy artystycznej, do inspiracji, poznawania ludzi, obserwacji, procesów twórczych Pogórze na pewno stwarza dużo więcej możliwości, niż Warszawa czy Kraków.
– Jak zostaliście przyjęci przez miejscowych?
– Bardzo ciepło. Tutaj ludzie są otwarci, zapraszają na kawę. Są ciekawi nas, a my ich, więc łatwo nawiązujemy okoliczne znajomości. Niestety, niedługo po naszym przyjeździe zaczęła się pandemia Covid i obostrzenia zmieniły normalny rytm życia, ale tutaj na wsi chyba mniej się to odczuwa.
– Jak córki odnalazły się w Polsce?
– Nie opanowały jeszcze w pełni języka, co sprawia im trochę kłopotu w szkole, bo trudno napisać rozprawkę ze szkolnej lektury po polsku. Chyba właśnie szkoła jest jeszcze takim utrudnieniem, które nie pozwala się do końca odnaleźć, ale wierzymy, że z roku na rok będzie łatwiej.
– Tęsknicie za czymś z Boliwii?
– Zawsze brakuje tej „drugiej połowy”. Tak to już jest w rodzinach wielokulturowych. Przeprowadzka nie oznacza jednak odcięcia się od poprzedniego życia, jest jego kontynuacją w innym miejscu. Teraz, w dobie Internetu, łatwo być w stałym kontakcie z przyjaciółmi, z rodziną, a także być na bieżąco z wydarzeniami tu i tam. Niedługo pewnie pojedziemy z naszą nową sztuką teatralną do Ameryki Południowej i całą rodziną ugasimy tęsknotę za niejednym daniem, czy owocem, których tu nie ma, za górami oraz roślinnością z tamtej części kuli ziemskiej.
– W 2004 roku założyliście grupę rodzinną, aktorską „Entre dos Aguas un Teatro”. Kto odpowiada za scenariusz, a kto za scenografię?
– Staramy się dać długie życie każdej stworzonej przez nas sztuce, co najmniej 5 lat. Zależy nam również, by co 2 lata włączać do repertuaru nowy spektakl. Proces twórczy każdej z tych sztuk jest bardzo różny. Zależy od tematu, sposobu naszego podejścia do niego, wyboru formy, jaką nabierze przedstawienie. Czynników jest mnóstwo. W najnowszej sztuce wystawionej w listopadzie tego roku reżyserią zajął się Lucas. Scenografia, kostiumy, to praca wspólna grupy, dramaturgia moja, muzykę przygotował Lucas z Naomi.
– Pierwszy występ w Polsce?
– Gdy przyjechaliśmy zaczęliśmy występować muzycznie. Potem pokazaliśmy co nieco z naszego dorobku filmowego. Założyliśmy stowarzyszenie artystyczne „Gościniec Południa”. W zeszłym roku pomimo obostrzeń udało nam się zorganizować skromną wersję festiwalu teatralno-muzycznego w Temeszowie. Tam, w sali naszego domu dla garstki sąsiadów pokazaliśmy sztukę Pass-Port, Puerto de Paso. W tym roku udało nam się przygotować drugą odsłonę „Letniej Gościny Artystycznej”, sprowadzić grupę teatralną Due Mondi z Włoch, polskich artystów i znów pokazać naszą sztukę dla szerszego grona widzów. Pod koniec lata dostaliśmy dofinansowanie z MKDNiS poprzez program OFF POLSKA Instytutu Teatralnego im. Z. Raszewskiego na produkcję oraz eksploatację spektaklu „Na Drugim Brzegu”, którego premierę zorganizowaliśmy lokalnie w Dydni.
– Publiczność w Polsce jest inna niż w Boliwii?
– Tak, zdecydowanie. Publiczność różni się w zależności od kraju. W przeciągu 30 lat pracy aktorskiej Lucas uczestniczył w festiwalach ponad 23 różnych państw na pięciu kontynentach, ja troszkę mniej, ale ogólnie mamy kontakt z widzami bardzo różnych narodowości. Wszędzie są inni. Odbiór różni się też w zależności od miejsca przedstawień – inny jest w dużym mieście, inny na wsi. Znaczenie ma również to, czy jest to publiczność festiwalowa, czy przybyła na spektakl w ramach jakiegoś projektu lub okoliczności.
– Co was inspiruje?
– Zazwyczaj temat, który w danym momencie pulsuje w otaczającym nas środowisku. Czasem coś bardzo osobistego, czasem sytuacja polityczna, duchowa, geograficzna, ale zawsze są to ludzkie przeżycia. Obserwujemy, pytamy, staramy się zrozumieć, albo przenieść niezrozumienie na scenę. Inspiracją może być cokolwiek, pod warunkiem, że jest to ważne, dla otaczającej nas społeczności.
– Łączycie w sztuce dwie kultury.
– Łączymy, przeplatamy, konfrontujemy, ujednolicamy, wyodrębniamy. Rozdzieramy i zszywamy na nowo. Słowem dajemy z siebie to, co mamy, a mamy różne pochodzenie więc i rożny bagaż kulturowy, którego używamy w twórczości artystycznej. Staramy się przy tym, by nasze dzieła były otwarte na interpretacje niezależnie od znajomości elementów tych kultur przez widza, by nasuwały przenośnię do jego własnej kultury. Tworzymy sztuki po to, by móc je pokazać na scenach różnych krajów, czy kontynentów, dlatego muszą być czytelne na szeroką skalę.
– A jak wygląda łączenie zwyczajów świątecznych w polsko-boliwijskiej rodzinie?
– Jest trochę barszczu, trochę picany. Tu piernik i kutia, a tu chocolate con bunuelos. Raz ciche, polskie kolędy, raz żwawo tańczone z klaskaniem, przytupem i fikołkami chuntunquis. Pod sufitem wieszamy podłaźniczkę, a w koszyczku na kolorowym aguayo kładziemy Jezuska przywiezionego z Boliwii, którego trzeba hucznie zabawiać, by obdarowywał rodzinę szczęściem przez cały rok.
– Wasze życie to „tylko” teatr?
– Nie. Nasze życie „nasączone” jest teatrem, ale robimy też realizacje filmowe, muzyczne. Jesteśmy rolnikami przez małe „r” i lubimy życie na wsi.
– O czym marzycie?
– Wyremontować dom, wybudować garaż, kurnik. Oczywiście stworzyć bazę, która umożliwi nam realizowanie tu, na miejscu warsztatów teatralnych oraz spotkań – więc salę lub wiatę widowiskową, kilka miejsc sypialnych, kuchnię, biblioteczkę. Może staw ze sceną na wodzie. Planów jest mnóstwo i miejsce w Temeszowie jak najbardziej nadaje się na takie marzenia.
Rozmawiała Wioletta Kruk



One Response to "Jak polsko-boliwijska rodzina odnalazła swoje miejsce na Podkarpaciu"