
grupa aktorska, w składzie:
Lucas Achirico Espinoza, Danuta Zarzyka, Naomi Achirico Zarzyka, Milena Achirico Zarzyka. Fot. arch prywatne
Gdy ona postanowiła rzucić wszystko i pojechać na drugi kraniec świata, on współtworzył tam jeden z najbardziej cenionych teatrów w Ameryce Południowej. Dzielił ich ocean i 11 tys. kilometrów. Przyciągnęła pasja i uczucie. 17 lat temu założyli rodzinną grupę aktorską „Entre dos Aguas un Teatro”, czyli „Między dwiema wodami jeden teatr”. – Bo choć jesteśmy z dwóch różnych wód, to teatr nas łączy – tłumaczy Danuta. W 2018 r. razem z Lucasem i córkami wywrócili swoje życie do góry nogami i rozpoczęli nowe w niewielkim Temeszowie, w gminie Dydnia.
Rodzinny Toruń postanowiła opuścić, gdy miała niespełna 17 lat. – Wyjechałam w 1992 r. Z ciekawości do świata i dlatego, „że już było można” – wspomina Danuta Zarzyka. Wybrała Hiszpanię. – Dotarłam do górzystego regionu w Bierzo Alto na północy kraju. Języka nauczyłam się na miejscu. Pomogło mi to, że w Polsce w szkole miałam łacinę, a trochę to, że dla Polaków większość języków obcych jest łatwa – śmieje się. Trafiła do międzynarodowej wioski ekologicznej. – Mieszkałam w Matavenero i Poi Bueno. To była niesamowita szkoła życia. Ludzie, którzy tam mieszkali, uczestniczyli w projekcie przywrócenia do życia opuszczonych hiszpańskich wsi, tworząc ekologiczną wielonarodową, wielojęzykową strukturę o różnej filozofii myślenia, działania i duchowości – wyjaśnia. – Spędzone tam 5 lat nauczyło mnie otwartości na innych.
W Hiszpanii poznała Brazylijkę. – Po pewnym czasie napisałam do niej, że chciałabym ją odwiedzić. Odpisała, żebym przyjeżdżała: „Doleję więcej wody do zupy i wszystkim wystarczy” – opowiada. Tak znalazła się w Brazylii. Ze względów migracyjnych, musiała ją choć na chwilę opuścić. Za namową znajomej udała się więc do Boliwii.
– Miałam małe pojęcie o Argentynie, Chile, Peru, ale o Boliwii nie wiedziałam nic. Być może dlatego zauroczyła mnie swoimi kolorami, naturalnością, krajobrazami. W pewnym sensie po Hiszpanii i Brazylii, to był kraj, który w wielu aspektach przypominał mi Polskę z mojego dzieciństwa, a zarazem urzekał wielokulturowością, bogactwem muzycznym, etnicznym, obrządkami, świętowaniem – wylicza Danuta.
Gdy dowiedziała się, że w miasteczku Yotala oddalonym o 16 km od Sucre działa Teatro de los Andes – jedna z najbardziej znanych i cenionych grup teatralnych w Ameryce Południowej – nie mogła się oprzeć, by tam nie pojechać…
Teatr od rana do nocy
Już w dzieciństwie miała kontakt ze sztuką nie tylko jako widz. Zapisała się do grupy teatralnej toruńskiego MDK- u. A w Hiszpanii oraz na spotkaniach formacyjnych CPI Acre w Brazylii (brazylijska organizacja, której misją jest wsparcie rdzennych mieszkańców) spróbowała swoich sił w interwencjach teatralnych. Za pierwsze świadome doświadczenie ze sceną uznaje to z czasów pobytu w Boliwii, gdy dołączyła do „Teatro de los Andes.” Życie mieszkających we wspólnej willi artystów skupiało się wokół jednego: – Od rana do nocy było poświęcone pracy teatralnej. Ćwiczenia fizyczne, wokalne, instrumentalne. Czas twórczy przeplatany z powtarzaniem tekstów, roli, choreografii. Tworzenie metafor na scenie oraz tworzenie kostiumów i rekwizytów poza sceną. Praca zarówno grupowa – w sali, jak i indywidualna – we własnym pokoju. No i wyjazdy. Liczne tournee, częste festiwale, które były okazją do poznania innych grup, innych sposobów pracy aktorskiej czy reżyserskiej – opowiada aktorka.
W 1999 r. rozpoczęła współpracę z zespołem w dziedzinie scenografii, kostiumologii oraz prowadząc równolegle własne kształcenie aktorskie. W hacjendzie grupy teatralnej poznała Lucasa Achirico. Mieszkał tam od 1992 r. i był współzałożycielem oraz członkiem zespołu. Brał udział w ponad 20 spektaklach i festiwalach na świecie. Odpowiedzialny za tworzenie oprawy muzycznej. – Wspólne pasje nas połączyły i jakoś tak się uzupełniamy i twórczo, i życiowo – uśmiecha się aktorka.
Skarby przywiezione w plecaku
Owocem ich miłości są Naomi i Milena, które wychowują się na scenie. – Obydwie lubią teatr. Obydwie czują się dość swobodnie na scenie i na widowni. Dla nich to nie pasja, ale po prostu część życia, która przyszła naturalnie – zauważa Danuta.
– A pasje mają różne. Starszą córkę bardzo interesuje animacja filmowa i nauki ścisłe; zagadnienia fizyki, chemii, językoznawstwo. Młodsza uwielbia tańczyć i chlapać się czy to w morzu, jeziorze, czy na basenie.
Ojczyznę mamy poznawały, słuchając jej wspomnień, opowieści o zwyczajach i kołysanek. – Miały też książki z serii „Poczytaj mi mamo”, czy bajki: „Pyzę na polskich ścieżkach”, „Tajemnice wiklinowej zatoki”, „Misia Uszatka” itp. – wszystkie moje skarby przywiezione w plecaku – uśmiecha się. Przyznaje, że nie mówiła z nimi po polsku. – Nie było Internetu i nie miałam kontaktu z rodakami. Z Lucasem rozmawialiśmy po hiszpańsku. Z córkami również. One miały jeszcze w szkole język quechua, no i babcię mówiącą w języku aymara – podkreśla aktorka.
Czego najbardziej jej brakowało? – Śniegu, bukowin bieszczadzkich i Borów Tucholskich. Rozmów po polsku. Takich, w których możesz bawić się językiem, tworzyć w rozmowie przenośnie, ironie, zdania skojarzeniowe czy rymy. Brakowało mi muzyki ludowej. Miałam kasetę z albumem „Z wysokiego pola” Orkiestry św. Mikołaja i zespołu Chudoba – „Graj muzyka”. Wysłużyły się te kasety przez lata u mnie jak żadne inne – nie kryje.
Pogórze daje więcej niż Warszawa!
Myśl o rozpoczęciu życia w Polsce dojrzała w Danucie i Lucasie tak samo, jak miłość do teatru – naturalnie. – Argumenty lub motywacje były różne: szkoły artystyczne dla córek, możliwości migracyjne, moja tęsknota – choć ta pojawiła się dopiero, gdy zaczęliśmy snuć plany o przeprowadzce – wyznaje założycielka „Entre dos Aguas un Teatro”.
Na swoje miejsce na ziemi wybrali Temeszów w gminie Dydnia. Pytanie o to, czy w miastach takich jak Kraków, Warszawa, nie mieliby większych możliwości, nasuwa się samo. – Nie wiem, co to są „większe możliwości”. To zależy, o jakie nam chodzi. Możliwości poznania rodzimego życia, tradycji, przyrody są znacznie większe w Temeszowie niż w dużych miastach – nie ma wątpliwości. – Do naszego sposobu pracy artystycznej, do inspiracji, poznawania ludzi, obserwacji, procesów twórczych Pogórze na pewno stwarza dużo więcej możliwości niż Warszawa czy Kraków – dodaje.
Przed przyjazdem nie mieli wielkich oczekiwań. – Oboje z natury jesteśmy otwarci i raczej nie snujemy za dużo wyobrażeń, tylko dostosowujemy się do nowych okoliczności. Polska niesamowicie się zmieniła od czasu mojego wyjazdu – zauważa Danuta Zarzyka. – Podoba nam się rzeczywistość, w której żyjemy. Jeszcze się do końca nie osiedliliśmy, jeszcze jesteśmy w procesie przeprowadzki. Za wcześnie na jakiekolwiek podsumowania. Dopiero otwieramy skrzydła i patrzymy, który wiatr w nie złapać…
Wioletta Kruk
O tym, jak polsko-boliwijska rodzina została przyjęta na Podkarpaciu, jak łączy zwyczaje dwóch kultur i czym różni się nasza publiczność od tej w Ameryce Południowej przeczytają Państwo już w poniedziałkowych Super Nowościach w 2. części artykułu.


